Zmęczenie też bywa inspirujące

Wiecie co? Czuję się zmęczona. Tak naprawdę dogłębnie, potwornie zmęczona.
Fizycznie też, bo ciągle za mało śpię, ale chyba przede wszystkim psychicznie.

Jestem zmęczona sobą. Tym, że ciągle sobie nie radzę z wieloma rzeczami, sprawami, ludźmi.
Jestem zmęczona dziećmi, bo weszły w okropny czas, kiedy nie można się z nimi wcale porozumieć, bo wszystko wiedzą lepiej i co gorsza, nie chcą rozmawiać. Tym szukaniem sposobów, jakby tu dotrzeć, domyślaniem się, zażegnywaniem, naprawianiem i robieniem z siebie pajaca, bo tylko wtedy odpuszczają. Chociaż to akurat nie jest wcale takie ciężkie 🙂
Jestem zmęczona sytuacją w Polsce, bo ciągle ktoś z kimś się kłóci, obrzuca błotem, drwi, kpi, obraża.
Jestem zmęczona światem, w którym ciągle giną niewinni ludzie tylko dlatego, że wierzą inaczej niż ich zabójcy czy może tylko dlatego, że w ogóle wierzą. Nie wiem.
Jestem zmęczona słuchaniem i oglądaniem wiadomości, oglądaniem Facebooka i zakatowanych psów i chorych śmiertelnie dzieci i samotnych, chorych  mam, które błagają o pomoc, żeby móc swoje dzieci wychować.

Jestem zmęczona oglądaniem ślicznych dziewcząt i pań, chłopców i panów, którzy mają wszystko piękne od zębów, po czubki butów i mieszkają w pięknych domach i mają pięknych partnerów i piękne dzieci i jeżdżą super pięknymi  i wspaniałymi samochodami i mają cudowne wręcz zajęcia, dzięki którym zarabiają wspaniałe pieniądze i za te pieniądze spełniają swoje najskrytsze marzenia i zwiedzają wspaniały świat i dzielą się tym wszystkim ze mną, mój Boże.
I jeszcze przepraszam, mają cudowne, śliczne i wspaniale wychowane od kołyski dzieci, które pięknie uśmiechają się do zdjęć i są zawsze cudownie wręcz i modnie ubrane. No i nigdy nie sprawiają najmniejszych kłopotów, bo wystarczy tylko łagodnie powiedzieć: kochanie nie rób tego, mamusi nie podoba się twoje zachowanie. Są cudowne nawet, kiedy się przewrócą prosto w kałużę. No tak, to przecież najlepsza zabawa, a ile potem radości z prania przecież jest.

No i może myślicie teraz, że ja jestem taka złośliwa zołza, co to zazdrości innym tego wspaniałego życia, bo takiego sama nie ma i dlatego to wszystko pisze, albo jestem nieczuła na nieszczęście innych i dlatego marudzę.
To ja powiem tak. Jest możliwe, że jestem zołzą i że jestem złośliwa, ale nie piszę tego dlatego, że czegoś komuś zazdroszczę.
Niech  sobie ludzie prowadzą takie życie, na jakie mają ochotę i robią to, co daje im szczęście.
Nie jestem też chyba nieczuła.
Piszę tylko, że jestem zmęczona oglądaniem tego wszystkiego.

To nie jest kwestia braku uczuć, zazdrości czy czego tam jeszcze. To jest kwestia nadmiaru. Za dużo tego wszystkiego, jak na moją biedną głowę i serce.
Za dużo informacji. Za dużo spraw, na które nie mam żadnego wpływu. Nie mogę pomóc, nie mogę niczego doradzić, nie mogę nikogo w niczym wyręczyć. Niczego dać, poza słowem, które najczęściej nie ma żadnego znaczenia w sytuacji, kiedy ktoś jest naprawdę nieszczęśliwy.
Te wszystkie sprawy, obrazy, dźwięki wpadają we mnie i zostają i  potem przypominają mi się w nieodpowiednim momencie, śnią mi się, nie mogę ich z siebie wyrzucić.

I wiecie, co? Wiązałam dużo nadziei z minioną Wielkanocą. Bardzo chciałam, żeby w Święta lub po
Świętach stało się to, na co się przez cały Post przygotowywałam, co sprawi, że będę mogła swój świat uporządkować, że coś się we mnie zmieni, że będę w stanie oderwać się od tego, co mnie tak męczy, odnaleźć sposób na poprawę jakości naszego życia, naszej codzienności.
Nie wiedziałam, jak by to miało wyglądać, nie spodziewałam się, że usłyszę: wstań i chodź, ale
nie musiałam długo czekać. Bo właśnie przed chwilą, przypadkiem, trafiłam na taki tekst:

Pewien król w Starym Przymierzu śmiertelnie zachorował i prosił Boga o uzdrowienie. Bóg powiedział: dobrze. Dodaję do twojego życia pięć lat. Co z tym czasem zrobisz? To jest clou. Co z tym czasem zrobisz? (ks. Jan Kaczkowski)

Tak, oczywiście, że ja już przynajmniej kilka razy słyszałam podobne słowa. Czy to nie był jeszcze czas na to, żeby one do mnie dotarły?
W każdym bądź razie tym razem dotarły, a przynajmniej tak mi się wydaje, Tym razem zmusiły mnie do malutkiej refleksji i do postanowienia: spróbuję od rana.
Od rana kolejny dzień, będzie ostatnim dniem mojego życia.
Jak to sobie wyobrazić? Bez strachu? I dobrze  wykorzystać, a może raczej przeżyć każdą sekundę nowego, jedynego na Ziemi i niepowtarzalnego dnia?

Nauczyliśmy ludzi myśleć o przyszłości, jako o ziemi obiecanej, którą zdobywają wyróżnieni bohaterowie – nie jako o czymś, co każdy osiąga z szybkością sześćdziesięciu minut na godzinę, niezależnie od tego, czym się zajmuje i kim jest.
(Listy starego diabła do młodego” C.S. Lewis)

Może to jest właśnie takie proste? Zobaczyć nareszcie każdą minutę, każdą godzinę, każdy dzień?
Nie zabijać czasu, nie gapić się, nie zaśmiecać umysłu niczego nie wnoszącymi informacjami, tylko przeżywać swoje życie? Z innymi, dla innych?
Znaleźć trochę ciszy, żeby odpocząć? Bez względu na okoliczności.
To nie jest wyzwanie, to nie jest challenge :-)). To jest potrzeba.

Czy Wy wierzycie w przypadki 🙂

Ps. Ja wiem, że ja się powtarzam, bo taki stan powtarza się u mnie z jakąś regularnością. Nie udało mi się zaobserwować czy to się zdarza wiosną czy  jesienią, czy może i tu i tu, bo słabo mi idzie obserwowanie samej siebie.
Co robić. Człowiek jaki jest, każdy widzi. Stara się, a potem przestaje, znowu wraca, robi mały postęp i znowu zapomina, nudzi się. A potem znowu szuka i odkrywa Amerykę i cieszy się, jakby ją rzeczywiście znalazł.
Nigdy nie będziemy idealni, ale chyba dobrze, że nam się zdarzają takie momenty 🙂

 

Related posts

Dodaj komentarz