face to face
foto: geralt

Pewna młoda dziewczyna napisała na Facebooku:
” Nie potrzebuję skrzydeł by latać, potrzebuję ludzi, dzięki którym nie upadnę”
I niech to będzie myśl przewodnia tego, co chcę dzisiaj napisać.

Spotkanie pierwsze.
Pojechałam do szkoły po starszą córkę. Po drodze do samochodu zgarnęłyśmy nauczycielkę muzyki, cudną siostrę Mariolę.
Kiedy tak szłyśmy i rozmawiałyśmy, z naprzeciwka nadszedł chłopak, uśmiechnięty od ucha do ucha gimnazjalista.
Przywitał się i zawołał: jak miło Siostrę widzieć.
Wracał do domu, ale zawrócił, żeby sobie chwilę porozmawiać.
Spojrzał  na mnie i powiedział: ale pani ładnie wygląda, ma pani bardzo ładną bluzkę.
Podziękowałam ładnie, ucieszyłam się, a jakże.
Za chwilę dodał jeszcze: i ma pani bardzo ładną biżuterię, ładnie się komponuje z tym wzorem na bluzce.

Jak on dostrzegł tę moją ” biżuterię” – jeden pierścionek i cieniutką bransoletkę, to nie wiem, bo rozdzielała nas Siostra Mariola, a ja wszystko noszę na prawej ręce, ale dostrzegł.
I w sumie nic wielkiego, takie głupotki, ale człowiek się jakoś lepiej czuje, uśmiecha i w ogóle  jest po prostu miło.
Okazało się, że chłopak sam robi biżuterię i obdziela nią nauczycielki i koleżanki w szkole.
A w ogóle, to ma Zespół Jakiś Tam, nie pamiętam jaki i podobno zawsze jest taki wesoły.

Spotkanie drugie
Dawno temu pracowałam krótko w Domu Pomocy Społecznej.
Zostałam oficjalnie zatrudniona jako osoba do organizowania czasu wolnego mieszkańców. Miałam z nimi tańczyć, śpiewać, tworzyć teatrzyk i inne ciekawe rzeczy.
W praktyce wszystko wyglądało inaczej: kąpałam ich, je, bo panami opiekowali się panowie, czesałam, pomagałam w różnych podstawowych czynnościach, czasami rozmawiałam. To, do czego zostałam oficjalnie zatrudniona robiłam może dwa razy.
Czułam się oszukana, tym bardziej, że miałam jakieś 25 lat i nie potrafiłam się przełamać, żeby opiekować się tymi najbardziej chorymi. Wszyscy oni byli niepełnosprawni umysłowo, a część z nich także fizycznie i to było najgorsze.
Tego nie byłam  w stanie przejść – musiałam stamtąd odejść. Miałam potworne wyrzuty sumienia z powodu tej mojej słabości, ale nie dałam rady. Dzisiaj może byłoby inaczej, nie wiem.
W sumie jednak, mogę powiedzieć, że dobrze się wtedy stało, że się tam w ogóle znalazłam, bo tak pięknej pracy nie miałam już nigdy potem.

To było okropne miejsce. Stary budynek domagający się remontu. Nie domykające się okna, wysokie sale z czarnymi sufitami. Zimne korytarze i wszędzie jakiś okropny zapach moczu i środków dezynfekujących.
I „moi” podopieczni czekający na mnie zawsze gdzieś w okolicy wejścia, albo w drzwiach sali sypialnej.
Szczególna była trójka „wielbicieli” – dziewczyna, która nie mówiła, ale była niesamowicie gadatliwa. Wciąż za mną chodziła i domagała się nieustannie uwagi. Pokazywała coś, wydawała jakieś nieokreślone dźwięki, gestykulowała, wciąż mnie szturchała, żebym z nią rozmawiała.
Inna dziewczyna z Zespołem Downa, najbardziej uśmiechnięty człowiek, jakiego w życiu spotkałam. Kiedy przychodziłam, natychmiast chciała ze mną tańczyć. A poza tym co chwilę podchodziła, żeby się przytulić.
I człowiek – zagadka. Mężczyzna, który nie wiem, ile miał lat. Był duży, miał nadwagę i nie odzywał się. Nie wiem czy mówił, ale na pewno się nie odzywał i prawie nie poruszał. Miał zawsze ponury wyraz twarzy.
I pewnego razu postanowił mi pokazać, że mnie lubi chyba.Podszedł do mnie, objął mnie i tak ścisnął, że gdyby nie interwencja dziewczyny z Downem, chyba by mnie udusił.
Od tamtego dnia, zawsze witał mnie pomrukiem i krótkim uśmiechem.
Na koniec mojej kariery w tym Domu pojawiła się jeszcze mała, chudziutka babuleńka. Malutka, przygarbiona, zawsze w czarnej sukience. Zawsze smutna.
Nie pamiętam już, jak to się stało, że dowiedziałam się, że marzy o torebce i przyniosłam jej z domu starą torebkę mamy.
Nikt nigdy nie był mi za nic tak wdzięczny, jak ona.
Od tamtego dnia chodziła za mną, jak cień. Z tą torebką, przygarbiona. Nic nie mówiła, nigdy się nie uśmiechnęła. Kiedy musiałam wracać do domu, stała przy drzwiach ze łzami w oczach i machała mi na pożegnanie. A następnego dnia stała w tych samych drzwiach i kiedy wchodziłam, natychmiast za mną ruszała.

