Lubię czytać i już

literatura kobiecaWiecie, nie byłam nigdy fanką literatury kobiecej.
Źle mi się zawsze kojarzyła. I sumie nie do końca wiem dlaczego, bo jak dotąd przeczytałam może trzy książki tego nurtu, których tytułów, ani autorek niestety nie pamiętam. Mówiąc bardzo delikatnie, nie zachwyciły mnie one, stąd brak zainteresowania innymi.
Nie podobały mi się styl, język, postaci, jakaś taka sztucznie kreowana, lukrowa, cukierkowa rzeczywistość, jak na zamówienie.
Do tego wśród grona ludzi, z którymi się zwykle spotykam taka literatura ma niezbyt pozytywne konotacje.
Że to takie książki niewiele warte, że mało ambitne. Jednym słowem literatura dla gospodyń, kur domowych, nastolatek, żeby nie wymieniać dalej.
Dlatego dałam sobie z nimi spokój uznając, że to po prostu strata czasu i wzięłam się za literaturę bardziej, w mojej osobistej ocenie, ambitną.
No cóż, idealna jednym słowem nie jestem i podobnie, jak innym i mnie wiele rzeczy można wmówić, choć staram się, jak mogę myśleć samodzielnie.

I jako duża dziewczynka powinnam wiedzieć, że literatura to po prostu literatura. Dobra, albo zła.
Bez względu na to czy pisana przez mężczyznę czy przez kobietę. Przez starca czy przez nastolatka.
Bez względu na to, jaki porusza temat. Bo przecież o najbardziej banalnych sprawach można napisać porywająco, zabawnie, wzruszająco, przerażająco. Jednym słowem tak, że czytelnik oderwać się nie może, dopóki nie skończy.
A ja dałam sobie wmówić, że tzw. literatura kobieca, to coś gorszego, niższych lotów, nie warte mojego zainteresowania.

Jak to się stało że zaczęłam zmieniać zdanie

W dość zabawny sposób.
Poznałam za pośrednictwem Facebooka pewną autorkę, przedstawicielkę wyżej wspomnianej literatury.
Poznałam to oczywiście stwierdzenie na wyrost, ale jak to w Internecie bywa, jak się powie A, to B i C i cała reszta spada na człowieka czy tego chce czy nie chce.
Autorka okazała się osobą pełną ciepła, poczucia humoru i dystansu do siebie. Popularną i lubianą.
A ja nie znałam ani jednej jej książki. I wcale nie miałam zamiaru poznawać. I odrobinę mnie śmieszyły te wszystkie ochy i achy jej fanek. I uważałam, że to zapewne przesada i że nie zamierzam się wkręcać do tego kółka wzajemnej adoracji.
Czytałam coś zupełnie innego, ale z ciekawości zaglądałam, co tam u mojej sympatycznej, nieoczekiwanej znajomej słychać.
A ona pisała, i pisze, książkę za książką, jeździ po całej Polsce na spotkania autorskie, bierze udział w audycjach radiowych, udziela wywiadów.
I zaczęłam mięknąć – a może by jednak sprawdzić, co pisze? Jeśli mi się nie spodoba, dam sobie spokój.
Poszłam do biblioteki, nie zamierzałam kupować żadnej książki, bo i tak miejsca na pólkach już w domu nie mam.
Znalazłam odpowiedni dział, wcale nie z literaturą kobiecą, a po prostu z literaturą polską, znalazłam przegródkę podpisaną Izabella Frączyk i wypożyczyłam od razu dwie książki, jak szaleć to szaleć, z serii trzech, bo trzeciej nie było.
Jak mi się nie spodoba, nie przeczytam, oddam, zapomnę.

Przeczytałam ale nie od razu mnie olśniło

Pobiegłam po trzecią książkę z serii do biblioteki i niestety nie udało mi się jej wypożyczyć, o czym wspominałam Wam już wcześniej.
Wypożyczyłam wtedy „Król Kier znów na wylocie” Hanny Krall
I dopiero przy lekturze Hanny Krall olśniło mnie, że „Koncert cudzych życzeń” i „Spalone mosty” , które wcześniej przeczytałam to dobra literatura.
Dlaczego tak pomyślałam? Bo dotarło do mnie w tamtym momencie, że literatura, jakakolwiek by nie była to po prostu opowiadanie o człowieku.
To główny i jedyny temat i jedyny powód pisania i czytania.
No, ale jasne, że są różnice. Pierwsza i zasadnicza to język i sposób opowiadania.
Hanna Krall opowiada o wojennych losach Żydówki, która stara się przetrwać i odnaleźć męża. Opowiada po fakcie, ludziom jej współczesnym.
Izabella Frączyk opowiada, jakby na  bieżąco, bo historia Magdaleny może się wydarzyć tu i teraz każdej z nas.
Każda z autorek używa innego języka, adekwatnego do opowiadanej historii, takiego, który przemówi do czytelnika.

Każda z nich ma inny cel. Hanna Krall opowiada straszne i smutne  historie, po to, żeby je utrwalić, żeby oddać hołd zwykłym, wielkim ludziom. Opowiada po to, żeby pamięć o nich została w sercach tych, którzy te historie przeczytają.
Opowiada tak, że zostają, zapewniam.
Izabella Frączyk opowiada o ludziach, którzy zmagają się z takimi samymi problemami, jak  my czytacze. Lubi swoich bohaterów, co da się wyczuć. Jest świetną obserwatorką i ma poczucie humoru.
Używa jak najbardziej współczesnego języka i używa go w taki sposób, że jej książki, przynajmniej te dwie, które poznałam, czyta się niemal jednym tchem.
Każda z nich trafia w zupełnie inne struny naszej duszy i pewnie nie do każdej duszy jest w stanie trafić.

literatura kobieca

Czas skończyć z porównywaniem i wartościowaniem

Być może ktoś, kto przepada za „Mistrzem i Małgorzatą” powie, że tylko taka literatura to naprawdę literatura.
Być może ktoś, kto czyta Izabellę Frączyk nie będzie chciał sięgnąć po „Idiotę”.
A ja myślę dzisiaj, że trzeba próbować i szukać, po prostu czytać. Nie poddawać się obiegowym opiniom, nie zawsze biec za trendami.
Czytać i odnajdywać w książkach, że się tak górnolotnie wyrażę, siebie i coś dla siebie, czasem nawet drogę, rozwiązanie, receptę.
A czasem po prostu chwilę wytchnienia, odpoczynek, radość, rozrywkę.
I nic nie ma złego ani w jednym ani w drugim motywie.
Tak czytają moje dzieci. Tylko to, co im odpowiada, co w ich przypadku stanowi pewien problem, bo w ogóle, jak dotąd,  nie przemawiają do nich lektury, ale o tym przy jakiejś innej okazji.
A teraz już kończąc: zamierzam przeczytać ostatni tom serii Stajnia w Pieńkach, a potem jeszcze inne powieści Izabelli Frączyk, wrócić do „Gry w klasy” Julio Cortazara, a potem spróbuję przeczytać coś z fantastyki może? Bo tak mi właśnie przyszło do głowy, że to jeszcze jeden rodzaj literatury, do którego dotąd jestem uprzedzona.
Podpowiedzi i wskazówki są mile widziane.
Dziękuję za uwagę 🙂

Related posts