Rozwój osobisty A co to?

Ostatnio spotkałam się z takim pytaniem: dlaczego będąc katoliczką, propaguję rozwój osobisty.
Pytanie nie do mnie i mnie nie dotyczy, ale napisałam jedno zdanie na ten temat w odpowiedzi i zastanawiałam się przez chwilę, skąd się właściwie wzięło? Takie pytanie.

Być może stąd, że każdy trochę inaczej rozumie rozwój osobisty

No bo na pierwszy rzut oka, mnie rozwój osobisty kojarzy się pozytywnie. Z czym kojarzy się osobie, która zadała pytanie? Jaki może istnieć konflikt między nim, tym rozwojem, a byciem katoliczką?
Czy Bóg nie chce, żebyśmy pomnażali swoje talenty? Te, które dostaliśmy?

Fakt. Od jakiegoś czasu, już chyba dosyć długiego panuje jakaś moda na rozwój osobisty. Co chwila pojawia się jakiś nowy trener, przepraszam, coach, który opowiada, że:
raz – jest najlepszy
dwa – tylko z nim masz szansę osiągnąć to, czego pragniesz, dotrzeć do tego, do czego chcesz dotrzeć.
Najczęściej ci ludzie powielają pewne schematy, powielają innych , powielają innych, którzy powielają innych…
Oto kilka przykładowych zdań, jakie można przeczytać po wpisaniu w wyszukiwarkę hasła rozwój osobisty:

Zapisz się na warsztaty rozwoju osobistego i znajdź swoją wewnętrzną siłę

Jeśli popełniasz choćby jeden z tych 4 błędów rozwoju osobistego, nie osiągasz efektów, które są w zasięgu Twojej ręki. Poznaj je i naucz się …

Rozwój osobisty w najbardziej praktycznym wydaniu. Poznaj najskuteczniejsze metody pracy nad sobą i otwierające umysł koncepcje,

Rozwój osobisty to nie są żadne czary.

 Rozwój osobisty to nic innego jak poszerzanie swojej wiedzy i zdobywanie nowych umiejętności. Rozwijać się można w każdej dziedzinie życia.

Można by wpisywać tu jeszcze wiele, wiele przykładów.
Zawsze chcieliśmy się wewnętrznie rozwijać. Poznawać nowe, doświadczać nowego, wydobywać z siebie jakieś ukryte pokłady mądrości, zdolności, talentu. Bo zawsze wierzyliśmy, że to w nas jest, tylko trzeba to odkryć. Bo zawsze chcieliśmy więcej i lepiej niż mamy, tylko chyba nie nazywaliśmy tego rozwojem osobistym.

Kiedyś uczeń miał mistrza. Wpatrywał się w niego, naśladował, wcielał w życie dobre rady i nauki. I szedł do przodu, stawał się wciąż lepszy i lepszy.
Popełniał błędy, wyciągał wnioski, raz szedł szybciej, innym razem wolniej. I tak do końca życia.
Bo rozwój osobisty to nie jest, moim zdaniem, coś, co można przygarnąć na chwilę.
Człowiek, albo jest świadomy i wtedy musi się rozwijać, albo nie jest świadomy i wystarcza mu to, co ma.

Dzisiaj mamy Internet

A w nim mnóstwo nauczycieli
Mówią innymi językami i nie mam tu na myśli języków obcych. Mówią często inaczej o tych samych sprawach. Każdy przekonuje, że jest najlepszy.
Prawie wszyscy sprawiają wrażenie, na mnie przynajmniej takie wrażenie sprawiają, że gdzieś im się wszystkim śpieszy. Że ja w związku z tym też muszę się śpieszyć. No, a ja się przecież śpieszyć nie chcę.
Sprawiają na mnie wrażenie, jakby ich praca polegała wyłącznie na osiąganiu efektów, zdobywaniu szczytów, parciu wciąż do przodu. Starają się stworzyć wrażenie, że istnieje jakiś tajemniczy, jedyny sposób na to, żeby tę wiedzę tajemną posiąść. I oni go oczywiście mają lub znają.
Zaprzęgają do tego zdobycze naukowe, najnowsze badania, fizykę kwantową, starożytnych kosmitów, jogę, prawa Huny i kto wie, co jeszcze.
I mogę się tylko domyślać, że to pytanie z początku, zadane mojej znajomej miało właśnie w tym swój początek.
Obawę przed tym wszystkim.

A przecież, tak, jak ja go rozumiem, rozwój osobisty nie ma z tym wszystkim nic wspólnego.
Bierze początek w nas. W naszym umyśle, sercu, duszy, w ciele.
Żyjemy i w pewnym momencie, z najprzeróżniejszych powodów, przychodzi nam do głowy, że pora coś zmienić.
Bo już nam się znudziło to, co mamy.
Bo chcemy coś zrozumieć.
Bo chcemy komuś dorównać, a może go prześcignąć, coś udowodnić.
Bo chcemy być dobrzy. Tak po prostu. Takie powody też się zdarzają.
Bo chcemy sobie zacząć radzić w jakiejś konkretnej sytuacji.
A ponieważ przeszkody tak naprawdę, zazwyczaj też tkwią w nas, więc zabieramy się za ich usuwanie lub przynajmniej neutralizowanie. Pokonujemy samych siebie i to nam się podoba i mówimy, że się rozwijamy.
Jaka tu sprzeczność pomiędzy katolicyzmem i rozwojem osobistym?

Przecież Jezus bez przerwy namawia nas do rozwoju

Do stawania się lepszym, do kochania każdego człowieka.
Do pomnażania naszych talentów.
Przecież będąc katolikiem nie czekam na cud, który sprawi, że będzie mi się tu na ziemi żyło lepiej, łatwiej, piękniej, tylko sama biorę się do roboty.
Tyle tylko, że ja nie mówię sobie: jestem wielka, jestem niepokonana, mogę wszystko, mam moc, jestem niezwykła i takie tam.
Bo chociaż jestem niezwykła, jak każde boże dziecko, to wszystko, co mam, mam od Boga.
To na Nim opieram wszystkie moje działania, podejmuję decyzje. Z Nim wiem, że nie zrobię nikomu krzywdy, sobie też nie.
Z Nim wyruszam w drogę korzystając najlepiej, jak potrafię z tego, co od Niego mam i prosząc Go o pomoc, wierzę, że mi pomoże.
Może się stać tak, że nie pomoże. I chociaż tego nie zrozumiem, chociaż będę się wściekać i będę mieć pretensje i żal, to w końcu powiem: dobrze, masz rację, Twój plan jest lepszy, ale mnie nie zostawiaj i pomóż znaleźć nową drogę, nowy sposób. I wygrzebię znowu trochę sił i znowu pójdę opierając się o Niego.
W Nim jestem wielka i z Nim wszystko mogę.
I taki to jest właśnie katolicki rozwój osobisty.
Dla mnie dobry, z nim czuję się bezpiecznie.
Wiecie dlaczego? Bo nie jestem zdana tylko na siebie i żadna porażka, a zawsze jakaś się pojawia, przytrafia, nie jest tak straszna, jak byłaby, gdybym była wielka i zdana na samą siebie.


foto: geralt

Related posts