złota jesień mnie za gardło trzyma
foto: valiunic

Dzień dobry kochani moi czytacze.
Dzisiaj będzie wpis z rodzaju wszystko i nic czyli przysłowiowy groch z kapustą.
Trochę refleksji, luźnych spostrzeżeń, co mi dzień przed oczy i uszy przyniósł.
Bo wiecie co? Muszę to w końcu szczerze przyznać, przede wszystkim przed sobą, ale i przed Wami, bo ciągle tu staram się trzymać fason, a tak naprawdę nie daję sobie rady.
Resetuję się na chwilę i za chwilę wracam do punktu wyjścia. Nic nie pomaga. Nic.
Oczywiście tragedii nie ma, bo ja z natury jestem optymistką, ale jesień i zima to  jest czas, kiedy najchętniej po prostu zasnęłabym, albo nie wstawała od książki.
Co mam z tym zrobić?
Trwam w jakimś takim zawieszeniu. Mózg mi się chyba wyłączył, bo robię jedynie to, co muszę, czytaj biegam, żeby ze wszystkim zdążyć i o wszystko, o co muszę, zadbać. I jedynie obserwuję i słucham.
Czekam na lepszy czas i na słońce. Nie robię dalekosiężnych planów, bo i tak nie udaje mi się ich zrealizować, a potem tylko samopoczucie pikuje w dół.
I stąd dzisiaj kilka historyjek, które mnie na dłużej zatrzymały. Nic odkrywczego, ale jeśli jesteście ciekawi, poczytajcie.
Jeśli nie jesteście ciekawi, uciekajcie, gdzie pieprz rośnie i poczytajcie coś ciekawszego, ale wróćcie do mnie za jakiś czas, bo przecież ten stan nie będzie trwał wiecznie 🙂

Do boju kobieto, do boju

A propos wcześniej wspomnianych planów. Obserwuję ostatnio wzrost potrzeby planowania u niektórych osób, a właściwie u bardzo wielu osób. Dokładniej u wielu kobiet, może dlatego, że kobiety częściej obserwuję.
I nie ma w tym absolutnie nic złego. To raczej coś dobrego.
Dobrze jest planować, mieć jasno wytyczone cele, dobrze zorganizowaną pracę.
Mam jednak takie niejasne przeczucie, że to planowanie powoli przeradza się w pewnego rodzaju, religię, to trochę za dużo powiedziane, ale pewien rytuał dla samego rytuału.
Ludzie zbierają się w grupy i debatują nad tym, jak najlepiej planować. Bo są oczywiście różne szkoły planowania.
Dobierają planery, kolory, szablony, metody zapisywania.
I rozplanowują miesiąc, tydzień, dzień i noc. A potem bardzo często wszystko  bierze w łeb, bo jeszcze trzeba się wziąć do pracy, żeby plan wykonać. A tu energii niewiele po planowaniu.
I z jednej strony jest to genialna sprawa, bo każdy może znaleźć dla siebie coś nowego, odpowiedniego, poradzić się, znaleźć pomoc. Niektóre rady są naprawdę wartościowe. Poza tym jest tak ślicznie, estetycznie.
Tak skrupulatnie zaplanowany czas pozwala ogarnąć mnóstwo spraw, wygospodarować chwilę dla siebie, czasem nawet dwie.
Bo wychodzi z moich obserwacji, że współczesna kobieta czyli i ja musi, po prostu musi, dawać sobie radę, jeśli nie ze wszystkim, to prawie ze wszystkim: pracą, rodziną, samorozwojem, dbaniem o sprawność, wymyślnym gotowaniem, wyglądaniem, bywaniem, fotografowaniem i już naprawdę nie pamiętam czym jeszcze.
Tylko, że mnie to trochę przeraża. I mnie to trochę przerasta. Najbardziej przeraża mnie to, co będzie, jak mi się tego planu nie uda zrealizować co do joty.
Znając siebie, przewiduję, że wyrzuty sumienia wgniotą mnie w ziemię i ciężko się będzie zbierać.
Jednym słowem jakoś nie pasuję.
Nie, żebym całkiem nie planowała, planuję, słucham rad, ale staram się dać sobie trochę luzu, określić ramy i wytyczyć realny cel, a nie to, co bym chciała. To, co bym chciała może nie zmieściłoby się w moim ślicznym notesiku do planowania. Bo ja też mam śliczny notesik, bo ja lubię śliczne notesiki i lubię pisać ręcznie.
A co do gotowania, wyglądania i paru jeszcze spraw, to się w ogóle nie odnajduję i nie ogarniam wszystkiego. Naprawdę.
Bo zresztą czy można życie zaplanować, co do minuty? A co ze sprawami, na które nie mamy żadnego wpływu?

