staruszka
foto: valtercirillo

Idąc za ciosem, dziś będzie druga refleksja związana z lekturą „Nic zwyczajnego”.
Trochę się spóźniłam, ale wczoraj miałam dość ciężki dzień. Wybaczcie, odpuściłam trochę.

Kiedy czytam tę książkę, bardzo często pojawia się w mojej głowie myśl: jaka szkoda, że nie mogłam Jej poznać osobiście.
To myśl bez sensu, bo nawet gdyby udało mi się spotkać panią Wisławę, nie mogłabym jej poznać, bo ona zwyczajnie nie lubiła takich spotkań. Obawiała się ich, męczyły ją. Nie miała potrzeby zaprzyjaźniania się z każdym, z kimkolwiek. Wybierała sobie ludzi.

Dlaczego ta myśl się pojawia? Bo ja lubię starych, mądrych ludzi (książka opowiada o okresie od Nobla do śmierci Pani Wisławy). Lubię ich spokój i radość i bardzo często życzliwość dla naszych młodych strachów i wątpliwości. No, z tą młodością, to trochę przesadziłam, ale do czasu, kiedy się ze sobą zupełnie pogodzę, jeszcze chyba daleko.
Przy okazji tej lektury przypomniałam sobie jednak, że  miałam takie szczęście. Spotkałam ludzi, których w pewnym sensie do Pani Wisławy mogę porównać. Dokładnie 2 i pół raza.

Kiedy miałam osiemnaście lat byłam zmuszona, tak pomyślałam wtedy, do spędzenia kilku godzin w towarzystwie cioci mojej mamy, która miała wtedy ponad 80 lat. W pierwszym momencie panika, co ja będę robić z tą babuleńką? I wiecie, że to był jeden z lepszych wieczorów w moim życiu?
Byłam pod niesamowitym wrażeniem jej jasności umysłu (ona zawsze dużo czytała), języka, którym się posługiwała, poczucia humoru i radości życia.
Wyobraźcie sobie: ubrana na czarno osiemnastolatka z głową pełną czarnych myśli i wesolutka, przykuta już wtedy do łóżka staruszka. Nie byłam  prawdopodobnie wtedy dla niej wymarzoną partnerką do rozmowy.
To jeden raz.

Te pół raza, to króciutkie spotkanie z panem, który na pewno zaraz zapomniał o moim istnieniu, a ja pamiętam nawet dokładnie, jak wyglądał.
Pracowałam wtedy w pewnym smutnym urzędzie, kiedy któregoś dnia do pokoju, w którym spędzałam dnie, wszedł starszy pan. Z gęstwiną białych włosów, wysoki, wyprostowany, jak struna.
Ukłonił się, kiedy się witał i kiedy się żegnał. Powiedział nam coś miłego,  nie pamiętam co i nie pamiętam po co przyszedł, ale pamiętam bardzo dobrze, jak pięknym językiem się posługiwał, jaki był jednocześnie dostojny i życzliwy. Najbardziej zapamiętałam ten język, którym nikt już wtedy nie mówił i jego bystry, jakiś przeszywający wzrok, jakby wiedział o czym myślę. Na koniec, kiedy wychodził,  życzył mi wszystkiego najlepszego.

Ten drugi raz, to dłuższa historia z czasów, kiedy byłam dzieckiem.
Wprowadziliśmy się z rodzicami do nowego mieszkania w kamienicy. Naprzeciwko naszego mieszkania mieszkało starsze małżeństwo z ratlerkiem, który na sam początek próbował mnie zjeść. Ratlerek wpadł potem pod samochód, co dziwne na ulicy, którą w tamtym czasie przejeżdżał jeden samochód przez cały dzień.
Rodzice obawiali się tego sąsiedztwa, byli wtedy przecież młodymi ludźmi.
Szybko jednak okazało się, że to najlepsze sąsiedztwo pod słońcem.
Starsi państwo tolerowali wszystkie wybryki moje i mojej siostry. Nie przeszkadzało im, że galopowałyśmy w te i z powrotem, jak dzikie konie, wrzeszczałyśmy czy tłukłyśmy garami, bo urządzałyśmy orkiestrę.
Kiedy mama przepraszała sąsiadkę za nasze zachowanie, ona zawsze się uśmiechała i mówiła: przecież to dzieci, muszą się bawić.

Czasami nasza sąsiadka zapraszała nas do swojego mieszkania. Nieczęsto, bo jej mąż był chory, ale się zdarzało. To było lustrzane odbicie naszego mieszkania – dwa pokoje, kuchnia, przedpokój i łazienka, ale wchodziłyśmy tam, jak do zaczarowanego świata.
Po pierwsze, było tam cichutko, nie grało radio, ani telewizor.
Po drugie, w mieszkaniu unosił się specyficzny zapach, którego nie spotkałam nigdzie indziej. Nie wiem co to było, ale ładnie pachniało.
Po trzecie było tam bardzo czyściutko. W kuchni, na środku stał biały stół, taki, pamiętacie może, prosty, malowany olejną farbą. Białe mebelki z witrynkami i zawsze dostawałyśmy garść cukierków.
Fascynujący był pokój, poznałyśmy jeden, bo w drugim najczęściej spędzał czas starszy pan i nie wolno było mu przeszkadzać. Cały w bordowym kolorze. Dywan, zasłony i jakiś kilim na ścianie nad łóżkiem. Stare ciężkie meble i mnóstwo drobiazgów. I piękna, wzorzysta pufa, na której uwielbiałyśmy skakać.
Już nie pamiętam dobrze co to  było, ale na pewno jakieś tajemnicze dla nas figurki, które zawsze wolno było oglądać, dotykać i bawić się nimi, w granicach rozsądku oczywiście.
Najbardziej fascynujące było dla nas jednak wielkie samolotowe śmigło, które stało oparte o ścianę w kącie pokoju.
Nasz sąsiad był podczas II wojny lotnikiem w Anglii, został chyba nawet ranny i stąd zdaje się był jego nie najlepszy stan.
Byłyśmy wtedy za małe,  żeby się tym zainteresować, a potem nie było już kogo pytać.

Nasza sąsiadka nigdy nie była nachalna, w nic się nie wtrącała, chociaż zawsze była życzliwa i pomocna. Taka dobra dusza, która zawsze była w pogotowiu, chociaż nie było jej za bardzo widać. Zawsze uśmiechnięta.
Nie wiem skąd miała cukierki w czasie, kiedy w sklepie nigdy nic nie można było kupić. Może były bardzo stare 🙂 ale przeżyłyśmy, jak widać.
Nasza mama bardzo ją lubiła, potrafiły rozmawiać godzinę i nie mogły się nagadać.

Była w tych trojgu staruszków jakaś radość, spokój, życzliwość. Takich ludzi pamięta się długo, takie spotkania w późniejszych latach czasami pomagają, kiedy ktoś zawodzi. Takie wspomnienia są bardzo cenne.
Wisława Szymborska nie uważała się za nikogo wyjątkowego. Ci, których ja spotkałam też za takich się nie uważali. Wszyscy oni pracowali przez całe swoje życie na to, kim byli na starość.
Kim my będziemy?

Tutaj także bywam