ważna osoba
foto: ramroh

Rzadko mi się zdarza, może nawet nie zdarzyło się nigdy dotąd, żebym czuła taką silną więź z kimś, kogo wcale nie znam osobiście.  Tylko dlatego, że słucham, jak śpiewa.
Tak mi się właśnie zdarzyło, kiedy usłyszałam Larę Fabian i trwa od jakiś 4 tygodni.
Wszystko, co tu dzisiaj napiszę, będzie prawdopodobnie egzaltowane, ale nic na to nie poradzę, bo coś takiego to święto i to jest dla mnie niezwykłe. I na dodatek ten stan bardzo mi odpowiada.
Jedyne, co mnie smuci to to, że pewnie nigdy nie spotkamy się twarzą w twarz, a chciałabym jej podziękować, bo to dziwne moje z nią spotkanie sprawiło, że się obudziłam, wciąż budzę ze smutnego snu. Mam wrażenie, że miałybyśmy o czym rozmawiać.

25 marca umieściłam na blogu filmik. Lara Fabian podczas koncertu w Paryżu.
To było tuż po zamachach w Brukseli. Było mi strasznie ciężko. Opadły mnie tak czarne myśli, zastanawiałam się ciągle, jak obronię moje dziewczyny.
Rzadko wchodzę na Facebooka, a wtedy weszłam, sama nie wiem dlaczego. I kliknęłam w jeden z filmików, które ktoś zamieścił w grupie, którą obserwuję. Filmików było mnóstwo, a ja kliknęłam w ten. Bo ja wiem dlaczego?

Wrażenie było niesamowite. Ten śpiew wielkiego tłumu ludzi, te jej wielkie, zaskoczone oczy, pianista, który z takim uczuciem ciągle grał.
Pomyślałam, że to jest odpowiedź na ten mój strach i smutek. Jest o miłości i z miłością, więc na przeciwnym biegunie od tego, co się właśnie stało.
Lary nie usłyszałam w zasadzie, bo nie było okazji za bardzo, a że nigdy wcześniej jej nie widziałam, nie słyszałam, nie wiedziałam o jej istnieniu, to i nie zaprzątałam sobie nią głowy.
Za kilka dni jednak wróciłam do niej, bo coś nie dawało mi spokoju. Gdzieś z tyłu głowy plątało mi się pytanie: dlaczego ci ludzie tak śpiewali? Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam. Była w tym jakaś siła, wiedziałam, że oni wszyscy śpiewają, że ją kochają.

I zaczęłam szukać. I wtedy usłyszałam, jak Lara śpiewa. I to był koniec mojego dotychczasowego życia.
Możecie się śmiać, zdaję sobie sprawę z tego, jak to brzmi, ale coś się ze mną stało.
Ostatnie miesiące, właściwie 2 – 3 lata to nie jest dobry czas w moim życiu, mówiąc bardzo delikatnie.
Trzymam się. Zawsze myślałam o sobie, że jestem silna, ale ostatnio było źle.
Nie mam natury depresyjnej, jestem raczej optymistką, ale tym razem byłam prawie pokonana. Zdarzało się, że z wielkim trudem wstawałam rano z łóżka, a najchętniej nie wracałabym do domu.
Tylko moje królewny sprawiały, że trzymałam się ciągle jako tako w garści.
I ten blog czasami. Pisanie o świecie takim, jaki chciało by się, żeby był, też pomaga. Choć nie zawsze i nie do końca, tym bardziej, że nigdy nie chciałam pisać tak do końca o sobie, bo przecież kogo może to zajmować?

Nie wiem, co by się stało, gdybym nie usłyszała wtedy Lary. Mówię całkowicie poważnie.
Płakałam, śmiałam się, wszystko mnie w środku bolało, zresztą ciągle boli, bo ciągle słucham, nie mogę się od niej uwolnić. Wcale zresztą nie chcę.
W zasadzie nie wiem nawet o czym śpiewa, jedynie piąte przez dziesiąte, kiedy śpiewa po angielsku. Francuskiego nie znam wcale, a mimo to mam wrażenie, że wszystko rozumiem.
W wywiadzie młodziutka Lara mówi, że myśli, że czuje, że jest jakiś uniwersalny język, poza słowami, którym mogą się porozumieć ludzie o podobnych duszach.
Cóż, ja chyba tego właśnie doświadczam.

