Życie bez chemii?

Zdrowy styl życia, naturalny styl życia, zero waste, wegetarianizm, weganizm, jogging, minimalizm, slow life… 🙂

Mnóstwo tego i trochę się w tym gubię. I na dodatek, tak, jak kiedyś miałam wrażenie, że cały świat składa się z różnej maści ekspertów i ludzi, którzy wszystko wiedzą lepiej ode mnie na tematy zarabiania, samorozwoju, funkcjonowania w przestrzeni Internetu, tak teraz wszyscy dzielnie stanęli do walki o zdrowie. Fizyczne i psychiczne. Wszyscy są eko i bio.  Wszyscy dbają o siebie i środowisko wokół. Nie wiem tylko, dlaczego wszędzie, gdzie się nie ruszę widzę śmieci.
No, ale dobra, nie będę się czepiać.
Nie będę o tym pisać. Jest tego bardzo wiele w Internecie, mnie tu nie potrzeba. Będę za to pisała o tym, co ostatnio mnie najpierw przeraziło, potem zachwyciło, nad czym się właściwie nie zatrzymywałam, chociaż gdzieś słyszałam dzwony.
Będę pisała o tym, co dopiero „odkryłam”, czego dopiero się uczę, więc nie będę się wymądrzała ( chyba), ale chcę o tym pisać  już teraz, bo myślę, że to bardzo ważne dla każdego.
A prawdopodobnie takich nieświadomych, jak ja dotąd ludków na tym świecie jest więcej.
Mam więc nadzieję, że na coś się to moje nowe odkrycie komuś przyda.

Chemia. Konserwanty, polepszacze smaku, zapachu, wyglądu

Jest we wszystkim, od jedzenia po kosmetyki.
Jak jej uniknąć w naszym codziennym życiu? Czy to jest w ogóle możliwe?
Uważam, że nie. Za daleko zaszliśmy i nie ma już odwrotu, jeśli nie będziemy musieli zaczynać wszystkiego od początku. Jeśli jeszcze w ogóle będziemy mieli ku temu okazję.
Nie znaczy to jednak, że nie warto próbować i że nie warto się starać ograniczać  jej wpływ na nasze zdrowie i w efekcie życie.

Co do jedzenia, to właściwie każdy chyba ma świadomość, że nie jest dobrze. Jedni machają na to ręką, inni się boją, ale nie wiedzą, co robić, jeszcze inni wydają chemii wojnę i czasami popadają w skrajności.
Osobiście, jestem zwolenniczką złotego środka. Staram się uważać, staram się ograniczać, unikam tego, co według mojej wiedzy ma najgorsze działanie, jak np. glutaminian sodu. Ograniczam, na ile to możliwe cukier.
Nie kupuję kolorowych napojów, ograniczam słodycze, nie karmię rodziny fast foodami, próbuję kupować warzywa i owoce uprawiane bez nawozów, nie kupuję gotowych mieszanek przypraw, bo, chociaż już rzadziej, to jednak ciągle jeszcze jest w nich ten wstrętny glutaminian.
Staram się kupować ubrania bez syntetyków, albo chociaż z jak najmniejszą ich zawartością. Sprawdzam czy farby, kredki, plasteliny, zabawki, których dotykają moje dzieci są toksyczne. Przygotowujemy sami domowe przetwory.

