Pewna interesująca Miss

blog
foto: Clker-Free-Vector-Images

Miałam już jakiś czas temu zacząć tu na blogu taki mały cykl opowieści o blogach, które czytuję od czasu do czasu.
Tak, od czasu do czasu, nie regularnie
Może to trochę dziwnie zabrzmi, że skoro piszę blog i mam nadzieję na to, że znajdę czytelników, sama  czytam ich mało, ale ja tak już mam, że kiedy znajdę coś, co mi się podoba, co mi odpowiada pod różnymi względami, to się przywiązuję i nie szukam więcej.
Przynajmniej przez jakiś czas.
Tym bardziej, że i w blogosferze, jak w każdej innej erze, są lepsi i gorsi. W sensie talentu oczywiście.
I nie wszystko nam odpowiada.

Wszystkiego nie przeczytam, blogerów przecież dzisiaj, jak mrówków

Mnie odpowiada w sumie nie tak wiele, bo nie czytam blogów modowych, ani kulinarnych. Blogi lifestylowe mnie najczęściej, z małymi wyjątkami, nudzą.
Blogi parentingowe, podobnie, jak blogi recenzenckie są według mnie zbyt monotematyczne, choć według ekspertów ta monotematyka powinna być ich zaletą.
I może jest. Ja się nie znam, sama bez przerwy szukam tego, co odpowiada mi najbardziej, także w pisaniu i co mogłoby zainteresować ludzi, którzy do mnie trafią.
Blogi, które piszą ci, którzy w założeniu chcą opowiadać o swojej wierze czy relacji z Bogiem, docelowo pewnie nawracać czytelników, odpychają zbytnią, jak dla mnie nachalnością.
Samorozwojowcy w większości przypadków mnie przerażają. Bo są tacy agresywni. Pewnie tacy powinni być, żeby się samorozwijać i jeszcze prowadzić innych, no, ale ja to nie do końca rozumiem, więc nie czytam i się nie rozwijam niestety. I to mówię, piszę, całkiem poważnie.
Dlatego w czytaniu kieruję się głównie swoim własnym gustem.
A kiedy już coś znajdę, to jest to według mnie naprawdę fajne i dlatego będę się tym, co jakiś czas dzielić.

No to zaczynamy od pewnej interesującej Miss

Jako pierwszy pojawi się u mnie blog, który chyba można zakwalifikować jako lifestylowy. Jest w nim jednak coś więcej niż tylko opowieści o szmatkach, zdjęciach, o tym, co autorka zjadła na śniadanie, jak wygląda jej dom na święta i takich tam.
Chociaż owszem są zdjęcia i to całkiem sporo, ale jakoś tak fajnie wplecione, że nie przytłaczają. Mnie przynajmniej nie przytłaczają i nie stanowią, jak u niektórych lifestylowców sedna. Są zwykle uzupełnieniem.
Bo sedno stanowi treść.
Zawsze o czymś i zwsze świetnie, czasami naprawdę bardzo świetnie, jakkolwiek beznadziejnie to brzmi, napisana.

Missferreira.pl czyli Sara Ferreira pisze znakomicie. Lekko, zabawnie, chociaż nie stroni od poważnych tematów.
Bardzo podoba mi się jej podejście do siebie samej – z dystansem i poczuciem humoru.
I bardzo podoba mi się jej punkt widzenia na wiele spraw.
I chociaż najprawdopodobniej na swoim blogu zarabia, co oczywiście nie jest niczym złym, ale co na wielu blogach aż bije o oczach i razi, to ona robi to bardzo umiejętnie i nie epatuje tym.

Tak swoją drogą, taka mała dygresja będzie,  na innym blogu przeczytałam kiedyś wpis na temat tego, że ludzie często stawiają blogerom zarzuty o to zarabianie, nazywając ich nawet dziwkami i oskarżając o sprzedawanie się.
Trochę mnie to zawsze dziwi, bo reklama w telewizji czy prasie papierowej lub na dużych portalach internetowych nikomu nie przeszkadza czy może raczej nikogo nie dziwi.
Ja nie dostrzegam różnicy pomiędzy zarabianiem w taki sposób przez blogerów. Oni też muszą włożyć kawałek pracy, żeby zasłużyć sobie na grosz wypracowany przez reklamę na swoim „terenie”. Jedni chcą to robić inni nie i każdy z nich ma prawo do swojej decyzji, a ja, jelsi nie chcę, nie muszę ich czytać. I już.

A wracając do naszej Miss, że jest przy tym wszystkim, o czym było wcześniej piękną kobietą i ma świetny gust i wyczucie smaku, to wszystko tu się u niej na blogu doskonale łączy i naprawdę dobrze się u niej w odwiedzinach czuję.
I dlatego proponuję, zajrzyjcie do Miss Ferreiry, bo być może i Wy się u niej dobrze poczujecie i zechcecie ją częściej odwiedzać. Na pewno się ucieszy