Toksyczni ludzie. Walczyć czy uciekać

odrzucoan Królewna
foto: Alexas_Fotos

Nie lubię tego określenia toksyczni ludzie. Kojarzy mi się jakoś tak nieludzko. Mam takie uczucie, kiedy to słyszę, jakby chodziło o jakieś istoty z kosmosu, które pojawiają się w naszym życiu i bezrefleksyjnie, bezdusznie, robią wszystko, żeby tylko nam je uprzykrzyć.
A ja mam taką tendencję do dawania ludziom drugiej, trzeciej i dziesiątej szansy.
I bardzo jestem nieszczęśliwa, obolała, kiedy się okazuje, że oni chyba wcale żadnej szansy nie chcą, nie potrzebują, że z niej drwią.
To mnie przez wiele lat zawsze bardzo niemiło zaskakiwało i dręczyło.

Dzisiaj w zasadzie nie mam już większych problemów z takimi ludźmi

Wyczuwam ich jakoś i nauczyłam się nie zaprzątać sobie nimi głowy.
Nie pozwalam sobie na myślenie:
– a może potrzebuje pomocy, bo kiedy chcę pomóc, dostaję w głowę
– a może się zmieni
– a może wcale nie jest taka/taki zły.
Pewnie nie jest zła/zły, ale i tak mnie wykorzysta, osłabi, dotknie. Dlatego na wszelki wypadek uciekam gdzie pieprz rośnie, żeby tylko nie mieć kontaktu z takim człowiekiem.
I nie mam problemu z tym, że nie podejmuję walki. Nie podejmuję, bo wiem, że jej nie mam szansy wygrać z moim charakterem.
Nic na to nie poradzę. A szkoda mi czasu i życia na udowadnianie sobie samej, kosztem siebie samej, że nie jestem wielbłądem.
Niech to wygląda na tchórzostwo. Trudno. Wybieram wewnętrzny spokój.

Niestety moje dzieci tego jeszcze nie potrafią

Szczególnie nie potrafi tego młodsza Królewna.
I bardzo cierpi. I bierze na siebie odpowiedzialność, czuje się winna, szuka  usprawiedliwień. Nie dla siebie, dla siebie jest surowa.
I traci wiarę w siebie.
Próbuję ratować sytuację, dlatego od nowego roku szkolnego moje córki będą znowu chodziły do jednej  szkoły.
Jednym słowem, znowu zmiany.
Wymuszone, niechciane, bo młodsza Królewna nie cierpi zmian, ale niestety konieczne.

Małe dziecko nie jest w stanie w pojedynkę stawić czoła czemuś, co przerasta jego pojmowanie.
Bo jest otwarte i życzliwe, wie, że każdego trzeba szanować i nie wolno nikomu dokuczać. Nie chce donosić na koleżanki i potrafi prawie wszystko wybaczyć. Chce zawsze pomóc i kiedy może pomaga.
Oczywiście, że ja nie wiem, jak zachowuje się moja córka, kiedy mnie z nią nie ma.
Oczywiście, że zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest aż takim aniołkiem, jakim ją przedstawiam, ale wszystko mieści się w granicach normy.
Jak to dzieci, kłócą się o głupoty i za chwilę godzą. Dzisiaj lubią się z jednym, a jutro z drugim. Jedno powie coś niemiłego, obrażają się, potem przepraszają. I wszystko jest w porządku. Tak ma być. Tak dzieci uczą się życia w grupie, w społeczeństwie. Tak się docierają.
Nie jest jednak normalne, kiedy pewnego dnia twoje 10 – letnie dziecko  oznajmia, że już więcej nie pójdzie do szkoły. Że kiedy je zmuszasz, bo trzeba, płacze i wymyśla najprzeróżniejsze powody i wymówki, żeby tego uniknąć.
Nie jest normalne to, że chociaż jest zupełnie zdrowe, bo robisz badania, kontrolujesz na bieżąco sytuację, ono wciąż choruje. Potrafi nawet mieć gorączkę, wymiotować i mieć mnóstwo innych dolegliwości.
Chodzisz od lekarza do lekarza, wszystkie wyniki doskonałe.
A dziecko nie chce iść do szkoły.
I powoli okazuje się, że dzieci się śmieją, bo ubrała nieładną według nich spódnicę, bo pomyliła się przy odpowiedzi na lekcji, bo nie lubi bez ustanku pożyczać swoich kredek koleżance, która swoje nietknięte nosi w piórniku, bo zbuntowała się, kiedy po raz setny musiała podać plecak niczym służąca, jak twierdzi.
Drobiazgi, ale jest z tym sama. Nie ma bratniej duszy, ani małej, ani dorosłej. Ja jestem daleko i nie mogę pomóc.
Rozmowa pomaga, ale tylko do momentu, kiedy trzeba wyjść rano z domu.

