Pielgrzymka
Wschodu słońca nie „złapałam”,  ale po zachodniej stronie też było pięknie. Wybaczcie mi tylko jakość zdjęcia, było robione z marszu, a marny ze mnie fotograf.

Nigdy nie wstaję tak wcześnie, żeby oglądać wschód słońca. I nie wstanę pewnie przez kolejny rok.
A za rok, podczas kolejnej pielgrzymki na Jasną Górę znów go zobaczę.
To niezwykłe przeżycie, kto widział, ten wie.

Pobudki o 4 rano, marsz przez 38 km, okropny upał, ból, modlitwa, śpiew, uśmiech i zaduma.
Niesamowici, niezwykli ludzie, oddający pielgrzymom własne domy i wszystko, co w nich, stający przy drodze w upale, żeby podać nam wodę. Małe dzieci z cukierkami, którymi częstowały malutkich pielgrzymów.
Uczucie radości, wspólnoty, oderwanie od szarej rzeczywistości, całkowicie inny rytm.
To ta zewnętrzna strona mojej pielgrzymki, pielgrzymki w ogóle.
Jaka jest strona wewnętrzna?

Gromu nie było

Chciałabym Wam napisać, że doznałam olśnienia, poczułam dotknięcie Boga, że Pan do mnie przemówił, ale nie, nie mogę nic takiego napisać.
Nic takiego się nie stało.
Od początku szłam i czekałam i prosiłam: Boże odezwij się do mnie, powiedz, co mam robić, jak mam zmienić swoje życie, jak mam być lepsza.
Szłam i czekałam, odmawiałam modlitwy i śpiewałam, odpowiadałam na pytania dzieci, pomagałam im znosić trudy tego marszu, a potem one pomagały mnie.
Otworzyłam głowę i serce, ale Bóg się nie odezwał. Tak mi się jeszcze przed chwilą zdawało.
A teraz myślę, może On jednak się odezwał, tylko wcale nie tak, jak myślałam, że to się stanie.
Czekałam na grom, na światło, na coś niezwykłego, a to się stało zupełnie inaczej.
Jak? Nie wiem.

Właściwie nie jestem inna niż byłam. Wciąż się wkurzam i jestem okropnie nieposkładana. Wciąż chodzę za późno spać.
A jednak jestem inna.
Nie potrafię tego wytłumaczyć. Jest jakoś tak, że czuję się bardzo bezpiecznie.
Jest jakoś tak, że wiem, że nie jestem sama. Jest jakoś tak, że bardziej pamiętam, jaka mam być, jaka chciałabym być. Jest jakoś tak, że wiem, że kiedy się modlę, to jestem słuchana. Jest jakoś tak, że modlę się bardziej uważnie.

Dobre buty i pomoc z Nieba – niezbędny zestaw

To się stało niepostrzeżenie, bo chociaż od początku czekałam na grom, to bardzo szybko, bo już we wtorek zaczęłam walkę z bólem.
Miałam, jak się okazało, fatalne buty, a moje nieprzyzwyczajone zwyczajnie do długiego chodzenia stopy, odmówiły posłuszeństwa.
Każdy krok sprawiał mi ból. W sobotę, kiedy już prawie byliśmy u celu, płakałam idąc przez las, ale nie chciałam się poddać, bo szłam w bardzo konkretnym celu, z bardzo konkretną intencją.
Tak po prostu na pewno bym nie doszła. Sama na pewno bym nie doszła.
Bez tego, czego się nie da opisać, bez natchnienia, łaski, bożej i ludzkiej pomocy trudno w takich warunkach i w takim tempie dać sobie radę ze sobą.
Takiemu człowiekowi, jak ja (może to dlatego tak, że to był mój debiut?) bo wiem, że inni, przynajmniej niektórzy, radzili sobie o niebo lepiej.
Niektórzy nawet tańczyli Belgijkę na postojach 🙂
I w ogóle było bardzo radośnie i wesoło, bo jak się okazuje, pielgrzymi to ludzie z dużym poczuciem humoru i wielkimi pokładami życzliwości, chociaż rzecz jasna nie idealni.

Trochę się dowiedziałam o sobie i nie tylko – wszystkie puzzle pasują

Trudno też jednak się poddać, kiedy się idzie z 86-letnią kobietką, która ani myśli zrezygnować.
Głupio się poddać, kiedy obok Ciebie młoda mama pcha przez piach i po kamieniach wózek z dzieckiem.
To może z boku wyglądać na wariactwo, sama tak jeszcze niedawno myślałam, ale kiedy się idzie i śpiewa, odmawia różaniec i Godzinki, rozmawia lub słucha konferencji czyli kazań w drodze, to dzieje się z człowiekiem coś dziwnego.
Jest jakieś wyjątkowe skupienie, jest jakieś poczucie bardzo głębokiej przynależności, jakaś pewność i świadomość, że jesteś bezpieczny bez względu na wszystko. Wszystko układa się w spójną całość.
Zresztą, chyba nie potrafię tego opowiedzieć, ale za rok prawdopodobnie wybiorę się znowu.
Wybierzemy się, bo moje Królewny zapowiedziały, że też idą.

Być może to wszystko brzmi dla kogoś, kto nigdy się z tym nie zetknął, naiwnie. Nie wiem, co by się stało, gdyby wydarzyło się coś złego.
Być może to tylko chwile, a „prawdziwe” życie wygląda inaczej.
Chcę jednak, żeby te chwile były, żebym mogła ja i moje dzieci ich doświadczać i wierzę w to, że one nie giną w żadnym sercu, które tam było i że prawdziwe życie jest, może być, dzięki tym chwilom lepsze.

A propos dziewczyn, to sporo się o nich w ciągu tego tygodnia dowiedziałam.
I cieszę się, że mam takie cudne dzieci i jakoś łatwiej mi godzić się na to, co w moim odczuciu nie jest w nich fajne. I wiem, że nie zginę, kiedy będę w potrzebie.
Tak więc, jak widzicie same plusy, nie licząc zmasakrowanych nóg, ale te się przecież do wesela zagoją.

I jeszcze małe co nieco

A dla uzupełnienia mojej nieudolnej opowieści poczytajcie i posłuchajcie jeszcze kogoś, kto sobie z tym tematem poradził o niebo lepiej niż ja  Droga do Maryi zmienia wszystkich

 

Dodaj komentarz