Ostatnia rodzina, opowieść o rodzinie Beksińskich
Ostatnia rodzina – kadr z filmu

I przyszedł ten moment, kiedy obejrzałam „Ostatnią rodzinę”.
Bardzo się bałam oglądać ten film. Bo ja wiem?
Uwielbiałam audycje Tomasza Beksińskiego, fascynowały mnie obrazy Zdzisława Beksińskiego, ale przerażała mnie historia ich życia, ich rodziny, tego, co się z nimi stało.
Nie zagłębiałam się nigdy w szczegóły, bo mi się to wydawało jakieś takie nie na miejscu, ale zawsze mnie dręczyło pytanie co się stało, dlaczego i jak to możliwe, że ludzie tak wrażliwi i tak zdolni nie potrafili się chyba, takie zawsze odnosiłam wrażenie, porozumieć. Bo chyba to było powodem wszystkich ich nieszczęść.
Chyba, że jestem po prostu zbyt głupia, żeby to zrozumieć.

Nie potrafię o tym filmie opowiedzieć po prostu, jak o filmie.
Nie potrafię przeanalizować co było dobre, co nie.
Dla mnie to dobry film. Trzymający przed ekranem i nie pozwalający się rozpraszać. Świetnie, wspaniale zagrany.
Dla mnie najlepszy Andrzej Seweryn.
Świetnie przedstawione realia.
Nie wiem czy twórcy rozmijają się z prawdą czy trzymają się faktów. Podobno Tomasz nie zachowywał się aż tak nieracjonalnie, jak w filmie, ale ja nie jestem w stanie tego ocenić.
Nie przeprowadzę nawiązań do postaci mitycznych, obrazów kina światowego, ani nie dokonam innych spektakularnych powiązań, nawiązań, porównań, jak profesjonalni recenzenci.

Chciałabym jednak coś o tym filmie napisać, bo obejrzałam go ponad tydzień temu, a on wciąż siedzi w mojej głowie, wciąż mi się pojawiają obrazy przed oczami i wciąż mnie przygnębia to, co zobaczyłam.
Bo ja patrzę na film przede wszystkim przez pryzmat opowiadanej historii.
To ona jest dla mnie najważniejsza i jeśli nie dzieje się nic szczególnego, co nie pozwalałoby mi w spokoju oglądać czyli wyjątkowo zła gra aktorska na przykład, to w gruncie rzeczy wszystko inne nie ma dla mnie jakiegoś większego znaczenia.
Chociaż jestem w stanie dostrzec piękne zdjęcia czy usłyszeć wyjątkową muzykę, nie mówiąc już o grze aktorów, bo to zauważam przede wszystkim.
W „Ostatniej rodzinie” nie było niczego, co nie pozwalałoby mi się skupić na opowieści.

A opowieść to trudna. Bo trudno oddzielić ją od rzeczywistości i oglądać po prostu, jak film.
Bo byłam w pewien sposób świadkiem tego, co się stało. Słuchałam wszystkich audycji Tomasza i uwielbiałam je. Były zawsze wyjątkowe i zawsze był żal, kiedy się kończyły.
Słuchałam jego ostatniej audycji i wiedziałam, że coś złego się dzieje. Pamiętam dokładnie moment i miejsce, w którym się dowiedziałam o jego samobójstwie.
Pamiętam pustkę w sobotnie wieczory, kiedy nie wiadomo było, co ze sobą zrobić i świadomość tego, że już nigdy nikt czegoś takiego, jak Tomasz Beksiński, po raz drugi nie zrobi.
Pamiętam wiadomość o zabójstwie Zdzisława Beksińskiego i zdziwienie tym, że to się stało w taki durnowaty i bezsensowny sposób.

