Grzeczne, niegrzeczne. Oto jest pytanie

mały łobuziak
foto: Pezibear

Moje dzieci są najcudowniejsze na świecie i kocham je bezgranicznie, a jednak czasami miałabym ochotę uciec jak najdalej od nich, żeby ich nie widzieć, nie słyszeć, nie musieć interweniować i rozwiązywać palących, jak zawsze problemów.

A jednak napiszę, że moje dzieci są grzeczne. W każdym miejscu wiedzą jak się zachować. Mówią proszę, dziękuję, przepraszam. Potrafią ustąpić i nie wchodzą w słowo. Przepuszczają starszych i ustępują im miejsca.
Są zawsze chętne do pomocy itp. itd.
No, aniołki po prostu.

I jednocześnie moje dzieci krzyczą i kłócą się w domu, protestują, kiedy trzeba coś zrobić. Mówią ciągle: nie, zaraz, poczekaj, potem. Są leniwe i niezbyt skore do pomocy. Nie zawsze i nie w każdym przypadku oczywiście, ale zdarza im się, podczas gdy poza domem nie zdarzyło się chyba jeszcze nigdy.
Chociaż czasami mam tego dość, to myślę, że tak jest dobrze.

Dlaczego i czy to jakaś dwulicowość

Nie wiem czy to, jakie są nasze córki wynika z ich wrodzonych cech czy z częstego kontaktu z dziadkami, którzy zawsze o wszystkim opowiadali i opowiadają bardziej wyczerpująco od rodziców czy to z tego, że w sytuacjach konfliktowych zawsze pytałam i pytam: pomyśl: jak Ty byś się czuła w takiej sytuacji, na jej/jego miejscu. Czy byłoby ci miło? Czy czułabyś się dobrze?
Może to wszystko po trochę sprawia, że moje dzieci są empatyczne i nie kierują się jedynie własnymi korzyściami i egoizmem?
Że w domu nie są idealne?
Cóż, gdzieś trzeba rozładować złość, złe emocje, wątpliwości.
W domu można to zrobić, bo zawsze zostanie to wybaczone, zrozumiane, wysłuchane, przegadane.
Nawet jeśli głośno, czasem zbyt głośno, to zawsze dochodzimy do porozumienia, szukamy rozwiązania, podpowiadamy, co zrobić.
W domu jest bezpiecznie. Z domu można wyjść w niebezpieczny świat i być trochę bardziej odpornym na jego zły wpływ.

Wolę, żeby moje dziecko było grzeczne

To, co dzisiaj piszę, to pewna refleksja związana z artykułem Dlaczego nie chcę, żeby moje dziecko było grzeczne
Zgadzam się z hasłem przewodnim, że dzieci są ważniejsze niż zasady i nie chodzi o to, żeby je wtłoczyć w jakieś ramy, bo tak wypada.
Nie dlatego cieszę się z tego, że moje dzieci są grzeczne, bo lepiej się z tym czuję, jestem dumna i fajnie, że wszyscy chwalą.
Moim głównym zadaniem nigdy nie było nauczenie dzieci karności. Chciałabym, żeby potrafiły żyć w społeczności, odnaleźć się w grupie ludzi, dobrze się w niej czuć i żeby inni z nimi czuli się równie dobrze.
Bo człowiek jest stworzeniem stadnym. Po prostu. Bo w samotności i sam ze sobą się gubi i jest nieszczęśliwy. Bo potem się mści i robi różne głupie rzeczy. Czasem samemu sobie. Dlaczego na przykład tak wiele dzieci popełnia ostatnio samobójstwa?
A, że w grupie obowiązują pewne zasady? Cóż, wszyscy powinniśmy się do nich dostosować.
Są wyjątki oczywiście i mają prawo do tej wyjątkowości. Z tym, że nie za cenę wolności, wyjątkowości, spokoju innych.
Jeśli któraś z moich córek uzna, że woli być indywidualistką, to będzie tak, jak zdecyduje, ale na razie, jako dzieci, takie, a nie inne, potrzebują akceptacji ze strony grupy, w której żyją.

Żyj i daj żyć innym

Jestem świeżo po I Komunii młodszej Królewny. I w związku z tym, o czym dzisiaj piszę, mam kilka obserwacji.
Bardzo fajne dzieci. Sympatyczne, radosne, zabawne, ale nie do wytrzymania.
I to już jest mniej sympatyczne.
Pewna grupa dzieci zachowuje się tak, jakby to, co dotyczy wszystkich innych, ich zupełnie nie obowiązywało.
Nie stosują się do żadnych poleceń, nie mają żadnego szacunku do opiekunów, do tego stopnia, że po prostu śmieją im się w twarz.
Oni bawią się z pewnością genialnie, ale co z resztą? Z pozostałymi dziećmi, ludźmi uczestniczącymi w uroczystości?
Wiem, że bawią się o wiele gorzej. Jeśli w ogóle można mówić o zabawie.

I jeszcze cytat ze wspomnianego artykułu

Moje dziecko jest prawie zawsze najbrudniejsze i najgłośniej wrzeszczy. Z radości, a czasem z wściekłości. Moje dziecko kąpie się w błocie i biega koło fontanny. I kręci się wokoło metalowych rur w wagonach metra. (…) Wybrałam uwalnianie się od rodzicielskich i cywilizacyjnych lęków. Wierzę, że mogę moje wychowanie oprzeć bardziej na miłości niż strachu. Czuję się czasem mamą na przekór tradycji. Czytam artykuły, z których dowiaduję się, że jestem wyrodną matką. Taką, która zdecydowanie bardziej kocha, niż wymaga.

To słowa pani Agnieszki Stein, mamy, psycholożki i terapeutki rodzin.
Hmm, z tym błotem, fontanną, wrzaskiem, nic mi do tego, ale już rury w metrze? Chyba, że pani z dzieckiem jeździ pustym wagonem, to tak, ale jeśli oprócz niej i dziecka jeżdżą inni pasażerowie?

Czy oni nie są ważni? Albo czy jej dziecko jest ważniejsze od innych pasażerów? Może zmęczonych po dniu pracy, może starych, może chorych, może smutnych?
Czy w końcu wpajanie dziecku ogólnie obowiązujących zasad jest oznaką braku miłości?! Mam pewne wątpliwości.
A co do strachu z powodu posiadania własnego zdania. No to już moim zdaniem jest jakiś problem rodzica, a nie otoczenia, nie społeczeństwa

Mam ostatnio coraz częściej wrażenie, że jako rodzice zaczynamy popadać w paranoję. Szukamy dziury w całym, problemów tam, gdzie ich wcale nie ma, próbujemy wyważać otwarte drzwi, ulepszać własne dzieci i świat na siłę.
A wystarczy moim zdaniem po prostu miłość i trochę zdrowego rozsądku i empatii, także w stosunku ludzi obok.

Related posts