Czas na zmiany. Podejście drugie

czas na zmiany
Photo by Seth Macey on Unsplash

Przyglądam się ostatnio bardziej intensywnie światu i sobie. Przyglądam się i zastanawiam się.
Nie po raz pierwszy i pewnie nie po raz ostatni próbuję ustalić swoje miejsce w tym świecie ( naprawdę zazdroszczę tym, którzy raz obrali swoją ścieżkę, swój cel i tego się trzymają).
Kiedyś już pisałam o swoich marzeniach i dawnych niespełnionych pomysłach na życie, więc nie będę się powtarzać. Wspomnę tylko, że niektóre z tych marzeń pozostały aktualne, ale muszą na mnie poczekać jeszcze rok, dwa lub trzy, może dłużej w zależności od tego jak szybko i jak bardzo moje dzieci będą samodzielne.
Nie, niektórych pomysłów nie można realizować na już, na łapu capu, pomimo wszystko czy wbrew oczywistym możliwościom.
To znaczy, być może można, ale wiem, że ja tak nie mogę.
To moje obecne przyglądanie się ma związek zresztą nie tylko z marzeniami, ale może przede wszystkim z tu i teraz, z pomysłem na to teraz w oczekiwaniu na potem. Z tym co robię i czego nie robię, a może mogłabym. A może nie wiem po co miałabym to robić.
A może w ogóle nic nie wiem?

Tak szczerze mówiąc nie całkiem wiem, co chcę napisać, ale muszę poukładać te moje myśli, bo w głowie już mi się nie mieszczą.

Trochę się z tym wszystkim źle czuję, bo mam takie wyobrażenie, że tego rodzaju dylematy to mogą mieć nastolatki, ewentualnie dwudziestolatki, ale nie kobieta w moim wieku.
Ja powinnam już wiedzieć czego chcę. Od dawna. Jestem mamą, jestem żoną.  Niektórzy myślą, że jestem mądra i że mogłabym im pomóc. A ja co? 
A ja nic nie wiem. A ja ciągle się zastanawiam nad tym, co ja mam w tym życiu, z tym moim życiem robić.

Nie chodzą mi po głowie drastyczne rozwiązania.
Nie wybiorę się w podróż dookoła świata. Nie rzucę pracy, nie zmienię męża, nie przeprowadzę się na wieś, choćbym bardzo chciała.
Cały mój problem polega prawdopodobnie na tym, że za bardzo zapomniałam o sobie.
Nie chodzi  mi o te modne, popularne ostatnio: zdrowy egoizm, rozwój wewnętrzny, dbanie o siebie – o wygląd, o figurę. Nic z tych rzeczy.
Chodzi mi o to, że zapomniałam, co myślę, co czuję i czego chcę.

Przyglądam się. Widzę ludzi, którzy sobie świetnie radzą.
Świetnie piszą, świetnie robią zdjęcia, świetnie wychowują dzieci, mają pogląd na wiele, ba, na wszystkie tematy. Zakładają firmy, nawiązują kontakty. I świetnie sobie z tym radzą, świetnie się w tym odnajdują.
Widzę kobiety, które pięknie wyglądają, mają doskonały makijaż, manicure, figurę i co tam jeszcze można mieć.
Widzę ludzi, którzy mają ogromną wiedzę, mogą się wypowiadać na wiele różnych tematów.
I się wstydzę, że ja tak nie wyglądam, że nie próbuję wejść w biznes, że nie mam zdania i nie chcę się wypowiadać, że nie proszę moich dzieci 20 razy i nie robię za nie tego, co one zrobić powinny, tylko za czwartym razem podnoszę głos i wymagam, że nie wiem, jak niektóre sprawy ubrać w słowa, że jestem niedouczona, bo nigdy do końca nie zdecydowałam się, co  mnie tak naprawdę interesuje i wiem wiele różnych rzeczy „po łebkach”.

Nosz głupia ty kobieto ( to do mnie), a co Ty zapomniałaś, że Ty niczego, albo prawie niczego z tych rzeczy nigdy nie chciałaś?
Masz za sobą kilka szkoleń tzw. branżowych. Podobało Ci się?
Masz znajomych prowadzących firmy. Wiesz, jak żyją. Jak żyje większość z nich. Masz za sobą małą biznesową przygodę. Naprawdę chciałabyś tego? Przecież się w tym nie potrafisz odnaleźć. Przecież Ci z tym źle.
Ile masz wzrostu? Metr 5 w kapeluszu i na dodatek nienawidzisz szpilek. No to jak chcesz wyglądać przy kobiecie z nogami do samej ziemi?
A na dodatek nie cierpisz się malować. A włosy, to najlepiej, żeby były krótkie, bo nie trzeba stać pół godziny przed lustrem.
Jaki masz kontakt z dziewczynami? No pewnie, że warto poćwiczyć cierpliwość, ale nie przesadzaj. Może powinnaś urodzić się Włoszką?
Jedno czego powinnaś się wstydzić to ten brak wiedzy, ale to w drobnym już stopniu, niestety, ale zawsze jeszcze możesz nadrobić.

