Kim jestem dla moich dzieci

Dzień dobry. Tłumaczyć się czy nie z tej długiej nieobecności?
Komu to potrzebne, prawda? Mnie na pewno nie. Zmęczona już jestem trochę faktem, że ile razy coś sobie zaplanuję, tyle razy moje plany rozwiewają się, jak dym, że się tak poetycko wyrażę.
Miałam rozwijać skrzydła, zrobiłam sobie plan wpisów, czytałam, przygotowywałam sobie trochę materiałów.
Miałam więcej czytać, miałam więcej ćwiczyć, miałam dłużej spać. Bla, bla, bla…
I co? I pstro!


Niech za moje wytłumaczenie posłuży cytat z książki, którą niedawno przeczytałam.
Czytałam ją na zasadzie odskoczni od rodzicielskich obowiązków, a tu, proszę, taka niespodzianka:

…dla dziecka wszystko jest nowe, ale to nowe zostało już zobaczone, nazwane i sklasyfikowane przez innych: każdy przedmiot objawia mu się z przyklejoną etykietką; jest w najwyższym stopniu uzasadniony i święty, albowiem swój ślad odcisnęło na nim spojrzenie dorosłych. Dziecko nie odkrywa bynajmniej nieznanych krain, przegląda album, kataloguje zielnik, robi obchód swojej posiadłości…Dramat zaczyna się z chwilą, gdy dziecko staje się duże, przerasta rodziców o głowę i spogląda na świat ponad ich ramionami. Za nimi zaś nie ma nic: przerastając swych rodziców, być może ich osądzając, doświadcza swej transcendencji. Ojciec i matka skurczyli się; oto oni, mali i przeciętni, nie dający się uzasadnić, pozbawieni przyczyny; ich majestatyczne idee odzwierciedlające porządek wszechświata, spadają do rangi poglądów i nastrojów. Okazuje się nagle, że świat trzeba stworzyć na nowo, podważone zostaje umiejscowienie i samo uporządkowanie wszystkich rzeczy, a ponieważ boski Rozum nie ogarnia go już swoją myślą, ponieważ spojrzenie, jakim go obdarzał, jest już tylko małym światełkiem pomiędzy innymi, dziecko traci swoją esencję i swoją prawdę; niejasne nastroje i trudne do sprecyzowania myśli, które zdawały mu się kiedyś rysą na odbiciu jego metafizycznej rzeczywistości, niespodziewanie stają się jego jedynym sposobem istnienia. 
Znikają nagle obowiązki, rytuały, określone i ograniczone zobowiązania. Pozbawione uzasadnienia, nie znajdujące usprawiedliwienia swej egzystencji dziecko doświadcza ni stąd ni zowąd przerażającej wolności. Wszystko należy zacząć od nowa: samotny człowiek staje nagle naprzeciw otchłani nicości…”

Jestem mamą 13 i 11 – latki.
Tym, którzy nie mają dzieci, nic to nie mówi. Tym, którzy mają małe dzieci, nic to jeszcze nie mówi.
Rodzicom nastolatków lub byłych nastolatków niczego nie muszę tłumaczyć.
Jestem na wojnie, albo inaczej, jestem na bardzo szybko poruszającej się huśtawce.
Nie jestem pewna czy tak jest, ale mam wrażenie, że jestem bezradna.
Nie działa nic z tego, co działało do tej pory. Domyślałam się czy przeczuwałam dlaczego tak jest, ale te cytowane słowa to było, jak silne uderzenie. Co innego zdawać sobie sprawę, co innego zobaczyć to czarno na białym ( ja już tak mam, to co widzę przemawia do mnie bardziej)
I na dodatek wydaje mi się, że inni mają normalniej 🙂  co mnie przygnębia, pomimo tego, że wcale nie jest prawdą.
Te słowa brzmią naprawdę strasznie, a co dziwne, ja nie przypominam sobie dokładnie, jak było ze mną. Czy czułam się właśnie tak? Wiem, że się buntowałam i czasami byłam w rozpaczy i czułam bezsilność, ale czy rzeczywiście było tak strasznie?
Bez względu na sytuację zawsze miałam oparcie w moich rodzicach i w siostrze, chociaż walki między nami trwały przez całe lata oczywiście. Miałam jednak taką pewność wewnątrz, że w razie potrzeby zawsze mogę pójść i poprosić o pomoc i że ją dostanę.
Ani Baudelaire, ani Sartre tego nie mieli, więc te słowa na pewno nie odzwierciedlają w stu procentach uczuć moich dzieci, ale,  kiedy je obserwuję, to miewam uczucie, że gdzieś się odsuwam  na dalszy plan w hierarchii.
Nie chodzi mi o to, że mam być zawsze na 1 miejscu, bo to byłoby nienormalne, ale chciałabym móc się z nimi porozumiewać, żeby móc w razie czego pomóc, poradzić, ochronić. No przecież nawet 13 lat, to przecież nie jest jeszcze wiek, w którym można pozwolić dziecku na całkowitą samodzielność

