Mój „nowy” sposób na angielski

Czytaj w oryginale
Czytaj w oryginale

Zawsze chciałam się dobrze nauczyć angielskiego i nigdy nie nauczyłam się angielskiego tak naprawdę. Tak, żebym mogła bez kompleksów otworzyć usta i z kimś swobodnie porozmawiać. Znam go tylko trochę.

Czasem ma się szczęście do wyjątkowych ludzi

Te trochę zawdzięczam pewnemu świetnemu nauczycielowi, który kiedy byłam w I klasie liceum, przyszedł do naszej szkoły wprost po ukończeniu ostatniego roku filologii angielskiej.
Był młody, przystojny i wzdychały do niego wszystkie dziewczyny w szkole.
Był również, a może przede wszystkim, bardzo ambitny i zaangażowany w to, co robił i w każdego z nas.
I chociaż nie robił nic nadzwyczajnego, nie stosował żadnych nadzwyczajnych metod, polecenia wydawał po polsku, to jednak potrafił nas w jakiś zagadkowy sposób zaangażować i wtłoczyć do głów te wszystkie zasady i multum słówek.
Dla mnie zaprocentowało to tym, że do dzisiaj jako tako potrafię się porozumieć i wiele zrozumieć po angielsku. Nawet, jeśli nie używam go przez dłuższy czas czyli właściwie wcale.
Co dla mnie w tym wszystkim najdziwniejsze, to to, że ten człowiek uczył nas jedynie przez 1,5 roku, bo zaraz potem dostał lepszą dla niego propozycję i przeniósł się na filologię angielską na naszym Uniwersytecie.
O nauczycielce, która miała go zastąpić, wolę nawet nie wspominać.
Dlaczego to jest dla mnie dziwne? Dlatego, że później przez wiele długich lat właściwie nic w tym temacie nie robiłam.
Owszem, chciałam, jak napisałam na początku nauczyć się, ale nie robiłam nic konkretnego.

Chciałabym tylko jak to zrobić

A jednak zawsze, kiedy zaistnieje potrzeba, z wielkim strachem i drżeniem w głosie, ale jednak potrafię się porozumieć.
To podstawowe słownictwo, na pewno mówię niegramatycznie, ale jednak zawsze niezmiennie mnie to zadziwia, że to ciągle gdzieś w tej mojej głowie jest..
Ostatnio miałam szczere chęci trochę jakość tego mojego angielskiego poprawić, ale jakoś ciągle wypadało mi coś, co skutecznie mi to uniemożliwiało.
Bo żadna szkoła językowa, żaden kurs nie wchodzą w rachubę ze względów czasowych.
Jak się człowiek próbuje uczyć sam, to zawsze coś się akurat wydarzy takiego, że po pierwszej lekcji nagle się okazuje, że drugą trzeba odłożyć w czasie. A jak się raz odłoży, no to wiadomo, co się dzieje później.
Przed telewizorem prawie nie zasiadam, to i filmów w oryginale obejrzeć nie mogę, choć, to metoda, jak słyszę jedna z  lepszych.
Dlatego właściwie to moje małe marzenie o świetnym angielskim odłożyłam na bliżej nieokreślone może kiedyś.

Może jednak nic straconego

Wspomniane sposoby nauki są co prawda na razie dla mnie nieosiągalne, ale jest jeszcze jedna, o której wcześniej nie  pomyślałam, a która dla mnie, w mojej obecnej sytuacji jest jak znalazł.
Książka. Nie taka jednak zwyczajna i może właściwie nawet nie książka, a bardziej książeczka, co dla mnie ma kluczowe znaczenie, bo nie przeraża na wstępie objętością i mogę ją zabrać gdzie chcę, bo leciutka i malutka.
To taka książeczka pół na pół – lewa strona po angielsku, prawa strona po polsku.
Nie wiem, jak taki sposób sprawdza się w przypadku kogoś, kto dopiero zaczyna przygodę z językiem. Być może uda się to sprawdzić, jeśli starsza Królewna zdecyduje się spróbować.
W moim przypadku to jest po prostu genialny sposób na naukę.
Jako, że już mam spory zasób słów, czytam najpierw po angielsku i ku mojej wielkiej radości właściwie wszystko rozumiem. Brakujące słówka uzupełniam zerkając na prawo. Przypominam sobie stosowane zwroty, użycie czasów. Jako, że słowa w tekście się oczywiście powtarzają, uczę się tych dla mnie nowych.
I pomalutku, pomalutku czuję, że idę do przodu.

No to sobie poczytam

Tak, ja tu znowu odkrywam Amerykę, a okazuje  się, że fachowcy od nauczania języków już dawno stwierdzili, że m. in. czytanie w oryginale to jeden z najlepszych sposobów na poznanie języka obcego, Twierdzą, że najlepiej czytać niewielkie fragmenty, żeby się nie „przetrenować” i że dobrze jest czytać coś, co znamy już w języku ojczystym.
Mnie się akurat trafiły „Przygody Sherlocka Holmesa” którego wcześniej  nie znałam, ale nie narzekam. Język tej niewielkiej książeczki jest uwspółcześniony, jak mi się zdaje, więc czyta się bardzo dobrze. A kto nie lubi Sherlocka Holmesa, prawda?
Później planuję przeczytać pozostałe pozycje z tej serii: Rozważna i Romantyczna, Wyspa skarbów, Piotruś Pan, Robinson Crusoe, Przygody Tomka Sawyera, Moby Dick, Przygody Guliwera, Alicja w Krainie Czarów, Ostatni Mohikanin, Lord Jim,  Drakula, Tajemniczy ogród, Biały Kieł, Trzech panów w łódce, Czarnoksiężnik z Krainy OZ, Pollyanna, Opowieść wigilijna.
Same klasyki, jak widać, co mnie akurat nie przeraża, bo lubię, a że warto je poznać, w oryginale czy nie, to już insza inszość.
Posłuchajcie, na te temat ma do powiedzenia specjalista od nauczania angielskiego:

https://drive.google.com/open?id=1BGVWx_4ZA6PPuqqSS_DYOs2km7o5-3NR

Ja jestem bardzo ciekawa „Alicji w krainie czarów,” którą uwielbiam po prostu. I „Białego kła”, którego czytałam jako dziesięciolatka chyba i przeżywałam bardzo. Ciekawe, jak będzie teraz.
Wszystkie tytuły będą się ukazywały, co dwa tygodnie czyli Opowieść wigilijna sprytnie pojawi się nam tuż przed Bożym Narodzeniem.
Można je kupować w kioskach Ruchu i w salonikach prasowych.

 

I jeszcze jedno. Na pewno mogłam wpaść na ten genialny pomysł z czytaniem w oryginale dużo wcześniej i wykorzystać choćby swojego smartfona, którego przecież mam zawsze i wszędzie. Nie szukałam, ale na pewno istnieją aplikacje, które to ułatwiają, ale nie wpadłam na to.
Tak się stało pewnie z tego powodu, że słabo się odnajduję w dalszym ciągu w tym świecie technologii. A książki kocham.
Bo mają w sobie takie coś, co nie wiadomo, jak nazwać, co sprawia, że kiedy książkę trzymam w dłoniach, to jest pięknie. Książka mi pomaga przenieść się w  inny świat, czasem lepszy, Przez ten dotyk. Smartfon tego nie daje. Dotykając smartfona nie jestem wstanie uwolnić się od tu i teraz.
Szkoda tylko, że dzisiaj książki już nie pachną. Tak jak kiedyś 🙂

Related posts