Po „Je t’aime”, usłyszałam „Caruso” i od tego właściwie się zaczęło, ale myślę, że to nagranie chociaż trochę wyjaśni Wam, dlaczego tak bardzo mnie wzrusza to, co robi Lara

Dlaczego wcześniej nie wiedziałam, że muzyka ma taką moc?
A może nigdy nie usłyszałam tego, co do mnie naprawdę przemawia?
Dlaczego nigdy wcześniej Lary nie słyszałam? Jesteśmy przecież rówieśniczkami.
Kojarzę tylko „I will love again”, ale to jest takie inne od całej reszty tego, co zaśpiewała.
Cóż, pozostaje napisać, że prawdopodobnie wszystko ma swój czas.

Bardzo szybko poznałam chyba wszystko, co można znaleźć w Internecie.
Obejrzałam dostępne koncerty, ściągnęłam muzykę na swój telefon i słucham właściwie bez przerwy, kiedy tylko mogę. Myślałam, że mi się to znudzi, ale się nie nudzi, a wręcz przeciwnie za każdym razem, kiedy zaczynam słuchać, czuję się szczęśliwa i wolna.
Lara Fabian z osoby, o której istnieniu nie miałam pojęcia, stała się częścią mojego życia. Bardzo ważną częścią.

Trudno nie zainteresować się człowiekiem, który nagle staje się taki ważny, więc szukałam, kim Lara właściwie jest. Pierwsze było zaskoczenie. W tym całkiem pierwszym filmie z koncertu zobaczyłam młodą, piękną dziewczynę. Nie spojrzałam na datę, więc, kiedy znalazłam kolejny film, byłam zaskoczona, kim jest ta dojrzała kobieta, która śpiewa tak pięknie. I ma te same oczy i nazywa się tak samo. A potem jeszcze zobaczyłam pulchną egzaltowaną czarnulkę, która nazywała się tak samo, jak dwie poprzednie.

Jej metamorfoza jest niesamowita. Zarówno zewnętrzna, jak i ta wewnętrzna, która chyba na zewnętrzną ma wielki wpływ.
Ta młoda dziewczyna ma tyle energii, że wygląda tak, jakby jej w sobie nie mogła pomieścić. Patrzenie na nią i słuchanie jej robi niesamowite wrażenie. A ona oddaje wszystko, co ma. Tak po prostu, chce się tym podzielić bez względu na konsekwencje, z których sobie chyba nie zdaje wtedy sprawy. Śpiewa całą sobą. Śpiewa tak, jakby nie umiała i nie chciała robić nic innego.
Zresztą w jakimś wywiadzie sama mówi, że nie potrafi robić nic innego, bo od dzieciństwa śpiewanie i muzyka to całe jej życie. Bo dają jej taką radość, że nie chce robić nic innego.

Potem przychodzą konsekwencje takiego zupełnego oddania. Nie wszyscy chyba podzielają jej zachwyt i podejście do występów. Jest depresja. I Lara robi się jakaś malutka, wystraszona, sprawia wrażenie, jakby wszystko mogło ją zranić, często płacze. Na szczęście ma przyjaciół i dzięki nim udaje jej się przetrwać.
Wtedy publiczność pierwszy raz śpiewa dla niej „Je t’aime” i to przywraca jej życie.
To jest naprawdę genialne. Jeśli będziecie chcieli, znajdziecie ten film. Jakość jest okropna, ale warto  to zobaczyć, coś takiego nie zdarza się codziennie.
Lara powoli wraca do zdrowia, zaczyna się śmiać, cieszyć i kochać.
Jest już jednak inna, jakby bardziej spokojna, opanowana, bardziej skupiona na pracy nad swoim głosem, pisaniem, komponowaniem, jakaś bardziej delikatna.
Wtedy pojawia się coś, co mnie przyprawia o dreszcze. Po wydaniu płyty „Nue” i koncertach, po spotkaniach z publicznością, która wielbi ją prawie na kolanach, wydaje się, że Lara jest w szoku. Ci wszyscy ludzie mówią, że ją kochają, niektórzy wpadają w histerię, mówią jej, jaka jest piękna.
Boże, jak tu nie zwariować? Ludzie nie zdają sobie sprawy z wagi wypowiadanych słów i z tego, że krzywdę można zrobić nie tylko złorzecząc.

