lewisCzy wiecie o tym, że mogło się zdarzyć, że Opowieści z Narnii mogły nie ujrzeć nigdy światła dziennego? A wiecie z czyjego powodu tak mogło się stać?
Ja nie wiedziałam, ale już wiem. I w tajemnicy Wam napiszę, że to bardzo znana i bardzo przez niektórych, przepraszam, przez wielu wręcz uwielbiana postać literackiego świata, z którą Lewis bardzo się przyjaźnił.

Więcej oczywiście nie napiszę, bo inaczej  nie będziecie mieć frajdy czytając krótką biografię Clive’a Staples’a Lewisa, który chciał  być znany jako Jack, autorstwa Michaela Corena.

Ja przyznam się, że nigdy w całości Narnii nie przeczytałam, ani nie obejrzałam w całości żadnej z jej ekranizacji.
Za moich czasów ta seria nie należała do kanonu szkolnych lektur, a moje zainteresowania były wówczas zupełnie inne. Potem uważałam, że już nie czas na takie lektury i dopiero całkiem niedawno przeszło mi przez myśl, że może fajnie byłoby poczytać i dowiedzieć się czym się ludzie tak bardzo zachwycają i dlaczego.

Z pewnością jednak nazwisko autora kojarzyłam z tą serią i z niczym więcej.
Jakie więc było moje zdziwienie podczas lektury wspomnianej biografii, którą zakupiłam w którejś z opolskich księgarni z kosza z tzw. okazjami za 5 zł.  kiedy dowiedziałam się, że autor popularnej serii książek dla dzieci wcale właściwie nie był autorem książek dla dzieci i interesował się zupełnie inną tematyką.
Że był przede wszystkim filologiem i wykładał literaturę na Uniwersytecie Oksfordzkim, że w pewnym okresie życia  głównie interesowały go tematy wiary i że napisał mnóstwo tekstów – książek, esejów na te właśnie tematy.
Tekstów, które, jak się całkiem przypadkiem okazało, cieszą się również dzisiaj powodzeniem.
Na temat przypadków będzie na końcu, a teraz jeszcze kilka refleksji na temat lektury.

Nie przeczytałam w życiu zbyt wielu biografii i może tak się po prostu je pisze, ale bardzo podoba mi się to, że Michael Coren napisał swoją biografię z pozycji człowieka chyba zauroczonego postacią Lewisa. Postacią pisarza, naukowca, ale chyba przede wszystkim człowieka. Czuć w jego książce ogromną sympatię i podziw. Delikatność i zrozumienie dla wielu, jeśli nie wszystkich decyzji pisarza.
To naprawdę przyjemne uczucie przenieść się w świat, którego już nie ma, zupełnie inny od tego, który znamy. W świat, w którym wartość miały przede wszystkim myśl, piękno słowa, wyobraźnia, cisza.
Świat, w którym ludzie spotykali się, żeby tworzyć. Nie na pokaz, ale z potrzeby ( wiem, dzisiaj też się spotykają, ale już nie ma ciszy i wszystko musi być udokumentowane i opublikowane. Wiem, że tak dzisiaj trzeba, ale mi się to nie podoba, co zrobię)
Świat, w którym najbardziej pożądaną rozrywką była lektura ciekawej książki w wygodnym fotelu. Ech.
Dodam tylko, że archiwalne zdjęcia zamieszczone w książce, bardzo pomagają w tych przenosinach  ( i żeby nie było, nie mają nic wspólnego z tym, o czym napisałam wcześniej).

Z pewnością bardziej ode mnie wykształceni doskonale wiedzą o tym, co mnie zdziwiło podczas lektury, ale okazuje się, że nie ja jedna żyłam dotąd w nieświadomości dotyczącej Clive’a Staples’a Lewisa.
Całkiem przypadkiem tak się złożyło, że podczas lektury tej książki spotkałam się z koleżanką, która była świeżo po odsłuchaniu audiobooka „Listów starego diabła do młodego” autorstwa Lewisa i która była nim zachwycona.
Zaintrygował ją tytuł, bo też nie wiedziała nic na temat autora i też zdziwiła się, że to ten Lewis od „Opowieści z Narnii”
Mój egzemplarz, który właśnie skończyłam powędruje więc teraz do niej.
Jeśli i Wy podobnie, jak my dwie nie znacie jeszcze Clive’a Staples’a Lewisa, a chcielibyście go trochę poznać, przeczytajcie „Lewis, człowiek, który stworzył Narnię”.
Być może nie jest to lektura porywająca, ale niektórzy na pewno znajdą radość podczas czytania tej niepozornej książki.