Czy czeka nas przyszłość z filmów science-fiction

Rodzicom z dziećmi wstęp wzbroniony
foto: Prawny

Czy kojarzycie takie filmy: „Fahrenheit 451”, „Elizjum” i „Equilibrium” ?
Jeśli nie, to obejrzyjcie, bo dobre. Jednak nie po to by zachęcić do oglądania o nich piszę.
Zaraz wyjaśnię o co mi chodzi, ale najpierw króciutko opowiem czy przypomnę o czym opowiadają.

Science-fiction?

Wszystkie trzy to filmy z gatunku science-fiction.
Najstarszy z nich „Fahrenheit 451”  w sposób dzisiaj może zabawny  dla nas opowiada historię strażaka, który zaczyna odkrywać, że świat, w którym żyje i zajęcie, które wykonuje to bzdura i z prawdziwym życiem nie ma nic wspólnego. Nie ma jednak ucieczki, bo zasady są odgórnie narzucone, a jakiekolwiek odstępstwo od nich surowo karane.
Zimny, bezduszny świat.
Kolejny film „Equilibrium” to podobna, ale jeszcze bardziej mrożąca krew w żyłach historia świata, w którym brutalnie odbiera się ludziom możliwość odczuwania. Zabija się w sposób zinstytucjonalizowany wszelkie uczucia.
I ostatni, ułożyłam je chronologicznie, „Elizjum”. To historia z przyszłości o świecie, w którym ktoś, kto mógł sobie na to pozwolić, więc po prostu to zrobił, podzielił ludzi na lepszych i gorszych. Na tych, którym wolno jest żyć i opływać we wszystko, o czym człowiek może zamarzyć i tych, którzy wegetują w warunkach urągających człowiekowi, wykorzystywanych do granic możliwości i pozbawionych jakiejkolwiek nadziei na zmianę losu.
Tylko ten ostatni, o dziwo, daje malutką nadzieję na to, że ten nasz piękny świat ma szansę nie zginąć i nie pożreć sam siebie.

Zakaz noszenia spódniczek w szkole

Długi wstęp, ale konieczny chyba, żeby opowiedzieć o tym bardzo niemiłym uczuciu czy wrażeniu, jakie mnie w ostatnio dwukrotnie dopadło.
Te trzy filmy pojawiły się w mojej pamięci automatycznie pierwszy raz po przeczytaniu artykułu o tym, że brytyjskie uczennice będą miały zakaz ubierania się do szkoły w spódniczki.
„Chcemy, aby dzieci nosiły mundurki, które będą odpowiednie dla obu płci” – tłumaczą dyrektorzy brytyjskich szkół.”
„Nauczyciele twierdzą, że dzieci często ich pytały, dlaczego stroje dziewczynek i chłopców różnią się. Dyrekcja postanowiła więc to zmienić.”
To tylko dwa cytaty z ze wspomnianego artykułu.
Ciekawi mnie skądinąd dlaczego, po pierwsze, rodzice nie wytłumaczyli dzieciom, że po prostu dziewczynki różnią się od chłopców i vice versa.
A po drugie, skoro rodzice im tego nie wytłumaczyli, to czemu nie zrobili tego nauczyciele?
Pomijam już fakt, że ta decyzja jest spowodowana głównie tym, że do brytyjskich szkół chodzi dużo muzułmanów, a „Widok kobiety w spódnicy jest dla tej społeczności gorszący – wyjaśnia dyrekcja.”
Czy w takim razie, jeśli 10 % czy jakikolwiek umowny % uczniów nie będzie w stanie przyswoić sobie podstaw matematyki na przykład, to zostanie wprowadzony zakaz nauczania matematyki w szkołach?