Ci ludzie byli bardzo samotni. Rodziny albo ich nie odwiedzały wcale, albo bardzo rzadko. Personel z reguły uodporniony i stąpający mocno po ziemi – o mnie panie mówiły: popracujesz, to Ci przejdzie.
Ci ludzie byli otumanieni przez leki, kto wie, co dręczyło ich umysły, ale potrzebowali przynajmniej odrobiny miłości, wystarczył im mały okruch zainteresowania.

Spotkanie trzecie
– Proszę Pani, da mi pani parę groszy? Zbieram na jedzenie dla dzieci.
Zaglądam do portfela i widzę tam to, co zwykle, nie dam przecież człowiekowi żółtych groszaków. Ostatniej stówy też nie.
– Nie mam pieniędzy proszę pana, nie mogę Panu nic dać.
– To może kupi Pani pampersy dla dziecka, albo Bebiko?
– ?
– Bo ja mam małe dzieci.

Mężczyzna ma ciemną skórą i włosy. Chodzi o kuli i naprawdę bardzo kuleje. Jest czysty i grzeczny.
Chwilę się zastanawiam i mówię:
– dobrze, pójdę do sklepu i kupię, co trzeba. W jakim wieku są dzieci?
Mężczyzna wszystko wyjaśnia i chce iść ze mną, ale mówię, że sama zrobię to szybciej, a rzeczywiście nie mam czasu.
On markotnieje i wygląda, jakby uszło z niego powietrze. Nie wierzy mi, że wrócę.
Kiedy wracam, uśmiecha się do mnie już daleka i chyba kamień spada mu z serca.
Następnym razem opowiada, że przyjechali z żoną z Rumunii, pracował nielegalnie i spadł z jakiegoś rusztowania, ma pogruchotany kręgosłup czy biodro, nie pamiętam.
Mówi, że trudno mu było nauczyć się polskiego, ale mówi bardzo dobrze.
Mówi, że złożył wniosek o stały pobyt w Polsce, że chce posłać dzieci do przedszkola, a potem do szkoły.
Mam nadzieję, że mu się uda, wierzę, że to, co opowiada, to prawda.
Innym razem kupuję trochę jedzenia, ktoś przynosi pampersy, ktoś zabrał go na zupę.

To wszystko działa w dwie strony. Zawsze.
Ja podtrzymuję i  jestem podtrzymywana. Może ludzie, o których opowiadam już zapomnieli o moim istnieniu, a inni zapomną niebawem, ale ja pamiętam.
I mam nadzieję, jeszcze trochę będę pamiętać.

Kiedyś, już dawno, ktoś mnie zapytał: jak robisz coś dobrego dla kogoś, to robisz to dla niego czy dla siebie?
Tak zupełnie szczerze, to nie wiem, jaka jest kolejność.
Jeśli czegoś nie zrobię, mam wyrzuty sumienia, a nie lubię ich mieć, ale najpierw chyba jest współczucie i to wyobrażenie samej siebie w podobnej sytuacji.
Myślę, że kolejność jest sprawą drugorzędną, bo wszyscy i tak jesteśmy ze sobą powiązani.

14.06. 2017 mała aktualizacja dotycząca pana z Rumunii. Doszły mnie słuchy, że moja wiara w to, co mówi, a przynajmniej w jeden z elementów jego opowieści została trochę nadwyrężona.
Zastanawiam się, co z tym fantem zrobić i chyba nic nie zrobię.
Jest mi smutno, ale mam nadzieję, że chociaż część z tego, co mi opowiedział jest prawdą.
Wiem, że niektórych ludzi to śmieszy, czasem złości, ta moja naiwność, ale wolę taka być niż odwrócić się kiedyś plecami do kogoś, kto będzie naprawdę potrzebował pomocy.
Chociaż wkurza mnie to za każdym razem, kiedy daję się nabierać.

2 thoughts on “Trzy spotkania

  1. To jest bardzo ważne, żeby pochylić się nad drugim człowiekiem, bezinteresownie, bez obliczania korzyści, z miłością. To jest taki banał, że dobro wraca. Wraca w każdej minucie życia, warto je dostrzec, żeby się za szybko nie zniechęcić, oczekując na nagrodę. Pozdrawiam ciepło 🙂

    1. Ponieważ to dobro, jak piszesz, a ja się z tym zgadzam, wraca tak często, to i oczekiwanie nie jest takie straszne.

Dodaj komentarz