Cóż, myślałam wcześniej, że dam sobie radę bez pomocy. Byłam w błędzie.
Przeczytałam już jedną książkę, próbuję wprowadzać w życie rady, o których tam przeczytałam.
Powiem tak: w przypadku jednej córki działa jeden sposób, w przypadku drugiej całkiem inny.
Żaden nie działa w stu procentach, co jest oczywiste. Czasem, częściej, jak wcześniej napisałam, nie działa nic.
Próbuję się w tym wszystkim odnaleźć, ale nikt mi tego nie ułatwia. Ja sama sobie też nie.
Dlatego poszukuję poradnika na temat tego, jak i skąd może przede wszystkim pobierać, zdobywać, uczyć się ją wypracowywać – niepotrzebne skreślić –  cierpliwość mama, która przez niemal 24h /dobę jest wystawiana na próbę ?
Czy ktoś wie czy istnieje taki poradnik i gdzie ewentualnie można się w niego zaopatrzyć? 🙂
Tymczasem jedzie do mnie kolejna, polecana książka. Przeczytamy, zobaczymy.
Bardzo często to, co na papierze wygląda wspaniale, w rzeczywistości nie ma szans zaistnieć, bo do dialogu, jak wiadomo potrzeba przynajmniej dwóch chętnych.

okładka książkiNo dobra, tyle na ten temat.
A teraz jeszcze kilka słów o książce, z której pochodzi dzisiejszy cytat.
Jakiś czas temu usłyszałam po francusku wiersz Charlesa Baudelaire’a „Do czytelnika” wstęp do „Kwiatów zła” Spodobało mi się jego brzmienie, no bo przecież zrozumieć nie miałam szans. Przeczytałam więc polskie tłumaczenie, przypomniałam sobie, że dawno, dawno temu czytałam jego wiersze i że mnie przygnębiały, ale były też piękne.
Później byłam w bibliotece i szukałam, nie pamiętam już jakiej książki, a znalazłam właśnie tę „Baudelaire” J.P. Sartre’a.
Przyniosłam ją do domu i późną nocą, kiedy moje dzieci poszły spać, zabrałam się za czytanie.
I jakież było moje zdziwienie, a nawet powiem więcej, przerażenie, kiedy po przeczytaniu kilku pierwszych zdań, zdałam sobie sprawę z tego, że nic, ale to zupełnie nic nie rozumiem.
Poszłam spać zrozpaczona. To aż tak się cofnęłam w rozwoju?
Rano była sobota, więc zanim na dobre zaczął się dzień, wzięłam ją jeszcze raz i jeszcze raz spróbowałam.
Uff, jednak nie jest tak źle.
To nie była jednak łatwa lektura.
Przede wszystkim Sartre pisał ją językiem, jakiego dzisiaj się już nie używa, albo to tłumaczenie takie po prostu było.
Poza tym, jak przeczytałam później, pisząc tę szczegółową analizę życia, ale przede wszystkim życia wewnętrznego Baudelaire’a pisał również o sobie. Mocno to wszystko zakręcone. Nadwrażliwiec piszący o innym nadwrażliwcu, piszący jednocześnie o sobie samym nadwrażlliwym…
No i ten zupełny właściwie brak akapitów. Tak się na dłuższą metę po prostu nie daje czytać.
My już jednak chyba mamy zmiany w mózgu, ja chyba mam. Przyzwyczailiśmy się do akapitów, a nawet odstępów takich, jak podczas czytana na monitorze i bez tego ani rusz.
Jakoś mi się udało doczytać do końca i nie żałuję, chociaż przynajmniej z 5 razy miałam się już poddać.

Wnioski po lekturze?
Całe nasze życie zależy od naszego dzieciństwa. Tu się kształtują nasze dusze, nasze umysły, nasze serca.
Rodzice to cały dziecięcy świat i brak ich miłości przekreśla całe życie.
Nie wiem czy zawsze tak jest. Pewnie są ludzie, którzy są silni i potrafią się posklejać. Baudleraire nie potrafił, tak przynajmniej wynika z książki Sartre’a, innej biografii nie znam i nie interesowałam się nim wcześniej.
Bardzo to wszystko  przygnębiające, że można tak z rozmysłem wybierać zawsze tylko ciemną stronę życia. Że można nigdy nie dać sobie szansy na to, żeby się poczuć szczęśliwym. Że można nawet szczęście uznać za coś siebie niegodnego.

Nie wiem, kim dzisiaj jestem dla moich dzieci, zwłaszcza dla starszej córki, ale to mnie nie powstrzyma.
Moje dzieci będą miały wybór, bo je bardzo kocham i nie zostawię samych z trudnymi emocjami.
Nawet jeśli nic nie będę mówić. Bo teraz to chyba głównie chodzi o to, żeby mówić, jak najmniej.
Dla mnie to trudne 🙂

Related posts

Dodaj komentarz