Rodzicom z dziećmi wstęp wzbroniony

Po raz drugi niemiłe uczucie pojawiło się, kiedy słuchałam audycji w radio.
Taka audycja, wiecie, prowadzący zapodaje temat, krótki wstęp, wypowiada się jakiś ekspert, a potem hulaj dusza, dzwonią słuchacze i wygłaszają swoje opinie.
Temat tej audycji, o której opowiadam, dotyczył pomysłu zamykania restauracji dla rodziców z dziećmi czy może inaczej, wydzielania dla nich osobnych miejsc, tak żeby ci, którzy nie chcą spędzać czasu z dziećmi lub dzieci nie lubią, mogli mieć spokój.
Argumenty za pomysłem:
– jest wiele lokali, w których rodzice z dziećmi mogą spędzić czas, więc miejsca, do których nie będą mieli wstępu nie powinny im przeszkadzać
– każdy powinien mieć prawo spędzać swój wolny czas, tak, jak lubi
– są na świecie ludzie, którzy nie lubią dzieci i mają do tego prawo
– dzieci źle się zachowują, bo rodzice nie potrafią ich wychować, a nie każdy musi w końcu mieć ochotę znosić krzyki rozwydrzonych dzieciaków.
I w sumie, w zasadzie trudno się nie zgodzić z powyższymi argumentami.
A jednak niemiłe uczucie się pojawia i nie chce się odczepić.
Często mam ochotę uciec i posiedzieć gdzieś w ciszy, z dala od swoich dzieci czy od dzieci w ogóle.
Nie przyszłoby mi jednak do głowy, żeby dla mojej wygody czy dla własnej przyjemności kazać się komuś skądś wynosić. Co najwyżej ja bym się wyniosła i poszukała lepszego dla siebie miejsca.
Może dlatego tak myślę, bo jestem mamą?
A może po prostu dlatego, że uważam, że to, że mam do czegoś prawo nie upoważnia mnie automatycznie do tego, żeby narzucać komukolwiek swój pomysł na życie.
Tak, można powiedzieć, że rodzice też nie mają do tego prawa, a jednak wprowadzając swoje rozwrzeszczane dzieciak do przestrzeni publicznej, narzucają się wszystkim innym.
Tyle, że moim zdaniem istnieje tu pewna subtelna różnica.

Wszystkie dzieci nasze są

Świat bez dzieci zginie. Po prostu.
Dlatego wszyscy jesteśmy za nie odpowiedzialni.
To trochę głupio, może dla bardziej ode mnie oświeconych czy nowoczesnych, naiwnie brzmi. Zdaję sobie z tego sprawę, a jednak tak myślę. Każdy z nas ma wpływ na to, jakimi ludźmi będą dzisiejsze dzieci.
I nie chodzi o to, że chcę, żeby ktokolwiek wtrącał się w to, jak wychowuję moje dziewczyny, albo, że sama chciałabym się wtrącać komukolwiek.
Dzieci są potrzebne, nam, rodzicom, ale są potrzebne tak po prostu, wszystkim. To one będą zarządzać światem za kilka lat, to one będą nas utrzymywać na emeryturach, to dzięki nim nasza starość nie będzie tak bardzo przygnębiająca.
I dlatego wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za wszystkie dzieci.
Dlatego uważam, że nie powinny być w żaden sposób izolowane, bo to od nas wszystkich muszą się nauczyć, jak funkcjonować w świecie.
Po prostu.
Jeśli nauczymy je dzisiaj segregacji tych, którzy nam nie pasują z tych czy innych powodów, kiedyś one nas wyrzucą poza nawias.
Bo nie będziemy już tacy ładni, do niczego nie będziemy im potrzebni. Będziemy po prostu przeszkadzać, jak one dzisiaj nam.
A dziecku, które przeszkadza można zwrócić uwagę, dziecku można w żartobliwy sposób pokazać,  jak powinno się zachowywać.
Dzieci są mądre i wrażliwe i zapewniam, że dobrze wiedzą co i gdzie w trawie piszczy.
Tyle mojego „manifestu”.
Oczywiście żyjemy w wolnym kraju i każdy właściciel lokalu podejmuje własne decyzje, każdy klient również, ale jednak ten pomysł z segregacją, jak by nie było, jest dosyć niepokojący moim zdaniem.

Świat jak z filmu

I wracając do niemiłego uczucia i filmów wspomnianych na początku.
Mam jakieś takie wrażenie, że zmierzamy w bardzo niedobrym, dla mnie osobiście, przerażającym kierunku. W kierunku zobrazowanym w tych filmach.
Zmierzamy w kierunku świata, który ma być sterylny, wyprany z emocji, które nie są akceptowane przez pewne grono samozwańczych wybranych. Tych lepszych z nie do końca wiadomych powodów.
Mam takie wrażenie, że pomimo deklarowanego przez wielu indyidualizmu, wszyscy powoli stajemy się tacy sami.
Mamy się wszyscy podporządkować obowiązującemu, nie wiem przez kogo właściwie narzuconemu schematowi wyglądu, postaw, zachowań, bo inaczej zostaniemy napiętnowani, jako ci śmieszni, gorsi, zacofani.
Robimy bożka z naszego prawa do przyjemności. Bo nam się należy, bo sobie ciężko zapracowaliśmy, bo …
Tak. Mamy prawo do wielu rzeczy.
Wszyscy mamy prawo, więc się po prostu musimy dogadywać, więc musimy próbować się nawzajem zrozumieć, więc musimy sobie czasami pomagać.
I musimy być wszyscy odpowiedzialni za dzieci, nie tylko własne.
Bo inaczej obudzimy się w świecie, w którym nie będzie wolno czytać książek, nosić spódnicy, uśmiechać się, kochać. W świecie, w którym ktoś nam powie czy mamy jeszcze prawo do życia czy już nie, albo czy wolno nam powiedzieć mamo do mamy.
Ja nie chcę takiego świata, chociaż mi i w tym czasami niewygodnie.

Related posts