Miała 30 czy trochę więcej lat, była po ciężkich przejściach, prawdopodobnie, bo nie do końca zrozumiałam, skąd właściwie wzięła się ta jej depresja. Była wcześniej krytykowana za sposób w jaki śpiewa, miała złamane serce i coś nie poszło w Stanach ( i w sumie dobrze, bo wtedy mogłoby nie być Lary Fabian takiej, jaka jest na szczęście dzisiaj), no i oczywiście była porównywana. Z Celine Dion.
Dlatego, mam wrażenie, że całkowicie, jeszcze bardziej oddała się tej uwielbiającej ją publiczności. Ona daje wszystko, również poza sceną, oni ją kochają i reszta może nie istnieć. Taki układ.
Zresztą, co Wam będę mówić, zobaczcie to

Kiedy Lara śpiewa na scenie, jest całkowicie bezbronna. Jest wielka, bo jest Artystką i jak mówi, to jest jej robota. Wszystko jest przemyślane i zaplanowane, ale ona jest całkowicie bezbronna, całkowicie sama, jak mały, kruchy listek. Wystarczy jeden impuls i nie potrafi powstrzymać łez.
Nie potrafię tego wytłumaczyć. Kiedy oglądam jej koncerty, mam zawsze takie uczucie, że coś jej się stanie i coś ściska mnie w gardle. Daje wszystko, co ma, wszystkich obdarowuje, ale czy sobie coś zostawia? Widzieliście, jak zaśpiewała „Adagio” podczas jednego z koncertów w Rosji z Igorem Krutoyem?
Ciągle walczy o to swoje, sama ze sobą i ze światem, ale to nie jest walka na śmierć i życie. To jest walka na uczucia.
Ona nie chce z nich zrezygnować, choć wtedy pewnie byłoby jej wygodniej.
W tym, co sama pisze i komponuje, radość i pewność miesza się ze smutkiem, melancholią i strachem.

Wisława Szymborska w jakimś wykładzie zdaje się, który wygłosiła przed wręczeniem jej nagrody Nobla powiedziała, że każdy artysta wciąż odpowiada sobie na pojawiające się w jego życiu „nie wiem”. Każda odpowiedź jest tymczasowa, bo za moment pojawia się kolejne „nie wiem”, na które trzeba sobie odpowiedzieć.
I to chyba słychać w tym, co Lara pisze i komponuje. I w tym jak śpiewa też.

Ostatnia płyta  ” Ma vie dans la tienne”, którą promuje podczas trwającej trasy koncertowej, jest jakby trochę bardziej jasna i pogodna. O ile w ogóle mogę się wypowiadać nie znając języka. Tak czuję, kiedy słucham.
Ostatnie koncerty też wyglądają już trochę inaczej. Jakby Lara uporała się z tym, co działo się wcześniej, jakby trochę inaczej podchodziła i do siebie i do publiczności. To pewnie sprawa doświadczenia, wieku, tego wszystkiego, co się dzieje na co dzień, doświadczeń ostatnich kilku lat. I dobrych i trudnych, kiedy chyba przestała słyszeć po wypadku podczas jednej z prób podczas poprzedniej trasy koncertowej, ale zdaje się znalazła kilka odpowiedzi w ciszy.
Wyobrażacie sobie, co znaczy nie słyszeć, dla kogoś, kto żyje muzyką 24h na dobę?

To, co teraz napisałam to taka układanka ze skrawków, które udało mi się zrozumieć w tekstach po francusku. Tłumaczyłam przy pomocy tych internetowych dziwadeł, więc wychodzi czasem co najmniej dziwnie:-)
Nie, nie, nie narzekam, gdyby nie one nic bym nie wiedziała.

No, to takie moje przemyślenia psychologa – amatora:-)

Koncerty Lary Fabian to jest w ogóle moim zdaniem osobna historia. Ona właściwie niczego nie potrzebuje poza muzykami i mikrofonem. Żadnych fajerwerków, cekinów, efektów specjalnych, obłędnych dekoracji, ani strusich piór. Nie musi machać gołym tyłkiem na scenie. Wystarczy, że jest i śpiewa. I jeszcze rozmawia z publicznością, coś opowiada.
To już w ogóle jest osobny temat, nigdy czegoś takiego nie widziałam i bardzo chciałabym doświadczyć osobiście.
W maju da 3 koncerty u nas, ale ja prawdopodobnie nie będę mogła być na żadnym. Chyba, że zdarzy się jakiś cud.
Taka mała ironia losu. Nigdy nie jeździłam na koncerty ze strachu przed tłumem, którego panicznie się boję. Dzisiaj pokonałabym ten strach, żeby pojechać i jej posłuchać, a tu figa z makiem. Cóż.
Pomimo tego minimalizmu na scenie i tak nie można oderwać od niej oczu, ale warto je jednak czasem po prostu zamknąć i posłuchać. To jest coś.

