Prosta historia – od popcornu do postu

kino i popcorn lub popcorn w kinie
foto: dbreen
I co mi się wyświetliło na pierwszej pozycji, kiedy szukałam zdjęcia na hasło kino? 🙂

Byłyśmy z dziewczynami w kinie. Nie będzie dziś jednak recenzji, ani niczego w tym rodzaju, bo „Wyszczekani” to film, o którym nie bardzo chce mi się pisać.
Półtorej godziny śmiechu, co dzieciom się bardzo podobało, głównie z powodu gadających psów. I tyle.
Prosty, jak budowa cepa scenariusz, łatwy do przewidzenia nawet dla dziesięciolatki, gra aktorska, psów genialna, człowieków do zaakceptowania. I już.
Film, o którym zapomina się w pół godziny po wyjściu z kina.

Trudno jednak zapomnieć o cenie biletów. Niestety.
I jeszcze o pewnym zjawisku, które obserwuję i które się, mam wrażenie, nasila z biegiem czasu.
Zjawisku, które mnie trochę przeraża jednocześnie i dziwi.
Poczyniłam obserwacje i o nich właśnie chcę dzisiaj opowiedzieć.

Do rzeczy

Jeszcze 20 lat temu,  o czym już być może kiedyś pisałam, ale już nie pamiętam, bo mam trochę kłopotów z pamiętaniem o czym już pisałam, a o czym nie, bo się to moje życie zmienia bardzo nieznacznie na przestrzeni mijających lat.
Tak więc jeszcze jakieś 20 lat temu chadzaliśmy z moim, jeszcze wtedy nie mężem, do kina regularnie.
Kino było duże, nieklimatyzowane, więc w upał w ogóle nie można było nawet pomyśleć o pójściu na seans, bo człowieka na samą myśl coś dławiło w gardle.
Nagłośnienie nie było rzecz jasna takie bajeranckie, jak dzisiaj, obraz na ekranie o wiele gorszej jakości niż ten dzisiejszy.
Kino miało wtedy jakiś taki swój specyficzny zapach. Kiedy się przechodziło przez kotarę w drzwiach, to jakby człowiek wkraczał do innego świata.
Do takiego kina kochałam chodzić.
Nie dlatego, że miałam 20 lat mniej, chociaż wiadomo, że czasy, kiedy człowiek był taki młody są zawsze piękne.
I nie chodzi mi wcale o poziom czy rodzaj prezentowanego kina, bo i wtedy i dzisiaj były i są filmy genialne, dobre i gorsze.

Dlaczego nie lubię dzisiejszego kina

Dlatego, że dzisiaj pójście do kina kojarzy mi się z popcornem.
Dlatego, że dzisiaj oglądanie filmu jest z tym popcornem nierozerwalnie związane.
To jakiś odruch Pawłowa. Dzisiejszy człowiek myśli kino i od razu, jak w malignie idzie do stoiska, w którym wydaje grubą kasę na pudło popcornu, spoza którego chyba nawet nie widać ekranu. Ja przynajmniej z moim metrem 5 w kapeluszu, na pewno bym nie widziała.
A popcorn śmierdzi, zwłaszcza, kiedy go na salę wnosi 99,9 % widzów wchodzący do kinowej sali.
A kiedy te 99,9 % widzów w kinowej sali zaczyna ten popcorn chrupać, to ja nie mogę się skupić na oglądaniu filmu, tylko skupiam się na tym chrupaniu i mlaskaniu wokół, za mną i przede mną i obok.
A kiedy po seansie nastaje światłość, to lepiej się nie rozglądać wokół. Bo wszędzie popcorn. Na fotelach, pod fotelami. Pudełka po popcornie walają się wszędzie, chociaż przy wyjściu są zawsze  ustawione kosze na śmieci.
Dlatego dzisiaj rzadko chodzę do kina.
Wolę oglądać filmy w domu.
Chodzę czasami z dziewczynami, bo szkoda by mi było, żeby nie wiedziały co to  jest kino.
Na pewno inaczej, ale na pewno każde takie wyjście jest dla nich wydarzeniem. I dlatego, że wychodzimy razem i dlatego, że to kino, jakie one poznają też ma dla nich jakiś swój klimat.
Chcę, żeby  miały swoje wspomnienia.
Czasem wybór filmu pozostawiam im, a czasem wybieram ja.
I tylko ten popcorn… bo mamo, a kupisz nam popcorn?

