Świętujecie?

Miałam nic nie pisać o Święcie Niepodległości, bo to temat, jak każdy ostatnio, który dotyczy ojczyzny, patriotyzmu z jakichś powodów ostatnio drażliwy, a ja nie lubię poruszać drażliwych tematów. Lubię, kiedy mnie lubią 🙂
Jednak w tych kilku ostatnich dniach kilka spraw i sytuacji złożyło mi się tak jakoś, że się tak poetycko wyrażę, do kupy. I postanowiłam, że jednak spróbuję ten temat podjąć. Na koniec zdecyduję czy to opublikować czy nie.

Dlaczego w ogóle na ten temat piszę

11 Listopada po mszy w Katedrze szliśmy całą rodzinką obejrzeć defiladę i spotkaliśmy moją przyjaciółkę o poglądach zupełnie odmiennych od moich, z którą jednak przyjaźnię się od wielu lat.
Moja przyjaciółka była ze swoim mężem i synem lat zapomniałam ilu, ale na pewno 1.20 m wzrostu, na pewno przedszkolak ( nic nie poradzę, że nie pamiętam takich szczegółów – dobrze, że daty urodzin dzieci i najbliższej rodziny jeszcze nie zapomniałam).
I ta moja przyjaciółka powiedziała: idziemy pokazać Ł. jak wygląda to świętowanie. Normalnie byśmy nie poszli, ale dziecku trzeba pokazać.
Ponieważ, jako się rzekło, znam poglądy mojej przyjaciółki, to „normalnie byśmy nie poszli” oznacza, że to święto jest dla nich obojga czymś, mówiąc delikatnie, niepotrzebnym, lekko śmiesznym.

I od tych słów zaczęło się tak naprawdę moje myślenie o napisaniu jednak na ten temat, ale nie wiedziałam, co napisać.
Potem, wieczorem tego samego dnia, braliśmy udział w ognisku patriotycznym organizowanym przez uczniów ze szkoły moich córek i nie mogłam zaśpiewać żadnej piosenki do końca, bo za każdym razem przy niektórych słowach chciało mi się płakać.
Potem przeczytałam na Facebooku post ojca Lecha Dorobczyńskiego, który opowiadał o wzruszeniu jego i obecnych w kościele podczas śpiewania hymnu. A mnie się przy hymnie zawsze trzęsie broda.
I przypomniałam sobie, że kilka dni temu moja starsza córka zapytała, już nie pamiętam przy jakiej okazji: czy dzisiaj ktoś by się znalazł, żeby walczyć za Polskę?
I potem jeszcze przypomniałam sobie, że jakieś dwa tygodnie temu oglądałam cudny film „Kamerdyner” i wtedy właśnie to wszystko mi się tak jakoś złożyło w całość i pomyślałam, że jednak napiszę. Chociaż, szczerze mówiąc, ciągle nie bardzo wiem, jak to zrobić.

Zacznę od tego, że jest mi smutno

Jest mi smutno, kiedy słyszę takie słowa, albo słowa takie, jak te Michała Urbaniaka:

Wierzę w to, że prawda zwycięży. Sytuacja w Polsce jest trudna i bardzo radykalna. Myślę sobie czasem, czy rozbiory nie były najlepszym rozwiązaniem wobec tego kraju i mówię to z całą odpowiedzialnością

Komentować tego nie będę, ale nawet jeśli to słowa wyrwane z jakiegoś kontekstu, to są co najmniej… szokujące, to chyba najlepsze słowo. Przez 49 lat mojego życia sytuacja w Polsce zawsze była trudna, wiele razy radykalna, ale czegoś takiego nikt nigdy chyba nie powiedział.
Ja lubię te nasze patriotyczne święta. Zawsze lubiłam, od kiedy potrafię coś skojarzyć.
Lubię słuchać tych nielicznych już ludzi, uczestników tej czy innej bitwy, powstania, konspiracji czy po prostu ludzi, którzy przecież wbrew własnej woli musieli walczyć, choćby tylko o własne życie czy o życie bliskich.
Ludzkie historie. Wzruszające, przerażające, pomagające tak wiele zrozumieć, także siebie.
Czy rzeczywiście musimy o nich zapomnieć, żebyśmy mogli dzisiaj poczuć się szczęśliwi?
To powtarzanie, że mamy dość martyrologii, że trzeba patrzeć w przyszłość… A przecież mogliśmy nie mieć przyszłości.
I żeby już tutaj nie dąć za mocno w wielkie trąby o korzeniach, tożsamości i bohaterstwie, to ja to widzę po prostu tak.