Dlatego trudno mi się ten film oglądało. Próbowałam jednak po prostu popatrzeć na historię rodziny, jakiejś rodziny.
Jest genialny ojciec, który ma niewiarygodną, mroczną wyobraźnię.
Przytłaczające, choć piękne i niezwykłe obrazy wiszą w całym mieszkaniu, które notabene jest dziwnie malutkie i dziwnie zwyczajne, jak na postać takiego formatu.
W małym mieszkanku na sanockim osiedlu – widok z okien jest naprawdę przygnębiający, jak to w latach 70 – 80 -tych – mieszkają Zdzisław Beksiński z żoną i dwiema staruszkami, mamami obojga.
Syn, Tomasz, który jest anglistą i radiowcem mieszka w bloku po sąsiedzku. Jego mieszkanie wypełniają po brzegi płyty i sprzęt grający. I zawsze jest w nim ciemno, bo chłopak ma obsesję na punkcie Edgara Alan Poe, wampirów i takich tam.
Potworna, zdewastowana winda wozi wszystkich tam i z powrotem. Wszyscy w niej milczą ze spuszczonymi głowami, tylko Zdzisław wpatruje się w sufit.

Dziwaczna fascynacja ojca kamerą. Filmuje dosłownie wszystko i wszystkich, nie odpuszcza w najbardziej intymnych momentach. Przyszło mi do głowy, że gdyby wszyscy jeszcze dzisiaj żyli, to Zdzisław Beksiński zalewałby nas swoimi filmikami na YouTube.
Z jednej strony wygląda momentami, jakby nikt nikogo w tym domu nie szanował – scena podczas wigilijnej kolacji jest, jak dla mnie, potwornie wkurzająca. Jest ich zresztą więcej. Jak ta, kiedy mama próbuje rozmawiać z Tomaszem, który po zjedzeniu obiadu wkłada po prostu słuchawki w uszy i nawet sobie z tego nie zdaje sprawy. Ona się poddaje.
Pewnie tak poddawała się przez całe jego życie, ale nie mam zamiaru oceniać
Z drugiej strony dwie umierające staruszki w domu to ogromne poświęcenie.
„Tylko nie zrób sobie nic, dopóki mama jest z nami” również w jakiś sposób świadczy o trosce, dosyć dziwnej, co prawda, ale jednak.

Nie rozumiem, z takiego zwykłego,  ludzkiego punktu widzenia.
Wygląda to tak, jakby oni wszyscy przechodzili obok siebie zamknięci w specjalnych, niewidocznych osłonkach, które ich bardzo skutecznie izolują, nawet w momencie śmierci najbliższej osoby, od dotyku, wzruszenia, uśmiechu – mama uśmiecha się tylko od czasu do czasu zbolałym uśmiechem, ojciec z kpiną, Tomasz szyderczo.

Wiem, że mądrzy ludzie, jeśli to przeczytają, stwierdzą, że to, co piszę to naiwna bzdura, że na takie postaci, tego formatu, trzeba patrzeć przez inny pryzmat, że oni widzieli świat inaczej itp. itd.
To jednak byli ludzie. I było im źle i nie potrafili nic z tym zrobić.
Dla mnie, kiedy na nich patrzę, najbardziej interesujące jest pytanie, dlaczego?
Co im przeszkadzało w okazywaniu uczuć, bo przecież je mieli.
Dlaczego woleli się zamknąć we własnych skorupach, dlaczego nie próbowali ( a może próbowali kiedyś wcześniej)?
Czy jakakolwiek sztuka jest warta poświęcenia tego, co w życiu, wydaje się, że jest najważniejsze.
Czy własna, osobista wolność jest ważniejsza od relacji z najważniejszymi ludźmi na świecie?
Film nie odpowiada na takie pytania.

Ich już nie ma. I co zostaje?
Zostały obrazy Zdzisława Beksińskiego, które wciąż poruszają.
Zostały nagrania audycji Tomasza, jego tłumaczenia do kolejnych Bondów, wspomnienia cudownych wieczorów.
Ważne. Tylko czy gdyby byli dla siebie nawzajem i dla siebie samych trochę lepsi czy nie stworzyliby tego wszystkiego?
Gdyby to miała być prawda, to nic tylko płakać.
I mam jednak nadzieję, że tak nie było w prawdziwej rodzinie Beksińskich.

One thought on “Prawda czy fałsz?

  1. na pewno jest to forma interpretacji, nie ma co traktować aż tak serio, nikt nie pozna całek prawdy, dlatego że to życie prywatne tych ludzi a ich już dawno nie ma i nie opowiedzą „jak to było”, nie mogą się nawet bronić przed oskarżeniami

Dodaj komentarz