Co mogę zrobić

Pełna ufności idę na rozmowę ( oj głupia ty, głupia ty) z wychowawczynią. Proszę o przyjrzenie się sprawie, zbadanie, o co tak naprawdę może chodzić.
Nie mam pretensji, nie złoszczę się, przyszłam po pomoc, liczę na zrozumienie i otwartość na dziecko. I trochę empatii.
Najpierw słyszę, że mała to chyba coś kombinuje, potem córka zostaje wezwana na rozmowę. Pada pytanie – stwierdzenie:
– podobno nie lubisz chodzić do szkoły?
– bardzo lubię, proszę pani (bo ja się mamo bałam powiedzieć prawdę, bo pani by się zezłościła na mnie, a dzieci by się śmiały i mi dokuczały)
Koniec rozmowy.
– Ja rozmawiałam proszę pani z córką i ona twierdzi, że nie ma żadnego problemu.
Opad rąk i wszystkiego, co może ewentualnie opaść.
Dziecko nie chce chodzić do szkoły. Histeria, płacz i zgrzytanie zębów.
– Mamo ty nie wiesz, jak to jest.
I faktycznie nie wiem, bo skąd? Ja miałam szczęście do koleżanek i kolegów i przede wszystkim do nauczycieli.

Dobrze, że to już koniec roku

Najdziwniejsze i najstraszniejsze z tymi toksycznymi ludźmi jest to, że oni są w zasadzie niby mili, a jednak ma się ochotę uciec od nich jak najdalej.
Że kiedy chce się porozmawiać o tym, czego od nich doświadczasz, opowiedzieć w czym tkwi problem, to właściwie nie wiadomo, jak to zrobić.
No, bo jak to? Taka miła osoba? Niemożliwe. Kiedy, jak?
Nie wiem jak. Też nie rozumiem, ale oni potrafią patrzeć Ci w oczy, uśmiechać się i wbijać szpile w najdelikatniejsze miejsce. A potem pytać z udaną troską: boli cię, kiedy ktoś z boku patrzy. Jesteś z jednej strony wściekły, a z drugiej bezsilny.
Mam nadzieję, że robię dobrze.
Mam nadzieję, że tak, jak starsza Królewna odnalazła się w nowej szkole doskonale i jest dzisiaj naprawdę szczęśliwa, a po dawnych kłopotach i strachu nie ma śladu, tak samo będzie z młodszą.
Mam nadzieję, że polubi szkołę, że znajdzie przyjaciół, dobrych pedagogów i będzie bezpieczna.
Ktoś mi powiedział, że to ucieczka.
Ktoś mi też powiedział, kiedy przeżywaliśmy podobną historię ze starszą córką, że jeszcze przyjdzie czas na walkę i rozwiązywanie takich dylematów.
I ja się  z tym zgadzam.
Szczęśliwe, bezpieczne dziecko radzi sobie o wiele lepiej niż to, które jest nieszczęśliwe i czuje się osamotnione i odrzucone.
Trzymajcie kciuki za nasza Królewnę.

Post Scriptum

A tak swoją drogą szkoła, ta, którą poznałam, jawi mi się dzisiaj jako bardzo niebezpieczny twór dla małych wrażliwych, wychodzących trochę poza sztywne ramy ludków.
Nie jako instytucja, jako część systemu, ale jako miejsce, w którym dorośli ludzie nie chcą widzieć i słyszeć, albo są po prostu obojętni. Nie wszyscy oczywiście, ale ci niestety są chyba, albo po prostu mamy pecha, w mniejszości.
Dzisiaj mam porównanie i wiem, że może być inaczej i że nie potrzeba do tego właściwie nic poza poświęceniem uwagi, sercem i wrażliwością, choć system taki sam dla wszystkich.
Niczego więcej poza chęcią dostrzeżenia w każdym dziecku, jakie by nie było, czegoś dobrego, co pozwoli mu uwierzyć w siebie i poczuć się dobrze w grupie.
Tylko tyle i jak się okazuje, aż tyle.
Uciekamy więc w nadziei na lepsze.
Dacie znać czy zdarzają się Wam podobne historie i jak Wy sobie radzicie w podobnych sytuacjach?

Related posts