A do tego te wszystkie niby drobiazgi.
Kiedy pyta na lotnisku ludzi, którzy przyszli ją przywitać, kto jej kiedyś podarował miód, bo to był najlepszy miód, jaki jadła. Przyjmuje od ludzi wszystkie prezenty i jest zainteresowana tym, co dostaje, ogląda książki, zagląda do czekoladek. Prosi ochroniarza, żeby się przesunął, bo nie może porozmawiać z jakimś człowiekiem, po czym oddaje mu torebki z prezentami 🙂
Kiedy kręci „Mademoiselle Zhivago” nie zachowuje się, jak gwiazda, nigdy się zresztą tak nie zachowuje, znosi wszystko, bez jednego słowa sprzeciwu. Dostosowuje się do wszystkich wskazówek. Je z całą ekipą z plastikowego talerzyka, a oni wcale nie zwracają na nią uwagi, gadają z sobą po swojemu.
Cпасибо Madame – jedyna dziękuje mamie niemowlaka, który wystąpił w filmie. Zależy jej na tym, żeby to cпасибо powiedzieć, wchodzi w słowo zdziwionemu reżyserowi, który wygłasza zwykłe podziękowania dla ekipy po skończonym dniu zdjęciowym. Bo przed chwilą miała w rękach czyjś największy skarb i jest za to wdzięczna.
Zawsze dziękuje ludziom, z którymi występuje na scenie. Po każdym koncercie odwraca się tyłem do publiczności i bije im brawo.
Od lat widać obok niej tych samych ludzi, ma tych samych przyjaciół od czasów dzieciństwa, z którymi utrzymuje ciągle żywy kontakt.
Ciągle wszystkim mówi, że są genialni, że robią rzeczy genialne i ciągle za wszystko dziękuje.
I udało jej się pozostać sobą przez te wszystkie lata, zachować własne poczucie piękna. Nikomu i niczemu się nie sprzedała. I jest silna pomimo swojej kruchości . Jest jak światełko w tunelu, w świecie, w którym to wszystko nie jest takie oczywiste. Dlatego pewnie ludzie, którzy gdzieś w środku pomimo wszystko zawsze jednak pragną prawdy i piękna, tak bardzo ją kochają.
I na dodatek Lara ma genialne poczucie humoru, na swój temat też. I potrafi się cieszyć, jak dziecko.
I na dodatek bez względu na to czy śpiewa dla setek ludzi na stadionie czy dla 3 osób, śpiewa zawsze z takim samym zaangażowaniem i oddaniem.

Cóż, w bardzo przyspieszonym tempie poznawałam Larę Fabian. W ciągu trzech tygodni poznałam właściwie całe jej życie na scenie i poza sceną – to oczywiście proszę wziąć w wielki cudzysłów. W całym polskim Internecie nie znalazłam właściwie nic, poza informacjami na temat majowych koncertów i biografii, które kończą się w okolicach roku 2000 – 2002. Dobrze, że Rosjanie i Ukraińcy  mocno ją kochają, bo to głównie dzięki ich napisom pod filmami w ogóle cokolwiek wiem. I pomyśleć, że kiedy mnie zmuszano do nauki rosyjskiego, byłam święcie przekonana, że on mi się nigdy i do niczego nie przyda.
Poznałam jej rodzinę i przyjaciół. Wysłuchałam chyba większości jej utworów i chyba najbardziej dzisiaj mnie chwyta za serce „Le Secret”. Ciekawa jestem dlaczego. Jak nauczę się francuskiego, to się dowiem.

Muszę przyznać, że czasem można się zgubić oglądając to wszystko, co można znaleźć w Sieci.
Tu zapłakana artystka, tu szalejąca ze szczęścia kobieta. Tu intymna rozmowa – wywiad w cztery oczy, tu dziwne programy talk-show podczas, których czasem bawi się na całego, a czasem jest chyba trochę zażenowana. Nie widziałam pewnie wszystkiego, ale można się zgubić, można zapytać, kim w końcu jest ta kobieta?

