narodziny
foto: kadr z filmu

Wiecie, że to, co tutaj pisuję na temat obejrzanych filmów, albo przeczytanych książek to nie są recenzje, bo podchodzę do tego zwykle za bardzo emocjonalnie, a profesjonalny recenzent jest obiektywny i na chłodno wyciąga wszystkie zalety i może przede wszystkim wady obejrzanego, bądź przeczytanego dzieła. Może zresztą wcale nie przede wszystkim?
Dlatego jeśli macie ochotę poczytać, co myślę o „Narodzinach” Jonathana Glazera, to zapraszam, a jeśli Was to nic nie obchodzi, to zapraszam później, może kolejny wpis będzie bardziej interesujący.

Jako się rzekło obejrzałam „Narodziny” .
Moje filmowe wybory są ostatnio bardzo przypadkowe, chociaż nie do końca nieprzemyślane.
Po prostu sprawdzam opisy dostępnych filmów, obsadę i decyduję, tak czy nie. Czasami szukam tego, na czym mi bardzo zależy, ale to raczej rzadko, bo po prostu brak mi czasu.

W przypadku „Narodzin” decydująca była obsada, Nicole Kidman i Lauren Bacall, przede wszystkim. Opis trochę mnie zmylił i teraz właściwie nie wiem, co na temat tego filmu myślę.
Jest dobry, wciągający, angażujący i piękny.
Piękni ludzie, piękne wnętrza, piękne zdjęcia. Genialna jest muzyka Alexandre’a Desplata, która towarzyszy, uzupełnia, potęguje niesamowity klimat w niektórych scenach, „oddycha” z bohaterami.
Tyle, że emocjonalnie nie mogę się jakoś pozbierać.

Wiem, że to fantazja, że to takie trochę snucie domysłów przez scenarzystów i reżysera, trochę pobożne życzenia na temat tego, co nas czeka po i czy możliwa jest reinkarnacja, ale sam pomysł na opowiedzenie o tym temacie jest jakiś taki niepokojący.
Taki miał pewnie być, więc efekt został osiągnięty.
W związku z tym jednak, że zaangażowane w tę historię zostało dziecko, ja mam wątpliwości.
Wiecie, zawsze się zastanawiam, co się dzieje z dziećmi, które występują w takich filmach, jak „Omen” czy „Lśnienie” na przykład.
Ja tych filmów nie byłam w stanie obejrzeć do końca do dzisiaj, nie mówiąc już o tych bardziej współczesnych, bo po prostu się boję, a ja się bać nie lubię.
A jak znoszą to dzieci, które biorą w tym udział?
Nie wiem, jak to się kręci, może one nie mają możliwości wglądu w całość, no ale udział w takiej scenie, jak ta w „Lśnieniu”, kiedy dwie demoniczne siostrzyczki pojawiają się na końcu korytarza, to chyba nie pozostaje bez echa w dziecięcej głowie.

W „Narodzinach” nie mamy horroru, chociaż Cameron Bright jako Sean jest dosyć demoniczny, mamy za to inne sytuacje, w których dziecko nie powinno się znaleźć.
A wszystko dzieje się po to, żeby opowiedzieć o tym, jak potrafi cierpieć kobieta po stracie miłości swojego życia, do czego jest zdolna dopuścić się w swojej głowie i sercu, jak bardzo głupie decyzje jest w stanie podejmować.
I w sumie nie wiadomo, ja przynajmniej nie do końca wiem na koniec czy oboje, kobieta i dziecko, byli szaleni czy stało się w ich życiu coś czego nie można wytłumaczyć.

To bardzo dobre kino. O muzyce już pisałam, ale wszystko jest tu świetne.
Gra aktorów stonowana, oszczędna. Wszystko się dzieje jakby pod powierzchnią i wybucha tylko czasami na krótką chwilę. A wtedy jest naprawdę strasznie.
Zdjęcia podkreślają niesamowitą atmosferę, tworzą jakiś osobny świat, jakby wyodrębniony z całości.
No i te dziwaczne zachowania poszczególnych postaci, jakaś tajemnica, drobiazgi, które pomagają co nieco zrozumieć.

Mam takie rozdwojenie jaźni po tym filmie.
Bardzo mi się podobał, a jednocześnie czuję wewnętrzny opór przed tą historią.
Obrazy zostają. Wybieram te piękne.

Dodaj komentarz