Dlaczego ja się dzisiaj nad tym zastanawiam? Bo jakoś stanęłam w miejscu i nie wiem, w którą stronę iść, co chcę robić.
Rodzina to jedno, Bóg to drugie i to jest pewne i to się nie zmienia i jest najważniejsze.
No ale jeszcze jestem ja. Z moimi myślami, z moimi pragnieniami, z moimi potrzebami (pragnienia i potrzeby to chyba to samo?)
Bo obserwuję moje dzieci i widzę, jak bardzo są podobne do mnie w tych miejscach, których w sobie nie lubię i nie chcę.
Rozmawiam z nimi, tłumaczę i radzę i nagle zdaję sobie sprawę z tego, że to wszystko kłamstwo. Tzn. rady są dobre, tylko dlaczego, skoro jestem taka mądra, sama sobie nie radzę tak dobrze, jak im i ciągle kręcę się w kółko. Gdybym miała ogon, to bym za nim goniła.

Taki jakiś felerny ze mnie model, że właściwie całe swoje życie kieruję się w pewnym stopniu opiniami innych. Wciąż wydaje mi się, że inni mają lepszy pomysł, że robią ciekawsze i lepsze rzeczy niż ja.
Wciąż ktoś mówi mi, że powinnam to czy tamto, bo mu się wydaje, że w tym czy innym jestem dobra. I to nie jest jego wina, tego onego, bo on ma szczere intencje. To moja wina, że wszystko to przyjmuję do serca, zamiast podziękować i po swojemu układać swoje życie.
Ciężko i wstyd się trochę do tego przyznać, nawet przed sobą, a może właśnie przed sobą najtrudniej, ale chyba kiedyś wreszcie trzeba to zrobić.
Najwyższa pora dorosnąć i zrobić coś swojego, co nie oznacza niczego spektakularnego, choć nie wyklucza, ale wątpię.
Najwyższa pora pogadać z sobą samą i coś ustalić, żeby przestać się miotać od jednego pomysłu do drugiego, a potem użalać.
Krok po kroku, albo bardziej kroczek po kroczku, bo ja jestem typem żółwia. Pewnie nigdzie już nie zdążę dojść w tym tempie, ale skupię się na drodze.
Mam nadzieję, że tak będzie, bo tyle razy już obiecywałam sobie, że się poprawię i ciągle pozwalam czemuś, komuś zawrócić mnie z tej drogi.

W pierwszym odruchu pomyślałam o zakończeniu życia bloga. Znowu.
Bo to moje pisanie coraz głupsze mi się wydaje i mało komu potrzebne, ale poczekałam i doszłam do wniosku, że jest potrzebne mnie samej.
Bo mnie to mobilizuje, bo mi pomaga czasem poukładać myśli, bo czasem ktoś pisze, że ma podobnie i że dobrze popatrzeć trochę z boku na problem.
Poza tym trochę żal, trochę się tego w końcu uzbierało, chociaż, jak wieszczą niektórzy blogi się kończą i nie mają szans bez filmu, podcastu i innych różnych nowości już wkrótce zapewne.
Być może mój blog umrze śmiercią naturalną, bo o kręceniu filmów jednak nie myślę. Chyba, że wpadnę na jakiś genialny pomysł, ale na razie nie wpadłam. Już prędzej ten podcast. Zobaczymy.
Na razie spróbuję pisać lepiej. Jeszcze na razie nie do końca wiem, co to znaczy, ale co nieco już sobie wyobrażam.
Zaczęłam od wyglądu, hi hi, bo to najprostsze, co można zrobić, ale już daje trochę świeżego oddechu. I odrobinę pomaga.

Bo to jest też tak, że trochę się we mnie ostatnio zmieniło, ale to są sprawy, o których trudno się z jednej strony pisze, a z drugiej pisze się cudownie i z nadzieją, że to pisanie coś może zmienić nie tylko dla mnie.
Jakieś dwa lata temu chyba, chciałam zmian. I dostałam je, chociaż to nie są takie zmiany, o jakich wtedy myślałam.
Są o wiele lepsze, choć nie do końca mierzalne i nie do końca na pierwszy rzut oka widoczne.
I dlatego też czuję, że czas najwyższy określić swój własny kierunek, najpierw dla siebie, później dla reszty świata, tego kawałka, który jest obok mnie. Czas najwyższy skorzystać z tego, co dostaję.
Podobno nigdy nie jest za późno na zmiany. Też tak czuję, dlatego ciągle próbuję.
Bo też, koniec końców, dzieci powinny mieć uczciwą mamę. Jak mogę czegokolwiek od nich wymagać, skoro sama wciąż daję plamę?

Related posts