Kiedy miałam marzenie zostać aktorką i wszyscy, którzy mnie znali, o tym wiedzieli, zdarzało się, że mówili: pokaż coś, zrób minę, zagraj coś. A ja nie potrafiłam. Byłam Magdą, a Magda była cicha i nieśmiała, lubiła się wygłupiać i robić z siebie wariata, ale tylko wtedy, kiedy to wychodziło naturalnie i pomagało rozładować na przykład ciężką atmosferę.
Dopiero na scenie byłam kimś innym i mogłam „pokazywać”.
Myślę, że Lara poza sceną jest po prostu Larą. Kochającą swoich rodziców. Mamą i dzisiaj szczęśliwą żoną. Wrażliwą kobietą świadomą swojego daru, którym chce się dzielić, ale nie nadającą mu jakiegoś boskiego sprawstwa, jak to się czasem ludziom chyba wydaje, kiedy się czyta i ogląda te setki emocjonalnych wypowiedzi.
Ona kocha to, co robi, śpiewanie daje jej szczęście i chce się tym dzielić. Po prostu.

Lara codziennie długo ćwiczy swój głos. Jak instrument. Słucha swoich nauczycieli, nie uważa się za alfę i omegę. Trzyma dyscyplinę.
Jest w jednym z filmów taki moment, kiedy to widać. Dzięki temu, co tam mówi, inaczej myślę o moim własnym, nieudolnym śpiewaniu i coś tam mi się nawet udaje z siebie wydobyć inaczej niż dotąd:-)

Komuś tak wrażliwemu, jak ona  nigdy nie jest łatwo. Nie jest łatwo komuś, kto za wszelką cenę chce ocalić w sobie dziecko, a komuś kto ciągle jest poddawany ocenie, czasem krytyce, jest po prostu ciężko.
Mimo wszystko daje radę. Raz lepiej, raz gorzej.
Lara Fabian jest jednocześnie słaba i silna, dlatego prawdziwa i ma głos anioła, którym ratuje niektórym ludziom życie:-)

Jak uratowała moje życie?
W dziwny sposób, niewytłumaczalny dla mnie zupełnie, pootwierała we mnie pozamykane dawno drzwi.
Odezwały się we mnie pragnienia, marzenia, obrazy, uczucia, które za tymi drzwiami kiedyś pozamykałam.
Nie wiem co z tego wyniknie, bo teraz mam potworny mętlik w głowie i w sercu. Mnóstwo nierealnych pomysłów i wrażenie, że wszystko uda mi się zmienić, a za chwilę panicznie się boję, że nic z tego nie wyniknie.
A naprawdę jeśli z tego wszystkiego uda mi się w krótkim czasie zrobić choć jedno, to będzie wspaniale.
Pierwszy krok. Jest mi bardzo potrzebny. I nie chodzi mi wcale Bóg wie o co.
Być może uda mi się wrócić w jakimś małym stopniu do mojego marzenia, ale przede wszystkim chodzi o te małe sprawy codzienne, które mogłyby być lepsze, piękniejsze, delikatniejsze.
Nie potrafię tego opowiedzieć, nie potrafię tego jeszcze z siebie wyciągnąć. Może mnie rozumiecie, może nie.
Pewnych rzeczy i spraw nie da się rozplątać ot tak, to trzeba będzie układać powoli od nowa, ale najważniejsze dla mnie dzisiaj, że znowu widzę i słyszę. Że sobie przypominam powoli, że wcale nie trzeba rezygnować z bycia wrażliwym, jeśli to dla Ciebie ważne.
Niby to wszystko wcześniej wiedziałam, ale nie dopuszczałam tego do głosu ze stu różnych powodów.

Teraz z tym koniec.
Od dzisiaj chcę być tym, kim jestem i taka, jaka jestem. I chcę o tym pamiętać.
Teraz w razie czego, mam gdzie uciec, bo jest muzyka i głos Lary Fabian.
A ja uczę się francuskiego.

Jasne, że nie wszystko, co napisała i zaśpiewała jest tak samo świetne. Jasne, że nie do każdego z pewnością przemawia, ale jest mnóstwo ludzi, którzy ją naprawdę kochają w taki czy inny sposób.
Na pewno jednak sprawia, że świat staje się lepszy. Gdyby takich Ludzi i Artystów było więcej…

Dziękuję, Madame Lara:-)

3 thoughts on “Dziękuję, Madame Lara

  1. Wszystko ma swój czas, co zresztą napisałaś. Ważne żeby każdy szukał tego co go porusza i dotyka… i dla każdego to może być coś innego. Ale to fantastyczne, że Ty coś takiego znalazłaś i pomaga Ci to w tych trudnych chwilach. Trzymam kciuki za Ciebie i pozdrawiam serdecznie.

    1. Tak, bez tego co porusza i wzrusza życie traci kolory. Jestem szczęśliwa, że to mi się przydarzyło, tym bardziej, że właściwie nie szukałam…chociaż być może podświadomie jednak tak.

Dodaj komentarz