pielgrzymka, odpowiedź
foto: Michi-Nordlicht

Znacie te sytuacje.
Bardzo Wam na czymś zależy. Przygotowujecie się, planujecie, wszystko prawie podporządkowane jest w pewnym momencie temu jednemu pomysłowi i …bach. Wydarza się coś, co kompletnie wywraca wszystko do góry nogami, coś zupełnie od Was niezależnego. Plany biorą w łeb i nic tylko usiąść i płakać.

To się zdarza najczęściej w takich momentach przełomowych, bardzo ważnych, wyjątkowych.
I co wtedy?
Usiąść i płakać? Chwilę można, czasem nawet trzeba, ale tylko chwilę, bo potem to już bez sensu.
Po pierwszej chwili wściekłości i bezsilności, przychodzi moment na szukanie rozwiązania.
Bo przecież z każdej sytuacji jest jakieś wyjście.
I jest, tylko nie zawsze takie, jakiego my byśmy chcieli i oczekiwali.
I trudno się z tym pogodzić.
Trudno, ale czasem nie można inaczej.

Ja ostatnio bardzo staram się uporządkować moje życie, głównie wewnętrzne, myślę, że reszta przyjdzie później, może  nie sama, ale będzie następstwem porządku wewnętrznego.
I wszystko jest na dobrej drodze, a tu masz, zdarzyło mi się właśnie wczoraj coś takiego, katastrofa po prostu. Tu przygotowania idą pełną parą, głową już mnie dawno nie ma w pracy, a tu katastrofa.
I postanowiłam odpuścić. Zupełnie nie wiedziałam, co zrobić.

Ludzie taki sposób nazywają i przeżywają różnie.
Jedni medytują i wierzą, inni biorą się za jakąś pracę, jeszcze inni szukają rady u ludzi, którym ufają.
Niektórzy po prostu czekają.
Inni, ja też, próbują rozmawiać z Bogiem.

Kiedyś u Krystiana Lupy, nie pamiętam tytułu książki, przeczytałam, że on, kiedy ma problem z jakąś sceną w przedstawieniu, szuka rozwiązania i nie potrafi go znaleźć, zostawia temat.
Zostawia i przestaje się  nim zajmować. I rozwiązanie przychodzi, jak pisze, samo.
Krystian Lupa, nie chciałabym tu teraz tworzyć jakiś teorii, bo książkę czytałam już bardzo dawno temu, ale z tego, co pamiętam, on uważa, że za ten sposób odnajdywania drogi odpowiada podświadomość, świat duchowy, nie do końca określony.

Odpowiedź na moje co robić przyszła bardzo szybko i w bardzo konkretny sposób. Bardzo wyraźna i nie na zasadzie, bo ja  bym chciała tak i tak.
W zasadzie jest zaprzeczeniem tego, ku czemu ja sama już chciałam się skłonić, ale czuję spokój, nie jestem rozdarta. I wszystko się pięknie poukładało, jak puzzle, które wcześniej tak trudno do siebie dopasować.

Prawdopodobnie niewiele rozumiecie z tego, co tu nabazgrałam, więc już wyjaśniam.
Wierzę w Boga. Wierzę coraz mocniej. I chcę o tym mówić i nie wiem zupełnie jak.
Wiecie, jak to jest, kiedy się człowiekowi przydarza coś niezwykłego, poznaje jakiegoś wyjątkowego człowieka, to ciągle się o tym myśli i chciałoby się opowiadać wszystkim naokoło. Żeby wiedzieli, żeby też mogli się cieszyć.
A w moim życiu już od dawna zdarzają się takie chwile, które świadczą o tym, że On jest za moimi plecami i ratuje, pomaga, podpowiada.
To nie zdarza się codziennie, albo ja niedokładnie widzę. Nie ma błyskawic i nie słyszę anielskich skrzydeł, ale kiedy się dzieje, wiem, że się dzieje.
Długo nie chciałam tego widzieć, nie chciałam o tym myśleć, ani się tym zajmować, no ale głupio tak jakoś udawać, że nie ma przyjaciela, kiedy on stoi i podaje Ci rękę.