Czy gdyby Twoja mama, tata, dziadek, siostra czy brat czy może przyjaciel zrobił coś, co w Twoim odczuciu było dobre, niezwykłe, bohaterskie; coś co spowodowało, że Ty czy ktoś inny dzięki temu czynowi jesteś żywy, zdrowy, szczęśliwy, bogatszy…dopisz sobie, co chcesz.
Czy chciałbyś o tym człowieku zapomnieć czy chciałbyś o nim opowiedzieć innym?
Czy chciałbyś, żeby jego pamięć była szanowana czy chciałbyś, żeby inni z niego drwili, szydzili, robili na jego temat żarty?

To byli ludzie tacy, jak my

Dlatego właśnie ja lubię te nasze patriotyczne święta, dlatego mnie one wzruszają.
Dlatego nie potrafię zaśpiewać żadnej piosenki, bo w tych bardzo prostych słowach są bardzo proste ludzkie historie – marzenia i strach i walka z samym sobą i trudne decyzje. Ja sobie tych ludzi wyobrażam.
Dlatego ja myślę, że te święta są potrzebne, bo dzięki nim oni nie umierają zupełnie, my ich niesiemy w nasz świat, opowiadamy o nich naszym dzieciom. Są tylko na chwilę, ale są. Zasługują na te chwile.
Bo oni przecież nie mieli żadnego wyboru.
Tzn. mieli ten: po której stronie stanąć, podjąć się jakiegoś zadania czy nie, ale nie mogli trzasnąć drzwiami i powiedzieć: mam swoje sprawy, nic mnie to nie obchodzi.
Nie rozpamiętujemy tego wszystkiego przecież na co dzień, ale czy naprawdę moglibyśmy zapomnieć o tych wszystkich powstańcach, którzy w styczniu czy w listopadzie wychodzili ze swoich domów, żeby walczyć? Wyobraźcie to sobie. Zimno, ciemno, wiatr, deszcz, dziecko pyta – tato, gdzie idziesz, kiedy wrócisz? Ty chciałbyś usiąść z ciepłą herbatką, książką. Chciałbyś, żeby było miło.
Czy mamy zapomnieć o  Rotmistrzu Pileckim, albo o świętym Masymilianie Kolbe albo o rodzinie Ulmów i tylu innych ludziach, którzy przecież chcieli żyć? Zupełnie tak, jak my.

My i oni

Nie uważam, że jesteśmy najwspanialszym i wybranym narodem świata. Nie uważam też, jesteśmy najgorsi czy gorsi od innych. Jesteśmy, jak każdy naród trochę tacy, trochę tacy. Mamy piękną i mniej piękną historię, jak każdy naród świata.
Powinniśmy pamiętać o tym, co było złe i ewentualnie, jeśli to jeszcze możliwe wyciągać konsekwencje i przede wszystkim wnioski, ale też musimy pamiętać o tym, co było w naszej historii dobre i o tym opowiadać i o tym pamiętać.
Nie ma w tym, według mnie, niczego śmiesznego, ani wstydliwego, ani wartego drwin.
Jesteśmy, jak, że się tak górnolotnie wyrażę, jak jedna rodzina, ci, których już nie ma i my wszyscy żyjący.
Tu się urodziliśmy, tu żyliśmy i żyjemy, o to miejsce dbamy, bo jest  naszym domem.
My, którzy tu żyjemy i my, którzy stąd wyjechaliśmy z różnych powodów. Moje koleżanki w Anglii nie wstydzą się świętować.
Dlatego, myślę, że i ja i wielu ludzi wzrusza się podczas śpiewania hymnu. Ja to tak czasem czuję, jakby w tym śpiewie było mnóstwo głosów, które śpiewały go dawniej, w tylu miejscach i w tylu trudnych sytuacjach i przy tylu okazjach do radości. Śpiewamy my i śpiewają z nami oni. I to mnie wzrusza.

Related posts

Dodaj komentarz