Szczęście na wyciągnięcie ręki

Nie bardzo lubię jeździć komunikacją miejską. Denerwuje mnie marnowanie czasu na czekanie na przystanku, jazda w tłoku, wrzeszczący do telefonów ludzie, ale jeżdżę, bo kosztuje mnie to mimo wszystko mniej nerwów niż jazda samochodem przez remontowane od miesięcy  miasto (wiem, powtarzam się).
I to właśnie z komunikacją miejską wiąże się najbardziej pozytywna historia kilku ostatnich moich dni.
Każdego ranka na przystanku, z którego jeżdżę do pracy, spotykam grupę bardzo pozytywnych ludzi. Jest ich pięcioro.
Wszyscy w jakiś sposób, według naszych standardów, upośledzeni.
Co do trójki nie mam pojęcia, co to jest. Jakiś rodzaj upośledzenia umysłowego, ale bardzo lekkiego chyba, na pierwszy rzut oka. Poruszają się bez opiekunów, radzą sobie z realiami, ale zachowują się odrobinę inaczej niż my „normalni”.
Dwie kobiety i mężczyzna. Jedna z nich ma dodatkowo jakąś wadę budowy, bo jest niska, odrobinę przygarbiona i porusza się o kuli. I zdaje się, że jest hersztem tej bandy. Jest najgłośniejsza i najweselsza i cała reszta zawsze jej słucha.
Druga kobietka i trochę poważny mężczyzna wyglądają na parę.
Dwóch pozostałych to wesołki z zespołem Downa. Jeden z nich wyjątkowo dba o przywódczynię.

Zawsze trzymają się razem. Żywo dyskutują czym odróżniają się od reszty smutasów wpatrzonych w wyświetlacze smartfonów.
Są wobec siebie bardzo czuli. To może niektórych bawić lub pewnie śmieszyć, kiedy dwóch dorosłych facetów przytula się na ulicy, albo idzie razem pod rękę bez żadnych podtekstów.
Po prostu wyrażają albo aprobatę, albo współczucie, albo cieszą się, że są razem.
Wszyscy ciągle się poklepują, albo chociaż kładą rękę na ramieniu, wymieniają się całusami, a kiedy rozmawiają, patrzą sobie uważnie w oczy.
Pewnego ranka była tylko trójka. Herszt i dwóch wesołków. Kiedy podeszłam, żeby spojrzeć na rozkład jazdy, usłyszałam takie słowa:
– Wiem co zrobię. Po jednym cukierku dam Wam dzisiaj, a jutro po drugim – i pani uśmiechnęła się od ucha do ucha, bardzo z siebie zadowolona.
Odpowiedziały jej dwa zadowolone pomruki, panowie spojrzeli na siebie, pokiwali z uznaniem głowami i delikatnie poklepali panią po ramieniu.
Można się nie uśmiechnąć?
Wiecie, że kiedy ich spotykam na tym przystanku, to naprawdę nastrój mi się zawsze poprawia, bez względu nawet na aurę.
Jakie wszystko mogłoby być proste,gdybyśmy byli chociaż trochę do nich podobni.
Oni też pewnie mają gorsze dni, o których ja nie wiem, ale jak często my jesteśmy tacy, jak oni, kiedy mamy te lepsze?
No dobra, marudzę, niech będzie, ale uprzedzałam.

Kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żartuje

Wyjdź ze swojej strefy komfortu ( rany, jak ja nie lubię tego hasła)
Przyłącz się do wyzwania.
Zarób milion w dwa tygodnie.
Namaluj obraz, napisz powieść – też potrafisz, zrób zdjęcie, schudnij w 5 dni X kilogramów.
Bądź idealną mamą, kup sobie poradnik o sprzątaniu domu, będziesz sprzątać jeszcze lepiej niż dotąd.
Ugotuj, upiecz coś, czego nie ugotował i nie upiekł jeszcze nikt przed Tobą.
Zostań veganką, stań na głowie, zrób sobie własnoręcznie sok z granata i …zrób mu klimatyczne zdjęcie, zamieść je na Instagramie i koniecznie dobrze otaguj czy coś.
I na koniec hit ostatnich dni, jak dla mnie – czytaj nawet 3 książki w 1 wieczór. Wow! A PO CO?

