Kilka wakacyjnych wspomnień z nagietkiem w tle

Dzisiaj będzie kilka wspomnień z naszych tegorocznych wakacji. niektórzy już zapomnieli, ja jeszcze pamiętam. Nie do końca były niestety przyjemne, ale na szczęście jest happy end, więc opowiem. Tym bardziej, że mam zgodę młodszej Królewny, która będzie dzisiaj bohaterką tej opowieści.

Te wakacje od początku były dla Królewny trochę pechowe

Zaczęły się z nogą w gipsie.
Jedyny plus całej sytuacji polegał na tym, że ominęły ją największe lipcowe upały, które rozpoczęły się dokładnie w dzień po tym, kiedy nóżka została uwolniona.
Sytuacja dosyć dziwna, bo z dnia na dzień dziecko zaczęło utykać na jedną nogę i skarżyć się na ból w pięcie.
Zupełnie nie mogła się na niej oprzeć. Śledztwo nic nie wykazało. Nie potknęła się, nie uderzyła, nie skręciła nigdzie nogi.
Nie było wyjścia, trzeba było pojechać do lekarza. W rozpaczy, bo przecież:
mamo, wakacje się zaczynają, a ja będę chodziła z gipsem? A co z basenem?

Noga na szczęście po 2 tygodniach przestała boleć

I humor wrócił, pogoda dopisywała, nawet zbyt mocno i było pięknie.
I pojechaliśmy wszyscy na zasłużony odpoczynek.
I było wspaniale. Ciepło, basen za progiem, obok piękne górki, po których nawet Królewna oszczędzająca jeszcze ciągle nóżkę, mogła spacerować.
Piłka, badminton, brodzenie w lodowatym strumyku, bierki, książka, zabawy z psem, kiełbaski z grilla, lody, spacery
I wieczór, który wszystko zakończył i już chyba w tamto miejsce nie wrócimy, a przynajmniej nie w najbliższych latach, bo się Marysi bardzo źle teraz kojarzy.

Mamusiu, ja sobie zaparzę meliskę

Od kilku miesięcy moje dziecko miewa problemy z zasypianiem i czasami pije przed snem meliskę
(zawsze mówi właśnie tak 🙂 )
Siedzimy ze starszą Królewną przed domkiem. Czytamy sobie.
Jest piękny, ciepły, ale nie gorący wieczór. Portos leży obok i mierzy się wzrokiem z małym kudłatym sąsiadem. Jest cudownie, spokojnie.
I nagle z wnętrza domku słychać potworny krzyk.
I nie wiem, jakim cudem tak szybko znalazłam się przy moim dziecku, ale to nie  pomogło.
I nie pomogło to, że ręka znalazła się prawie natychmiast pod zimną wodą.
Moja córka zamiast do kubka z meliską wylała dopiero co zagotowaną wodę na rękę, którą ten kubek trzymała.

I wakacje się dla nas skończyły

Lekarz stwierdził oparzenie II stopnia.
Początkowo nie wyglądało to tak źle, chociaż potwornie bolało i myślałam, że kilka dni, dwa tygodnie i będzie po wszystkim.
Niestety, być może z powodu upałów, które wówczas panowały, ręka nie goiła się dobrze, a nawet nastąpiło  pogorszenie stanu.
Wyglądała bardzo brzydko, ale na szczęście przestała boleć.
Zmiana opatrunków to była dla mnie męka. Było mi słabo, trzęsły mi się ręce.
Na dodatek, niestety, to była lewa ręka czyli ta, którą Marysia się posługuje na co dzień.  A tu wakacje niedługo się skończą i trzeba będzie iść do nowej szkoły, co samo w sobie już jest stresem. A ręka ciągle taka brzydka.
Ja najbardziej bałam się tego, żeby nie zostały blizny, które mogłyby jej ograniczać ruchomość.

oparzenie II stopnia
Tak wyglądała rączka Marysi odrobinę zagojona. To zdjęcie nie było zrobione z myślą stworzenia historii przed/po. Tak wyglądała rączka, kiedy ja ze starszą Królewną poszłam na Pielgrzymkę i Marysia chciała mi pokazać, że jest lepiej 🙂

Długo się to wszystko goiło, zużyłyśmy mnóstwo żelowych opatrunków. Świetny wynalazek, tylko bardzo drogi. Nie wiem, jak sobie radzą ludzie, którzy są poparzeni poważniej. Bo opatrunki zupełnie nie są refundowane.  Kiedy łapka się już wreszcie zabliźniła, kupiłam przepisaną przez panią doktor maść, bo ręka pozostała czerwona i ciągle istniało zagrożenie dla skóry, która wyglądała, jakby ktoś na niej wysypał takie drobne, dosyć szorstkie w dotyku i twarde ziarenka.
I nowa katastrofa. Maść tłusta i śmierdząca tak potwornie, że… no, to pozostawiam w domyśle.
Zalecenie: smarować trzy razy dziennie.
– Mamusiu, ja nie będę tak chodziła do szkoły. Przecież dzieci nie będą się chciały do mnie zbliżać.
A poza tym wytrę to wszystko w ubranie i będzie tłuste.
Co racja, to racja.
Kupiłam więc po namyśle Fitoregulator z wyciągiem z nagietka lekarskiego Organic Life.
Radość mojego dziecka była, jak to się mawia, bezcenna.
Krem pachnie ślicznie i doskonale i szybko się wchłania. Przede wszystkim jednak zadziałał szybko i skutecznie.
Rączka z dnia na dzień stawała się mniej zaczerwieniona, a skóra gładziutka i mięciutka.
Nie ma zupełnie żadnego śladu po oparzeniu. I nie ma, co najważniejsze, żadnych kłopotów z poruszaniem rączką.

rączka i fitoregulator
Rączka już zdrowa

A dlaczego właśnie wyciąg z nagietka? I co to jest fitoregulator

Nagietek lekarski, jak pewnie powszechnie wiadomo, stosuje się w przypadku niegroźnych oparzeń, małych ranek czy otarć. Wyciągi z tego niepozornego pomarańczowego kwiatuszka mają działanie ochronne, łagodzące podrażnienia i jednocześnie przeciwzapalne.
Dlatego stosuje się go leczniczo, a w kosmetyce działa cuda na suchej, łuszczącej się skórze.
Dlatego właśnie tak pięknie zadziałał na skórę Królewny.
A tajemniczy fitoregulator to bioaktywny preparat, którego tajemnica kryje się w tym, że wyciąg roślinny zamknięty jest w liposomach, maleńkich kulistych strukturach otoczonych warstwą lipidową, które potrafią przenikać w głąb skóry. Liposomy w fitoregulatorze transportują w głąb wyciąg z nagietka, a że jest go w tym kosmetyku 50% to i nic dziwnego, że jego działanie jest tak spektakularne. Do tego są tu przecież jeszcze: olej słonecznikowy, olej z pestek winogron, olej z orzechów makadamia, masło Shea, masło kakaowe. A całość uzupełniają witaminy A, E, B5 i alantoina.
Żadnych sztucznych, chemicznych konserwantów innych niebezpiecznych dla naszych organizmów dodatków.
I dlatego właśnie to działa 🙂

Fitoregulator został wymyślony i opatentowany przez firmę Organic Life.

Related posts