Wakacyjne lektury

książki do przeczytania w wakacje

No cóż. Nie będę wyjątkowo oryginalna pisząc 22 lipca, że wyjeżdżam na wakacje. Nie będę również oryginalna pisząc, że zabieram ze sobą książki.
To ze zdjęcie ( sama robiłam, dlatego jest takie, jak każdy widzi).

Wakacyjny wyjazd bez szaleństw. Znane do szpiku kości miejsce, ale zostałam przegłosowana: bo basen mamo, bo klimat Magda czy mikroklimat, już nie wiem, bo z psem można ( jakby gdzie indziej nie można było), bo niedrogo, a ładnie i dobrze.
No fakt, ale chciałoby się w jakieś nowe miejsce.
Może za rok? A tymczasem postanowiłam, że skoro tak, to ja też chcę z tego wyjazdu mieć coś dla siebie i zabieram książki. Więcej niż zwykle. I do tego jeden audiobook w telefonie.
I zamierzam sobie siedzieć i czytać. Albo leżeć i czytać…. i słuchać.
W przerwach pomiędzy pływaniem, nurkowaniem nie moim wcale, bo ja zawsze za szybko wypływam na powierzchnię i:  popatrz mamo, jak skaczę, popatrz. Widziałaś?
Widziałam, widziałam, bo cały czas patrzę. Pięknie było.

Chodzić za wiele nie można ze względu na Marysiną nogę, która była w gipsie i o którą przez najbliższy rok trzeba bardzo dbać, więc wszystko się zamknie w obrębie domku, basenu, strumyka szumnie zwanego potokiem i parku rozrywki.
Dlatego też zamierzam więcej czasu poświęcić na to, co lubię chyba najbardziej czyli na czytanie.
Zestaw w zasadzie bardzo przypadkowy, albo raczej taki od sasa do lasa, ale ja zawsze tak czytam.

Jedna książka od koleżanki „Pustelnik z lasu Eyton” Ellis Peters. To taki średniowieczny kryminał z pewnym interesującym mnichem-detektywem w roli głównej. Jedną część, bo to jest cała seria,  czytałam i podobała mi się. To taka książka, którą się czyta jednym tchem i w sumie szybko zapomina, ale czasem i takie warto sobie poczytać. Bardzo lubię takie historyczne klimaty.

Jedna zamówiona własnoręcznie „Kiedy twoja złość krzywdzi dziecko”Patrick Fanning, Matthew McKay, Kim Paleg, bo znalazłam na jakiejś stronie dla rodziców i chociaż z reguły nie czytuję poradników, to ten spróbuję przeczytać. Bo mało idealną mamą jestem, bo nie radzę sobie czasem ze złością, bo często moje dzieci potrafią wyprowadzić mnie z równowagi. Poradnik tego za mnie co prawda nie załatwi, ale może są jakieś triki do zastosowania, których nie znam?

Kolejna książka „Boży skalpel” Marka Zaremby dlatego, że coraz bardziej interesuję się tym, jak bardziej naturalnie i zdrowo żyć. Trafiłam na pana Marka Zarembę, wysłuchałam kilku jego wykładów, posłuchałam, co proponuje i uznałam, że to jest fajne i możliwe dla mnie do zrealizowania i może do wciągnięcia w to reszty rodziny. I od tego właśnie się zaczęło. A dopiero teraz podczas lektury ( bo już zaczęłam czytać) okazuje się, że to ma o wiele głębsze dno i większy sens, nie tylko ten fizyczny, a może nawet wcale nie przede wszystkim fizyczny. Że chodzi w tym wszystkim o coś wiele większego i ważniejszego, ale o tym napiszę, kiedy już przeczytam.

Dwie książki to nabytek biblioteczny: „Jeszcze nie wieczór” Kiry Gałczyńskiej, córki Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator. Pierwsza, bo nazwisko i zainteresował mnie fragment, który sobie przeczytałam. Po prostu.
Druga, bo tytuł wydał mi się znajomy i przypomniałam sobie, że kiedyś chciałam ją przeczytać. A do tego postanowiłam sobie po poczytaniu Izabelli Frączyk, że poznam trochę lepiej nasze rodzime współczesne autorki.

No i tyle. Mam jeszcze kilka tytułów, ale na wakacyjny wyjazd średnio się nadają, bo są z tych, co to się siada w wygodnym fotelu z kubkiem czegoś dobrego, a za oknem pada deszcz, albo śnieg, albo chociaż wieje wiatr. Zresztą pewnie nie uda mi się przeczytać wszystkiego, ale i tak się cieszę, że mogę je zabrać, że będę miała więcej czasu na czytanie, że będę miała więcej czasu na patrzenie i rozmawianie i na nic nierobienie.
Jak ja się z tego bardzo cieszę.
Życzę wszystkim wspaniałych wakacji, takich, jakie najbardziej lubicie.

Ps. Na zdjęciu są jeszcze dwie książki, o których zapomniałam napisać.
Jedną może kiedyś przeczytam, ale na razie chyba jednak nie, bo nie po drodze mi za bardzo z panią, która się bawi laleczkami, w które wbija szpilki, tzn. czytałam już kiedyś jedna jej książkę i uważam, że jest zupełnie dobra, ale naprawdę trochę się zniechęciłam i musi upłynąć trochę wody, zanim zapomnę o tej laleczce, co to ją sobie pani autorka zrobiła.
I tak to jest, kiedy się ludzie zajmują nie tym czym powinni, o czym już zresztą jakiś czas temu pisałam ( choć oczywiście mają do tego pełne prawo – ich wybór).

I jeszcze mała książeczka na samej górze. To taka książeczka do czytania po małym kawałeczku, po jednym zdaniu nawet czasami i do myślenia. Biorę, bo warto sobie pomyśleć nie tylko o tym, co trzeba jeszcze zrobić, albo co kupić 🙂
I to by było na tyle, a teraz jedziemy i odpoczywamy.

Related posts