Czy masz już swoje sprawdzone kosmetyki?

Być może trochę się zastanawiacie dlaczego od jakiegoś czasu ciągle coś piszę na temat kosmetyków, chociaż do tej pory nie wyglądałam na blogerkę kosmetyczną, a nawet opowiadałam, że kosmetyki to temat, który mnie nie dotyczy.
I to była prawda, właściwie nie używałam kosmetyków. 
Oczywiście: mydło, żel pod prysznic, jakiś żel czy pianka do mycia twarzy, płyn do higieny intymnej, dezodorant. Niezbędnik.
Pisząc, że nie używałam kosmetyków, mam na myśli to, że nie stosowałam żadnych specjalnych kremów, rzadko kiedy toniku, maseczek, mgiełek, serów itp.
Tak, to dlatego, że mam szczęście i geny sprawiają, że wyglądam jako tako bez żadnych specyfików, ale też prawdą jest, że w zdumienie, a czasem i przerażenie wprawiały mnie opowieści koleżanek.
Jak można spędzić godzinę przed lustrem na układaniu włosów? Albo na nakładaniu kolejno maseczek, peelingów, kremów, robieniu okładów? Na wsmarowywaniu w ciało balsamów, maseł i Bóg wie czego jeszcze?
Nie, nie widzę w tym niczego złego. Podoba mi się to, że ludzie o siebie dbają, ale sama wolę ograniczać się do minimum.

Być może powodem tego było to, że nigdy żaden kosmetyk nie rozwiązał żadnego mojego problemu.
Kiedy stawałam się kobietą, skóra mojej twarzy wołała o ratunek, a jedyne co dostawała to jakieś połowiczne, chwilowe ukojenie, żeby po kilku dniach znów wyglądać, jak po ataku roju os. I dopóki wszystkie przemiany, jakie miały we mnie zajść, nie zaszły, wstydziłam się odsunąć włosy z twarzy i udawałam, że taka ze mnie luzara.
Balsamów, które miały usuwać cellulit, używałam tylu, że nie potrafię ich policzyć. Zwykle zaczynałam pełna nadziei i dopiero po zużyciu trzeciego opakowania docierało do mnie, że chyba to jednak nie działa.
Podobnie było z szamponami na takie czy inne przypadłości, balsamami do ciała, które zamiast czynić moją skórę jedwabiście gładką, sprawiały, że chodziłam i drapałam się, jakby mnie mrówki oblazły.
Długo można by opowiadać.
Nigdy nie było mnie stać na kosmetyki z najwyższej półki, ale wiedząc to, co wiem dzisiaj, jestem pewna, że i one w niczym by mi nie pomogły.
Pisałam już kiedyś o filmie, który oglądałam na temat stosowania kremów od tych najtańszych do najdroższych.
Film był dokumentalny, brytyjski, tytułu niestety nie pamiętam, ale wniosek z przeprowadzonego w nim eksperymentu był taki, że bez względu na cenę i markę kremu efekty zawsze były takie same. Żadne.

Dlaczego więc teraz zmieniłam zdanie? Bo znalazłam kosmetyki, które działają. Przynajmniej te, które dotąd zastosowałam ja, albo moja rodzinka.
Na początku  byłam sceptyczna, bo przecież reklam niezwykłych właściwości tego czynnego kremu lub szamponu, widziałam w życiu mnóstwo. Dlaczego właśnie te miałyby zadziałać?
No, ale było mnie stać, polecono mi je jako całkowicie naturalne, w co nie do końca uwierzyłam, ale że polecała osoba, którą znam z dobrej strony, pomyślałam: a co mi tam, spróbować mogę.
Kupiłam na początek  krem do twarzy, zaczęłam stosować i po dwóch czy trzech dniach spojrzałam w lustro i pomyślałam, że moja skóra chyba jakoś inaczej wygląda. Po kilku dniach stwierdziłam, że faktycznie wygląda lepiej, jest jakaś taka jaśniejsza, ładniejsza, nie piecze po umyciu.
Wtedy też zaczęłam się interesować składem i wyłapywać te wszystkie PEG-i, parabeny, SLS-y
Idąc za ciosem dokupiłam balsam do mycia twarzy i tonic. Efekty były znakomite.
Dokupiłam serum do ciała dla siebie i antybakteryjny żel do mycia twarzy dla starszej Królewny, która zaczyna mieć typowe problemy dojrzewającej nastolatki.
Tu efekt był naprawdę szybki i widoczny. Nie stuprocentowy, ale biorąc pod uwagę fakt, że pomimo jej 12 lat mamy już za sobą kilka testów, to jesteśmy obie bardzo zadowolone, a przed nami testy kolejnych kosmetyków z serii dla młodziaków, więc mamy nadzieję na więcej.

Poza tym ja osobiście jestem bardzo zadowolona również z tego powodu, że te kosmetyki po wsmarowaniu po prostu „znikają” ze skóry. Nie ma tego nieprzyjemnego uczucia lepkości, nie odczuwam długotrwałego chłodu dopóki krem czy balsam się nie wchłonie. One jakoś szybko i całkowicie wchłaniają się w skórę, nie mam kłopotu z ich rozprowadzeniem na skórze. To wszystko wynika z ich składu i opowiem o tym w osobnym wpisie, bo jest o czym opowiadać.
A tymczasem, jak już na pewno się domyśliliście, chcę Wam po prostu serdecznie polecić kosmetyki polskiej firmy Organic Life.
To te kosmetyki, poza tak dobrymi dla naszej skóry, mojej i córek, efektami, natchnęły mnie do myślenia o zmianie, o której pisałam w ostatnim wpisie.
O tym dokładniej też już w którymś z kolejnych wpisów.
A tymczasem, jeśli macie ochotę zapoznać się z kosmetykami, o których piszę, zapraszam Was do odwiedzenia strony sklepu Organic Life. Obejrzyjcie, poczytajcie, może porównajcie z tym, co znacie, a jeśli będziecie mieli jakieś pytania pytajcie w komentarzu lub na mail.
A krem, który zastosowałam jako pierwszy, to właściwie nie krem, a serum, dokładnie Serum Nr 1 Odmłodzenie
🙂 Do następnego spotkania.

Tutaj także bywam

Related posts

Leave a Comment