Wycieczka do Berlina

Opowiem Wam dzisiaj o tym, jak spędziłyśmy jeden z ostatnich weekendów ze starszą Królewną w Berlinie.
Nie była to wycieczka krajoznawcza, a weekend niby razem, a jednak osobno.
Opowieść nie będzie  z rodzaju tych, jakie  możecie spotkać na blogach podróżniczych, już choćby z tego powodu, że jak to ja, zapomniałam zrobić jakieś fajne zdjęcia.
Tak byłam zaabsorbowana patrzeniem, słuchaniem, podziwianiem i pilnowaniem, bo pojechałam jako opiekunka, że zapomniałam o zdjęciach.
A i nasz pobyt nie był obliczony na poznawanie niezwykłych miejsc, bo pojechałyśmy tam ze szkolną orkiestrą „Smyki”, ale co nieco spróbuję opowiedzieć. Na tyle malowniczo, na ile potrafię, żebyście i bez zdjęć mogli coś zobaczyć.

Ten wrześniowy wyjazd to kontynuacja współpracy, o której już wcześniej pisałam przy okazji „Dziadka do orzechów” i „Per Gynta„. Nasza opolska Szkoła Muzyczna współpracuje z berlińskim Gimnazjum Humboldta,  a dokładnie rzecz biorąc z ich orkiestrą szkolną.
W czerwcu Niemcy byli u nas, teraz był czas na rewanż. A celem był wspólny koncert i wykonanie „Carmen” Bizeta.
Wyjechaliśmy w środę rano, wróciliśmy  w niedzielę późnym popołudniem.
W sobotę odbył się koncert, który wbrew zdrowemu rozsądkowi naprawdę się udał.

Dlaczego wbrew rozsądkowi?

Dlatego, że całe przedsięwzięcie jest, jak to mawiają dzieciaki, mega trudne.
Nasza orkiestra ćwiczy od ubiegłego roku szkolnego jedną część utworu, niemiecka ćwiczy drugą część utworu.
Spotkanie w Berlinie było pierwszym wspólnym wykonaniem całości. Wspólnym wykonaniem po dwóch, tak naprawdę, próbach. Intensywnych, a nawet bardzo intensywnych, ale jednak tylko dwóch!
Na dodatek niemieckie dzieci nie mają takiego komfortu, jak nasze.
Ich orkiestra powstała przy szkole, w szkole odbywają się zajęcia z teorii muzyki, ale grania dzieciaki uczą się prywatnie.
I z tego, co opowiadają nasze dzieci, w domach ćwiczą raczej niewiele.
Rzeczywiście, nawet dla takiego niewprawionego ucha, jak moje, słychać różnicę w graniu.
A jednak koncert  w sobotę był piękny i wszyscy dali z siebie 100 procent tego, co mieli najlepszego.
Jasne, że można się było do wielu rzeczy przyczepić, tylko, że w całym tym przedsięwzięciu nie perfekcyjne wykonanie jest priorytetem, choć każdy stara się najlepiej, jak potrafi.

Co w takim razie stanowi cel takich spotkań?

Myślę, że samo spotkanie.
Pięknie jest obserwować to, jak dzieci się ze sobą zaprzyjaźniają, jak sobie pomagają, nawet bez słów. Bo nasze dzieci niestety słabo mówią po niemiecku, a niemieckie po angielsku nie lepiej, a po polsku wcale, z jednym wyjątkiem, o którym opowiem później.
A jednak wraz z upływem czasu ich stosunki były coraz lepsze i coraz serdeczniejsze. I coraz szersze.
Bo przy pulpicie siedziało się z jednym kolegą, a mieszkało się w domu u zupełnie kogoś innego.
Podobnie sprawy się miały z nowymi członkami naszej orkiestry, którzy na początku bardzo nieśmiali przy powrocie wyglądali i zachowywali się zupełnie inaczej.
I najpiękniejsze jest w tym wszystkim to, jak oni się ze sobą integrują. Jak potrafią rozwiązywać konflikty, jak się sobą nawzajem opiekują. A przekrój wiekowy to 10 – 19 lat.
Dla mnie to było 5 wspaniałych, pięknych dni.

Berlin

Ta część, którą zobaczyłam, czyli dzielnica Hermsdorf bardzo mi się podobała. Stare kamienice, wille, sklepiki, małe kawiarenki, mnóstwo zieleni, parki. Jesień jest równie piękna u mnie w Opolu, jak i w Berlinie 🙂
Przed wyjazdem wyobrażałam sobie Berlin jako niebezpieczne, bardzo ruchliwe i zatłoczone miasto.
I kiedy się już wyjedzie trochę dalej z tej pięknej dzielnicy, to rzeczywiście taki jest. Szybki, tłoczny, niezbyt pięknie miejscami pachnący. Na szczęście w centrum spędziliśmy zaledwie jeden dzień.
Za to pierwszego wieczoru naszego pobytu, Marina, jedna z nauczycielek, u której mieszkałam, zabrała mnie na przejażdżkę po Berlinie. I pokazała mi wszystkie swoje ulubione, a nawet chyba ukochane miejsca. Marina mieszka w Berlinie od urodzenia i widać, że kocha swoje miasto.
To był piękny wieczór. Pomimo tego, że z powodu naszego słabego angielskiego właściwie nawet nie zapamiętałam tych wszystkich miejsc, w których byłyśmy (bo skupiałam się po prostu na zrozumieniu i ewentualnej odpowiedzi) to jednak kilka utkwiło mi w pamięci.

