Przesuszona skóra? To już nie jest problem

Kto choć raz w życiu nie miał kłopotów z przesuszoną skórą? Z zaczerwienieniami, swędzeniem, bolesnością?
Jest ktoś taki? Myślę, że nie.
Dlaczego tak myślę?

Dlatego, że każdy z nas używa wody, która zmywa ze skóry jej warstwę ochronną.
Dlatego, że każdy z nas ma styczność z powietrzem, które, delikatnie mówiąc, nie zawsze jest pierwszej jakości. Poza tym zimą mróz, latem ostre słońce nie pozostają dla skóry obojętne.
Jemy i pijemy i wprowadzamy do organizmu mnóstwo słabo służących, a często wręcz szkodzących nam składników.
Stresujemy się, co odbija się również niejednokrotnie na skórze.
Używamy kosmetyków, w dobrej wierze i z chęcią zadbania o skórę, pięknie opakowanych kosmetyków, które zamiast pomagać bardzo często nam szkodzą.

Zaczerwieniona skóra

Też mi problem, ktoś powie.
No pewnie, jest mnóstwo innych bardziej istotnych spraw i problemów, ale jednak człowiek to taka bestia, że kiedy jeden element w tym doskonale skonstruowanym mechanizmie, jakim jest nasze ciało, szwankuje, to głowa zaczyna mieć problem i przestajemy działać, jak w zegarku.
Doskonale pamiętam siebie z czasów szkolnych, kiedy miałam nieustające problemy ze skórą.
Jak nie szpetne wypryski, które pojawiały się w najmniej stosownych momentach, to czerwone placki.
Wstyd było się drapać, ale co było robić, kiedy człowiek nie był w stanie wysiedzieć spokojnie na lekcji?
Dobrze, że miałam długie włosy, za którymi mogłam się trochę schować. Dobrze, że mam wrodzoną umiejętność obracania swoich słabości w żart, bo inaczej nie wiem, jak przetrwałabym ten czas, kiedy miałam poczucie, że jestem tak wstrętna, że ludziom trudno na mnie patrzeć.
Nie mogłam myśleć o niczym innym.
Jasne, że człowiek dorosły reaguje inaczej, ale bez względu na wiek raczej wolimy wyglądać lepiej niż gorzej i wolimy, żeby nasza skóra była zdrowa i piękna. Bo zdrowa i piękna skóra jest oznaką zdrowia całego organizmu.

W czasach szkolnych nie miałam wielkiego wyboru. W aptece można było kupić Acnosan, maść Tormentiol w nieokreślonym kolorze, która miała leczyć moje przypadłości, a ja miałam nieustająco wrażenie, że tylko pogarsza sprawę.
Kosmetyków nie używałam prawie wcale, żeby nie pogarszać sytuacji i szybko przestałam używać zwykłego mydła.
Co jakiś czas mama aplikowała mi maseczki domowej roboty, które na chwilę poprawiały i naprawiały moją skórę i moje samopoczucie.
Później bywało raz lepiej, raz gorzej.
Słuchałam rad, chodziłam do dermatologów, stosowałam leki, kupowałam polecane kosmetyki, przestałam kupować polecane kosmetyki.  A mój problem z tą wstrętną, swędzącą skórą nie znikał. Pojawiał się co jakiś czas i na jakiś czas zostawał. I uprzykrzał mi życie.

Aż do mojego spotkania z Organic Life 🙂

Możecie wierzyć lub nie, od kiedy stosuję te kosmetyki, jeszcze ani razu moje kłopoty się nie pojawiły. Pomimo tego, że zaczęłam moją przygodę od serii innej niż Aqua Virtuale, którą zaleca na sam początek nasza sympatyczna pani kosmetolog Kasia, bo zwyczajnie byłam niedoinformowana.
Dlaczego Aqua Virtuale na początek? Dlatego, że jest to seria silnie nawilżająca, a większość z nas ma najczęściej bardzo odwodnioną stosowaniem sklepowych kosmetyków skórę.
Utrata wody to dla nas strata niepowetowana i zastosowanie na odwodnioną, wysuszoną skórę silnie działających kosmetyków, jakimi są kosmetyki organiczne z dużymi stężeniami składników roślinnych, mogłoby dać efekt odwrotny od oczekiwanego.
U mnie to nie miało konsekwencji prawdopodobnie dlatego, że wcześniej używałam kosmetyków raczej w śladowych ilościach. Powiedziałabym, symbolicznie.
Jeśli jednak kosmetyki to Twoje życie, to najlepsza na początek będzie Aqua Virtuale, seria, która działa cuda w naprawdę delikatny i magiczny sposób.

Related posts

Dodaj komentarz