Wiem, że nie mam prawa nikogo oceniać żyjemy w wolnym kraju

I nic mi do tego tak naprawdę, co ludzie robią.
I nie oceniałabym. Siedziałabym w domu i tęskniła za dawnymi czasami, dając innym prawo do decydowania o tym, co lubią i co robią.
Tylko, że to, co zobaczyłam podczas tego ostatniego wyjścia poważnie mnie przeraziło.
Bo do popcornu ludzie wnosili dwulitrowe pepsi i jakieś chipsy czy nachos w ilościach po prostu zatrważających.
To wszystko wrzucali w siebie podczas mniej więcej półtoragodzinnego seansu, który rozpoczynał się o godzinie 19. Dorośli i dzieci.
I tak sobie myślę, jak to jest?
Z jednej strony szaleństwo zdrowego trybu życia, ekologiczna żywność, walka z cukrem, syropem fruktozowo – glukozowym, olejem palmowym, glutenem i nie wiadomo czym jeszcze.
Wokół sami weganie, wegetarianie, każdy przygotowuje śliczne, wymyślne dania.
Diety pudełkowe i inne wynalazki. Liczenie kalorii.
Ćwiczenia, bieganie, pływanie, rowery.
Każdy chce schudnąć, dbać o sylwetkę, o skórę, zachować młodość, jak najdłużej.
Wszyscy boimy się zachorować na raka, który wygląda zza każdego zakrętu, ludzie zapadają na jakieś potworne choroby, na które kiedyś prawie nikt nie chorował.

Jakieś dwa zupełnie inne światy i nie wiem, który jest prawdziwy

Może to dlatego, że jestem dzisiaj na etapie wprowadzania zmian w swoim życiu. Tych dotyczących odżywiania również.
Nie, nie wpadłam w szał. Nie biegam za ekologiczną cebulą i marchewką. Jajka kupuję w sklepie, albo u pani na targu, w zależności, gdzie akurat mam bliżej.
Nie bardzo wierzę w tę czystość ekologicznych owoców i warzyw, bo skoro moja teściowa, która od prawie 80-ciu lat wciąż każdej wiosny rozsadza pomidory,  nie jest dzisiaj w stanie wyhodować ich zdrowych, bez używania specjalnych oprysków, to nie wiem, jak robią to ci, którzy twierdzą, że robią to w ekologiczny sposób. Pewnie się nie znam.
Nieważne zresztą.
Staram się po prostu nie popadać w skrajności i nie dać się zwariować. Nie jestem w stanie wyeliminować z diety mojej, męża, dzieci i psa chemii w stu procentach, więc po prostu robię to na tyle, na ile mogę i potrafię.
Nasze organizmy i tak już ewoulowały i w jakimś stopniu przystosowały się do tego z czym muszą się mierzyć, żeby trwać.
A kiedyś i tak muszą umrzeć.
Cała filozofia, moim zdaniem, polega na tym, żeby mogły trwać w dobrym stanie jak najdłużej to możliwe bez przesadzania w żadną stronę.
Bez sensu jest dla mnie odmawianie sobie wszystkiego, co człowiek lubi, ale jeszcze bardziej bez sensu jest pozwalanie sobie na wszystko, co oczy by zjadły, żeby potem cierpieć, narzekać i doprowadzać się do stanu, w którym nie chce się żyć.

Dlatego się przyczepiłam tego popcornu

Bo to naprawdę nie jest takie trudne. Tu nie potrzeba żadnej medytacji, ani specjalnych kursów. Wystarczy trochę posłuchać samego siebie, swojego organizmu.
On daje znaki, on się domaga uwagi, on prosi o umiar.
On mówi czego potrzebuje i podpowiada co robić.
No, ale po co umiar, skoro można wziąć Hepatil, Hepaslimin czy Proliver lub Travisto i hulaj dusza.
Tylko, jak długo? Przecież my w ogóle nie dajemy odpocząć tym naszym biednym żołądkom i wątróbkom.
A tymczasem stare przysłowie pszczół mówi: jesteś tym, co jesz.
A Marek Zaremba, ten, który propaguje post w celu oczyszczania organizmu i wprowadzenia swojego życia na wyższy poziom, mówi, że: „…większość chorób i cierpienia jest bezpośrednią konsekwencją naszych wyborów…” i „…odnowa kultury postu jest drogą do wzrostu zdrowia…”
I nikt ci nie każe iść na pustynię, ale czy filmu nie można zjeść bez popcornu czy z kolegami nie można się spotkać bez piwa czy nauczycielce zawsze trzeba na koniec roku wręczać czekoladki?
Czy zabijając nudę za każdym razem trzeba coś podkraść z lodówki?
Widzicie, jak ja dobrze wiem o czym piszę.
A tak w ogóle,  to czemu ciągle myśleć o jedzeniu, skoro jest tyle wspaniałych rzeczy i spraw na tym pięknym świecie wartych uwagi?
Wszystko w naszych rękach ach panie, panowie, więc wybierajmy. A dobrze.
Mamy wolną wolę, decyzje należą do nas.
Na początku nie jest łatwo, bo wciąż ten odruch Pawłowa, no, ale my jesteśmy istotami wyższymi niż nasze kochane, słodkie pieski, więc co się nie da, to się da.

Related posts