Od jakiegoś czasu zastanawiam się nad pisaniem na blogu. Mam coraz bardziej poczucie, że zawracam Wam głowę – wiem, że się powtarzam – ale w gruncie rzeczy o czym ja piszę?
Ile jest takich i podobnych blogów. I po co to wszystko?
To, co napisałam w kilku postach wcześniej, o spotykaniu pokrewnych dusz i wszystko inne jest wciąż aktualne, tylko, żeby to mogło się dziać, to warto by pisać o Czymś.  A moje życie nie jest fascynujące, w tym sensie, że nie robię niczego, co mogłoby Was interesować.
Z modą jestem na bakier, gotować nie cierpię, nie fascynuje mnie wymyślanie fryzur, nie czytam już dzisiaj 3 książek na raz, nie jestem specem od komputerów, finansów, robótek ręcznych, o polityce lepiej się nie odzywać, bo można dostać w twarz, albo zostać nazwanym bardzo brzydko i to bez względu na poglądy…

No i co? Mogę pisać tylko o tym, co mi w duszy gra, jakkolwiek idiotycznie to brzmi.
A w mojej duszy ostatnio gra Bóg, jest właściwie we wszystkim.
Pisanie o Bogu, o swojej wierze jest trudne w takim świecie, w którym ludzie nie zaprzątają i nie chcą sobie zaprzątać Nim głowy.
Jest trudne, bo trudno znaleźć dobry język.
Ja sama mam uczulenie na ludzi, którzy ni stąd ni zowąd nagle przybierają jakiś natchniony ton i głoszą z oczami wzniesionymi do nieba.
Przerażały mnie zawsze wspólnoty, w których ludzie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nagle wpadają w natchnienie i stają się anielsko dobrzy, na chwilę.
W większości pewnie wiecie o czym mówię.
Może zresztą to wszystko jest jak najbardziej szczere, a ja tego po prostu nie czuję, ale jeśli ja nie czuję, to być może i inni też nie czują?

Ja chciałabym o Bogu mówić inaczej. Po prostu. Jak pani Michalina. Gdyby ona prowadziła blog, to byłoby coś.
Jak przyjaciółka moich dzieci, która o Maryi mówi Mamusia i żegna się z nami po prostu słowami: z Panem Bogiem, bo Nim żyje.
Nie będę Was do niczego namawiać, nie będę nawracać, nie będę Wam co wpis przypominać, że Bóg jest i Cię kocha, bo Bóg jest i Cię kocha 🙂
Blog się właściwie nie zmieni, dojdzie po prostu jeszcze jeden, ważny dla mnie wątek.

Kiedyś gdzieś przeczytałam taką historię, nie pamiętam jej właściwie, zapamiętałam samą konkluzję.
Bohaterami są muzułmanin i chrześcijanin. Na skutek jakiejś dramatycznej sytuacji muzułmanin zapytał chrześcijanina: dlaczego nie opowiedziałeś mi o Jezusie? Też chciałbym Go poznać, tak jak Ty.
Nie wiem czy taka sytuacja w ogóle miałaby prawo się wydarzyć, ale nie wszyscy Go znają, a może gdyby poznali, to wydarzyłoby się w ich życiu coś dobrego?

Dobra, to jeszcze tylko słówko wyjaśnienia, co to za sytuacja, która mi się przydarzyła.
Kiedy czytacie te słowa, wciąż jestem wśród żywych 🙂 i z moimi Królewnami idziemy w pielgrzymce na Jasna Górę.
To moja pierwsza pielgrzymka w życiu, ich też.
Bardzo się tego bałam, najbardziej tego, jak znajdę dla nas nocleg, bo taka trochę nieśmiała bywam.
Na dodatek na kilka dni przed wyjściem starsza Królewna upadła jeżdżąc na desce i skręciła rękę w łokciu. Nosi szynę i rękę na temblaku.
To właśnie było to bach z początku i moja prawie już podjęta decyzja: nie idziemy. Bo nie zabiorę dziecka ze skręconą ręką przecież i do tego, gdzie będziemy spać.
Królewna na to, że ona idzie, nawet beze mnie.
No dobra, ale gdzie będziemy spać. Tak się tego bałam, że wyglądało na to, że ta ręka, to tak, jakby na potwierdzenie dla mnie na to, że nie mamy iść. Bo gdzie będziemy spać?
Co robić?
I wtedy zadzwoniła Zuzia nasza kochana, ta przyjaciółka moich dziewczyn: załatwiłam Wam nocleg.
Nie rozmawiałyśmy o tym wcześniej.
I idziemy.

Mądrzy ludzie powiedzą przypadek. I bardzo proszę, dla nich to może być przypadek.
Ja myślę, że to nieprzypadkowa odpowiedź na moje pytanie.
Myślę tak, bo to nie pierwsza taka odpowiedź w moim życiu, a jedna była na wagę życia.

Dodaj komentarz