Nie marnuję czasu

wolno, ale do przodu
foto: Ashaneen

Jakiś czas temu, w marcu czy kwietniu, miałam moment olśnienia, kiedy to poczułam, że nic się dla mnie nie skończyło, że jeszcze wiele mogę, że chcę przede wszystkim i że jest możliwe piękne życie bez względu na to ile mam lat, co robię, gdzie jestem.
Miałam mnóstwo planów, mnóstwo pomysłów, rozpierała mnie energia.
Potem przyszedł nowy rok szkolny i multum zajęć moich dzieci i mój zapał został zastopowany, bo po prostu fizycznie nie jestem w stanie zrealizować tego, co chciałabym robić.
Nie myślcie jednak, że to mnie w jakiś sposób załamało.
Owszem, przez chwilę pomyślałam: Boże znowu, znowu muszę czekać, znowu coś jest ważniejszego, znowu i znowu i znowu.
To był moment, bo przecież tu chodzi o moje dziewczyny, więc o osoby dla mnie najważniejsze i to one w pierwszej kolejności mają się rozwijać, poznawać, udowadniać coś sobie i innym, jeśli zechcą, itd, itd.
Dlatego jeszcze przez 2, 3 lata nie zgłoszę się do grupy teatralnej, którą znalazłam w swoim mieście.
Jeszcze poczekam z pomysłem na monodram, albo może bardziej z realizacją, bo pomysły już mogę przecież zbierać, uczyć się, podglądać.
No mam taki plan. Nie wiem czy się uda, ale mam taki plan.
Jeszcze nie spróbuję wystartować w Festiwalu Opowiadania.
Jeszcze nie zrobię niczego innego, co wiązałoby się z koniecznością poświęcenia czasu, którego teraz nie mam, ale wieczorami uczę się angielskiego. I francuskiego jednak też zaczęłam.

Jeszcze 2, 3 lata, może 4, jeśli się nie zmienię i będę mogła wziąć się do tego, co sprawi mi wielką przyjemność, o czym marzę i czego znowu chcę doświadczać.
Będę miała 50 lat. Hmm czy to za dużo?
Ja muszę być młoda, bo mam małe dzieci. Jestem więc młoda, i tyle. I jeśli Bóg da, jeszcze trochę taka będę.
Tymczasem, żeby nie zmarnować, tak osobiście, tego czasu, który mi został do realizacji moich wielkich planów, wcale nie zamierzam się nudzić. Wręcz przeciwnie.

Po pierwsze, znowu więcej czytam, co jest dla mnie bardzo istotne. I to już nie tylko książeczki dla dzieci.
Po drugie postanowiłam o siebie trochę bardziej zadbać. O swoją fizyczną stronę.
Po trzecie postanowiłam poprawić swoje finanse.
Po czwarte postanowiłam zadbać o swojego ducha.

Ducha i finanse na razie zostawiamy. O lekturach, co jakiś czas dowiadujecie się tutaj, na blogu.

Dziś będzie o dbaniu o siebie zewnętrznie, fizycznie.
Nigdy nie byłam pasjonatką poświęcania zbyt wielkich ilości czasu na pielęgnowanie włosów czy ciała, makijaże i tym podobne sprawy.
Taki jakiś dziwny ze mnie model, że zakupów robić nie lubię, przebierać się nie lubię, czesać się nie lubię itp. historii nie lubię. W nadmiarze rzecz jasna.
Dlatego teraz też nadmiaru nie będzie, ale postanowiłam coś dla siebie zrobić.

Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to zmiana fryzury. Jestem teraz blondynką i na dodatek zapuszczam włosy.
Od 20 lat nosiłam je króciutkie, bo tak było wygodnie, ale dziewczyny ciągle mnie prosiły: mamo zapuść włosy.
No to zapuszczam.
Fotografować się, jakby co,  też nie lubię 🙂
Poza tym próbuję zadbać o swoją formę fizyczną, schudnąć, chociaż odrobinę. Spacery czy marsze z psem, które stosuję, są fajne, ale brakowało mi jeszcze czegoś.
Ponieważ czasu mi też notorycznie brakuje, zarzuciłam pomysły z siłownią czy fitnessem, ewentualnie innymi grupowymi formami ruchu i wybrałam formę najbardziej minimalistyczną z możliwych chyba, ale widzę już powolutku niewielkie efekty.
Mianowicie codziennie wykonuję jedno ćwiczenie – plank, inaczej deska. Jeśli czasu mam odrobinę więcej, robię tzw. trening obwodowy. Pomaga mi w tym PepsiEliot .
Trafiłam do niej i już zostałam. Czytuję od czasu do czasu i bardzo podoba mi się jej podejście do spraw wszelakich. Trzeźwe, konkretne, bez owijania w bawełnę. Chcesz, działasz, nie chcesz, nigdy nic nie zrobisz. Tak ją odbieram.

Sprawa druga, twarz. Mam szczęście. Mając 46 lat właściwie nie mam zmarszczek. To po mamusi i tatusiu, takie geny, żadna moja zasługa, jakby co. Zmiany jednak są, to oczywiste.
Nie pomaga tu  na pewno mała ilość snu. Z tym wciąż jeszcze sobie nie poradziłam, ale pracuję nad tym.
Nie jestem fanką kremów. Stosuję, ale szału nie ma. Obawiam się tych super genialnych, bo obawiam się zbyt dużej ingerencji w mój organizm. Tak mam. Dlatego, idąc za podpowiedzią autorki „To nie jest dieta„, rozejrzałam się po Internecie i znalazłam to

Nie jestem bardzo systematyczna, ale staram się w miarę regularnie wykonywać ćwiczenia. Nie wiem czy są efekty, ale dobrze się z tym czuję. Ćwiczenia są przyjemne, pozwalają się również odrobinę wyciszyć. No i to poczucie, że robisz coś dla siebie.

I wreszcie oczy. Noszę okulary, których nie lubię i długo siedzę przy komputerze. Do tego czytam. Moje oczy łatwo nie mają. Staram im się więc odrobinę pomóc.
Stosuję ćwiczenia, dzięki którym mniej bolą i dzięki którym  chyba odrobinę lepiej widzę, choć może to tylko taka autosugestia. To się okaże pewnie w dłuższej perspektywie czasu.

Tyle. Piszę o tym, bo może skorzystacie z linków, które tu podrzucam. Być może na świecie jest więcej takich, jak ja lub podobnych dam, które jednak nie chciałyby zgnuśnieć, a czasu nie starcza na wszystko.
Ja jestem zadowolona.
Z siebie też o dziwo, a to jest naprawdę dobre uczucie. Polecam wszystkim.

Related posts