Świat jest wielki, a zbawienie czai się za rogiem

To oczywiście nie jest mój tytuł. Sama bym go nie wymyśliła. To tytuł filmu, który nie dawno obejrzałam i dzisiaj o nim opowiem.
Bo przecież nie samymi dermokosmetykami człowiek żyje. Prawda?

No więc tak. Miałam oglądać inny film, ale nie udało mi się go znaleźć na żadnym VOD, HBOGo i tym podobnych kanałach.
Na ten film, o którym Wam opowiem, wpadłam więc przypadkiem.
Włączyłam, bo spodobał mi się tytuł. Wydał mi się interesujący.
I miałam nosa. To bardzo dobry, wciągający, ciekawy, wzruszający film.
Istnieje co prawda prawdopodobieństwo, że jestem naiwna, bo tacy bardziej wysmakowani kinomaniacy uważają ten film za kalkę filmów Emira Kusturicy, za ckliwą historię typową dla naszej części Europy, która ciągle jeszcze roztrząsa stare czasy.

Co ja jednak poradzę na to, że dla mnie to może być i kalka kalki, a ja i tak, jeśli historia jest tego warta, to się wzruszam i zachwycam.
Ja nawet rozumiem tych ludzi, którzy zawsze tak drobiazgowo każdy film analizują: a to scena podobna do jakiejś innej w innym filmie, a to postać ma coś z innej postaci, a to światło użyte, podobnie, jak w innym filmie, a to historia podobna do innej historii w całkiem innym filmie, który był podobny do jeszcze innego. I tak dalej i tak dalej.
To może być jakieś skrzywienie zawodowe.
Może to jacyś niedoszli reżyserzy, operatorzy, aktorzy? Nie wiem.
Dlaczego uważają, że każdym filmem trzeba odkrywać nową Amerykę? Nie wiem.
Dlaczego uważają, że czerpanie z dorobku innych, doskonałych reżyserów uwłacza innym twórcom? Tego też nie wiem.

Wiem, że dla mnie film to przede wszystkim historia. Ona jest najważniejsza.
Oczywiście ważne jest to, w jaki sposób jest opowiedziana, jakich do tego użyto środków wyrazu. Ważne jest wszystko, co się na film składa: scenariusz, światło, sposób filmowania, sposób konstruowania scen, prowadzenia aktorów, gra aktorska i pewnie jeszcze wiele innych szczegółów. Jednak moim zdaniem najlepszy film to taki, który sprawia, że ja się nad tym wszystkim w ogóle nie zastanawiam.
A ja się nad tym nie zastanawiam wtedy, kiedy historia opowiadana w filmie mnie wciąga, a wszystko poza tym jest na jej usługach, że się tak poetycko wyrażę.

I oczywiście, że miałam przez moment skojarzenia z filmami Kusturicy, przede wszystkim pewnie za sprawą aktora grającego jedną z głównych ról Pedraga”Miki” Manojlovica czyli filmowego dziadka.
Trudno nie mieć skojarzeń, bo to bardzo charakterystyczny aktor, a i postać dziadka w jego wykonaniu miała coś z bohaterów Kusturicy.
To mi jednak w niczym nie przeszkadzało, bo uwielbiam takie historie, w których w sytuacji, wydawałoby się całkowicie patowej, zawsze znajdzie się ktoś, kto potrafi dostrzec rozwiązanie, kto jest silny i potrafi wyciągnąć z kryzysu tych, na których mu zależy. Choćby się nawet i opierali, choćby i siłą.
Bo i tak na końcu zawsze wychodzi na jego: życie wcale nie jest tak skomplikowane, jakie się na pozór wydaje. Ba, może być piękne. Wystarczy tylko cieszyć się drobiazgami, dostrzegać ich wartość i za nie dziękować.
A kiedy sytuacja tego wymaga, trzeba być twardym i trzeba być dumnym.
Proste. I dla wielu naiwne. Dla mnie piękne i uspokajające.

I właśnie taki jest film Stephana Komandareva. Prosty i ciepły. Prości ludzie i nieskomplikowane sprawy, które mocno czasem komplikują życie. Proste zasady i proste radości i przyjemności.
Życie bez wielkich wyzwań i bez wielkich celów, ale czy każdy musi je mieć wielkie?

Na mojej osobistej skali dobry film to taki, o którym zdarza mi się myśleć jeszcze przez kilka dni później po obejrzeniu. Film, który zostawia po sobie jakieś obrazy, jakieś słowa, jakieś emocje.
„Świat jest wielki…” jest takim filmem, dlatego oceniam go dobrze. I dlatego serdecznie go Wam polecam.

Related posts