Wyzłośliwiam się, ale ja to wszystko rozumiem. Dostrzegam w tym wiele przesady ze strony niektórych, ale rozumiem.
Taki jest dzisiaj świat. Wszyscy, albo bardzo wielu w jakiś sposób chce i próbuje zaistnieć. Powody tych zabiegów są różne, jak różni są ludzie.
Rozumiem, że prowadzenie firmy na przykład wymaga takich działań i że te działania muszą być zwielokrotnione i podejmowane stale i stale.
Rozumiem to, ale mam dość.
Może nie nadążam? W końcu dopiero co dowiedziałam się, że moja koleżanka z podstawówki jest już babcią. Ta wiadomość docierała do mojej mózgownicy przez cały tydzień, a kiedy już dotarła, zrobiła w niej piękny bałagan. Na razie ciężko mi tam zrobić porządek.
Ja co prawda najlepiej czuję się wśród nastolatków, ale fakty są nieubłagane.
To chyba po prostu nie jest mój świat, ten (samo)rozwojowy i chyba nie dam rady się  w niego wpasować. I chyba jednak nie chcę.
Przeszło mi nawet przez myśl, żeby się wymiksować z Facebooka, ale to właśnie tam spotkałam Larę Fabian,  Miss Ferreirę, Maćka Wojtasa, a ostatnio odkryłam zjawiskowy blog, o którym niedługo napiszę.
Pewnie spotkam tam jeszcze niejednego genialnego człowieka, dlatego zostanę, ale na pewno nie zacznę czytać 3 książek w 1 wieczór. Co to, to nie. Wyobrażacie sobie przeczytać np. „Idiotę”,  „Miłość w czasach zarazy” i „Cień wiatru” w jeden wieczór?

Mój kolega z pracy, kiedy się trochę za mocno zdenerwuje, powtarza pod nosem: Bieszczady, Bieszczady, a mnie pomaga usłyszane niedawno zdanie: „z Bogiem jesteś nieskończenie cenny”.
Bedę je sobie często powtarzać, żeby mi znowu nie przyszła do głowy chęć zawojowywania świata.
Nie, żebym nie chciała się rozwijać, bo przecież, jak wszyscy wiecie, kto się nie rozwija, ten się zwija 🙂 ale muszę to robić na swoich własnych warunkach.

No, chyba, że na wiosnę moja granica się znowu przesunie. Jak tu zrozumieć innych, jak siebie samego człowiek ogarnąć nie może?
Jesteście tu jeszcze? Podziwiam, dziękuję i kończę. Marudnie dzisiaj wyszło, ale na koniec uśmiecham się do Was szeroko.
Musicie uwierzyć mi na słowo 🙂

 

  • Magda, sok z granatu zrobiony w wyciskarce i sfotografowany na Insta to mój przypadek, przyznaję. 💗
    Jesteśmy z mężem wielbicielami terapii sokowej, która odtruwa wątrobę, dodaje energii, to tzw superfood dla organizmu. I właśnie o to chodzi by zwiększyć poziom energii, nie popaść w ospałość…
    Czuję bluesa i rozumiem powody twoich narzekaň, jeden dzień w tygodniu przeznaczam na obowiązkowy reset i jestem offline przrz prawie cały dzień, niestety, przez cały się nie da.
    Dlatego wymyśliłam aplikację z podcastami aby twoi czytacze i czytacze wielu innych blogów mieli szansę zresetować wzrok, to niełatwe wyzwanie zwłaszcza jeśli prowadzisz biznes w sieci. Sieć daje ogromne możliwości, weź pod uwagę, że nie wszyscy Polacy mieszkają w dużych czy nawet średnich miastach, dzięki zmianie mentalności i dzięki działaniom samoozwojowym mogą np uczestniczyć w kursach czy nawet studiować mieszkając nadal tam gdzie mieszkają. Ale w tym szaleństwie dobrze jest zachować metodę tzw złotego środka 🙂
    Ps grupę Maćka Wojtasa i Beaty Redzimskiej również lubię i polecam:)

    • Magdalena

      No masz 🙂 a ja napisałam o granacie, bo on mi się dobrze kojarzy ze względu na kolor i wyjątkowość 🙂 Zauważyłam ,że lubisz soki i inne mikstury, muszę spróbować tego kefiru ze szpinakiem – nie gwarantuję, że zrobię zdjęcie 🙂
      A co do resetu, to ja mam właśnie kłopot z wygospodarowaniem chwili. Kombinuję i kombinuję i nijak nie mogę wszystkiego zmieścić i jestem teraz na etapie eliminowania, tylko, że wszystkiego mi szkoda, ale może to jest jakaś metoda.
      To, że Internet daje mnóstwo możliwość to jasne, że dzięki niemu można zrobić więcej niż bez niego to też jasne, sama biorę przecież udział w szkoleniach internetowych.
      Myślę, że powód mojego jesiennego nastroju tkwi we mnie. Próbuję chyba łapać za dużo naraz, a potem klops i czepiam się granatów i planowania 🙂 bo słońca mi brakuje.
      Za Ciebie i Twoją aplikację niezmiennie trzymam kciuki, buziaki