kamienny most w Berlinie
foto: Stephanie

Schlossbrücke czyli Kamienny Most na Szprewie. Zdaje się, że w pobliżu znajduje się Opera Berlińska, a na pewno Zamek Charlottenburg (poniżej)

jesień w Berlinie
foto: schaerfsystem

Miasto jest wielkie, czyste, budowle ogromne. Te nowoczesne niekoniecznie piękne. Wielka biblioteka, którą mijaliśmy po drodze w czasie naszego piątkowego spaceru, zrobiła na mnie wrażenie wielkiej, zimnej bryły.
W ogóle Niemcy lubią chyba takie bryły, bo Pomnik Holocaustu wygląda tak

Labirynt
foto: cocoparisiene

Trzeba jednak przyznać, że wejście do środka tego labiryntu robi niesamowite wrażenie. Największe chyba robi ta cisza wewnątrz pomimo wielkiego ruchu i hałasu wokół. Ciekawy pomysł mimo wszystko.
Te stare budowle przepiękne, ale równie monumentalne. Niesamowite wrażenie robi Reichstag, który odwiedziliśmy.
Dzieci miały największą frajdę przy przechodzeniu przez bramki. Wejść można oczywiście jedynie do wieży widokowej ciekawie skonstruowanej.
Z dołu do góry wchodzi się po ślimaku. Przy wejściu każdy dostaje urządzenie ze słuchawką. Lektor opowiada historię Reichstagu i okolicy, którą można obserwować wchodząc do góry, bo wieża jest przeszklona. Okazuje się, że cała okolica, jak okiem sięgnąć to budynki rządowe i konsulaty. A przy tym jest tam również całe morze zieleni.
Obok Bramy Brandenrburskiej tylko przebiegliśmy, bo zerwał się niesamowity wiatr i zanosiło się na potężną burzę. Szczerze mówiąc nie zrobiła na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia.
Wyobrażałam sobie, że wokół niej jest pusto, jest przestrzeń, a tu się okazuje, że wcale nie i na dodatek z jednej strony stoją rusztowania, bo trwa remont. I na dodatek jeszcze na samym środku placu przed nią stoi na stołku całkiem goły facet i prawdopodobnie przeciwko czemuś protestuje. Hmm…
A tak na marginesie, to chciałam wspomnieć, że w Berlinie, podobnie, jak w Opolu i pewnie w nie jednym mieście w Polsce remont na remoncie. Przejechać trudno, korki wszędzie, ulice pozamykane, objazdy.
W ogóle podziwiam berlińskich kierowców, bo takiej ilości rowerzystów, na których na każdym kroku trzeba uważać, bo ścieżki są wszędzie, a oni zawsze mają pierwszeństwo, to jeszcze nie widziałam.

No, to jeszcze kilka słów o ludziach

I znowu. Wyobrażałam sobie Niemców, jako ludzi hermetycznych, zamkniętych we własnym świecie, w swoich czterech ścianach. A tu niespodzianka. Weseli, roześmiani, chętni do pomocy i do rozmowy. I gościnni. I okazuje się, że bardzo lubią, nie wiem czy wszyscy są tacy, ale ci, których poznałam na pewno, bardzo lubią się spotykać. Zjeść wspólnie kolację, napić się wina, piwa i rozmawiają. Bardzo dużo rozmawiają.
W szkole, z którą współpracuje nasza orkiestra, jest sporo dzieci o narodowości na pewno nie niemieckiej. Jest zdaje się nawet osobna klasa dla imigrantów. Z tego, co zrozumiałam dzieci uczą się w niej przez rok, a potem dołączają do pozostałych klas. Wygląda na to, że dogadują się zupełnie dobrze.
A jeszcze, to pewnie będzie znane tym, którzy podróżują po świecie. Idziemy grupą przez Berlin i nasz kontrabasista zobaczył chłopaka z kontrabasem i woła inteligentnie: kontrabas. Tamten na to: cześć. Pomachali sobie, usmiechęli się i jeszcze przez chwilę był temat do rozmowy.
W Reichstagu kilka osób rozdaje urządzenia do tłumaczenia. Podchodzimy do młodej pani i mówimy: polish, a pani na to z szerokim uśmiechem: proszę bardzo. Gdyby coś było nie w porządku, proszę przyjść, to wymienię.
Jedziemy metrem i na jednej ze stacji wchodzi człowiek z gazetą i coś bardzo szybko mówi. Nikt z nas nie wie o co chodzi. I wtedy jedna z pań siedzących obok, mówi: ten pan jest bezdomny i sprzedaje gazetę bezdomnych. Jest nawet ciekawa.
I sama nie wiem czemu, bo nie było mnie w domu raptem 5 dni, ale to jest naprawdę miłe spotkać rodaka daleko od domu.
Za rok kolejny projekt i kolejny wyjazd. Nie wiem czy pojadę znowu, ale cieszę się, że mogłam przeżyć te piękne chwile w pięknych miejscach i z pięknymi ludźmi, chociaż moje obserwacje są na pewno pobieżne, bo w pięć dni trudno poznać dobrze miejsce.
I mam jeden wniosek podstawowy z tej podróży: pora nauczyć się chociaż jednego języka dobrze, bo to niesamowicie irytujące chcieć dowiedzieć się wielu rzeczy, chcieć powiedzieć tyle rzeczy i nie móc tego zrobić.
Z Mariną mamy wiele wspólnych tematów i chciałabym mieć okazję móc z nią porozmawiać swobodnie.
Podróże kształcą, prawda 🙂

 

Related posts