Nie jestem jednak w stanie nad wszystkim zapanować.
Nie mogę uprawiać ogrodu, ani zboża. Nie mogę piec chleba, tkać przędzy na ubrania, nie mogę hodować zwierząt na mleko, mięso czy jajka.
Nie jestem w stanie zrobić własnych wędlin ( robimy takie, jakie możemy w domowych warunkach, ale z mięsa kupionego w sklepie, więc tak naprawdę nie do końca wiemy z jakiego. Wędlina jednak o niebo lepsza od tej ze sklepu).
Co w tej sytuacji? Musiałabym chyba zwariować, gdybym chciała być w stu procentach eko, bo przecież pracujemy, zajmujemy się dziewczynami, czasem musimy odpocząć.
Tym bardziej, że codziennie docierają do nas sprzeczne informacje, które kogoś takiego, jak ja czyli nie do końca zorientowanego wytrącają z równowagi.
Dopiero co kupiłam olej kokosowy, bo taki wyjątkowy i najlepszy, a już się okazuje, że wcale nie prawda, bo zatka nam wszystkie tętnice i umrzemy w męczarniach.
Jedni piszą tak, inni na odwrót i każdy powołuje się na jakieś badania. I jeden drugiego oskarża o oszustwo.
I co ja mam zrobić? Ja miałam z chemii marną tróję ( i tak nie wiem za co).
Co robić? Jak żyć?
Nie wiem, muszę się zastanowić. Jakiegoś tłuszczu przecież muszę używać.

Kosmetyki też szkodzą

To, co najbardziej mnie ostatnio zainteresowało i co sprawiło, że się tak naprawdę w ten temat bardziej „zagłębiam” to chemia w kosmetykach.
Niby wiedziałam zawsze, że ona tam jest, ale nigdy dotąd nie zainteresowałam się tym tak naprawdę.
Prawdopodobnie dlatego, że nikt z nas nie ma żadnej alergii i jeśli nawet coś się na naszej skórze pojawia, to na moment i znika.
Próbowałam czytać te etykiety na opakowaniach, ale to trzeba robić z lupą, a lupy ze sobą nie noszę.
I zwykle robię zakupy w biegu. No i przede wszystkim nie mam pojęcia, co oznaczają te łacińskie słówka, jeśli już uda mi się je odszyfrować.  Kilka razy zapisywałam sobie jakieś, żeby je potem odnaleźć, przetłumaczyć, sprawdzić co to takiego, ale zawsze znalazło się coś innego do zrobienia. A potem zapomniałam.

Tak. Jestem ignorantką. Trochę ze smutkiem to przyznaję.
I prawdopodobnie stan mojej skóry dzisiaj jest tak dobry, jak dobry może być w moim wieku tylko dlatego, że jeszcze do niedawna prawie w ogóle kosmetyków nie używałam.
Jednak starsza Królewna wykazuje spore zainteresowanie nimi, nie wiem po kim to ma 🙂 i odrobinę mnie to martwi szczerze mówiąc. Dlatego zaczęłam troszkę się im przyglądać, bo choćby znalezienie dezodorantu odpowiedniego dla dziecka, w cenie, która nie powala na łopatki, graniczy z cudem.
Wyczytałam, że szkodliwe są sole glinu. Udało mi się, znalazłam dezodorant bez soli glinu, ale teraz okazuje się ( dla mnie to odkrycie, może wy jesteście mądrzejsi), że aluminium, które jest w tym dezodorancie, który znalazłam, też szkodzi.
Co robić?
Wiem, że niektórzy robią własne kosmetyki. Ja muszę z góry ten pomysł odrzucić, bo nie mam na to czasu przy obecnym trybie życia.
Kosmetyki naturalne, które znam czy może bardziej kojarzę, są w cenach, które zapierają dech.
Tak, wiem, powinno mi zależeć, ale muszę patrzeć na swoje możliwości realistycznie. Nie mogę za krem o pojemności 50 ml zapłacić 140 zł. bo my jesteśmy we czworo, a każde z nas potrzebuje innego kremu. Po prostu.
Co mi w takim razie pozostaje? Poddać się raczej nie mogę.
Czy istnieje naturalna alternatywa dla kosmetyków, które dotąd stosowaliśmy, w cenach bardziej przystępnych od tych firmowanych znanymi twarzami?
Chyba tak, ale to jeszcze sprawdzam, dlatego CDN.

Ps. A na razie postanowiłam się nareszcie rozprawić ze wszystkimi: Methyloparaben, Propylparaben, PEG-7 itd.
Jeśli wiecie co to, szczerze gratuluję. Jeśli nie wiecie i chcecie się dowiedzieć, zapraszam niebawem. Nie będzie to naukowy wykład, ale to już przecież wiecie 🙂


foto: Capri23auto

Related posts