Mama wychowuje,  Życie

A może by tak trochę ciszy

W ostatnim tygodniu, jako, że wakacje za pasem i w szkole zaczyna się luz blues, wychowawczyni mojej córki zaproponowała wyjście z klasą do ZOO.
Warunek był tylko taki, że będzie potrzebna pomoc rodziców.
Zgłosiłam się ja i kilka innych mam.
Pogoda dopisała, dobre humory też.
Wszystko w zasadzie było w porządku, pomimo początkowych obaw, bo klasa mojego dziecka cieszy się złą sławą.
Dzieci były grzeczne.
Obyło się bez kłótni, bez bijatyk i płaczu.
Mimo to nie było łatwo, choć było nas w sumie 7 dorosłych osób na dwadzieścia kilkoro dzieci.

No to, o co chodzi?

Jak się tak dobrze zastanowić, to w zasadzie niewiele widzieliśmy.
Przede wszystkim staraliśmy utrzymać grupę w całości, żeby się nie pogubić, co było naprawdę niełatwe w ZOO pełnym innych dzieciaków.
A nasze dzieciaki nam tego nie ułatwiały.

Moje wnioski z tej wycieczki wyglądają tak:

  • Dzieciaki są niesamowicie rozkojarzone – kiedy na coś patrzą, nie widzą. Nie potrafią skupić się przez moment, żeby wyczekać spokojnie aż zwierzak podniesie się z trawy czy zza krzaka. Jak go nie ma, kiedy podchodzą, to sobie idą. Nie ma, to nie ma.
  • Dzieciaki kompletnie nie słuchają tego, co się do nich mówi. Patrzą na Ciebie i wydaje się, że cię słyszą, a potem zaraz odwracają się na pięcie i robią swoje, choć przed sekundą prosiłeś, żeby tego nie robić.
  • Ich największą przyjemnością jest kupowanie. Wciąż muszą coś kupować. Byle co, byle kupić. Nic innego się nie liczy. Może nie być zwierząt, placu zabaw – ważne, że można coś kupić.
  • Są przewrażliwione na swoim punkcie – wystarczy, że podniesiesz głos, żeby wszyscy Cię usłyszeli, a już znajdzie się ktoś, kto się obraża, bo na niego krzyczysz.
  • One same za to wrzeszczą przez cały. Wrzeszczą, walą w szyby, rzucają chipsy i popcorn na wybiegi, choć przed wejściem uprzedzałeś, że zwierząt karmić nie wolno, żeby nie zrobić im krzywdy ( to, że zwierzak mógłby zachorować, a nawet zdechnąć, to zabawne). Dziwi je wiadomość, że kiedy drą się wniebogłosy, zwierzęta po prostu się boją
  • W Mini ZOO ciągną zwierzaki za uszy, ogony i uważają, że to śmieszne – zaznaczam: dzieciaki 7 i 8 – letnie

Mam też niewesołe wnioski dotyczące rodziców:

  • Wysyłają dzieci na kilkugodzinną wycieczkę bez picia i bez nakrycia głowy w dzień, kiedy słońce na moment nie chowa się za chmury
  • Jedzenie na wycieczkę? Batoniki i chipsy to podstawa.

Trzeba coś zrobić

Oczywiście to uogólnienia. Nie wszyscy rodzice robią głupoty, nie wszystkie dzieci zachowują się w podobny sposób.
A jednak jest w tym dla mnie coś przygnębiającego.

Bo te dzieciaki naprawdę są fajne.
Wiem, że 99% procent rodziców, to dobrzy rodzice, pełni dobrych intencji i tacy, którzy oddaliby za swoje dzieci życie, ale coś jest nie tak, jak powinno być.

Co to jest? Dlaczego tak jest? Dlaczego te dzieci są takie rozkojarzone? Z moją córką włącznie, bo i ona ma takie momenty, jakby się zacinała i jest nieobecna.

Zaczynam mieć takie wrażenie i ono jest coraz bardziej dojmujące, że naszym dzieciom brakuje ciszy i chwili spokoju.

Bo one przecież wciąż coś robią – dwie, trzy rzeczy naraz. Wciąż są atakowane przez obrazy i dźwięki, same sobie je zresztą z upodobaniem serwują.
Lekcje odrabiają przy telewizorze, za chwilę, a niektóre już teraz, chodzą wciąż ze słuchawkami w uszach, wciąż musi im coś brzęczeć, wciąż krzyczą, nie mówią.
Może to o to chodzi, że potrzeba im trochę ciszy?

Spróbuję. Wakacje to będzie dobry czas, żeby wypracować nowy nawyk.
Nie wiem jeszcze jak to zrobię i co będzie moim dziewczynom pasowało, ale spróbuję wprowadzić w domu chwilę ciszy – tak, żeby nic nie robić, niczego nie słuchać, ewentualnie śpiewu ptaków, szumu wody lub wiatru, nie rozmawiać, oddychać.

Spróbujemy? Nam się trochę ciszy również przyda.

*********************************************************************************************************

Sekret Odchudzania z Pasją

Tutaj także bywam

2 komentarze

  • Marek

    Faktycznie masakra, pytanie tylko, czy takie „inne”, uspokojone dziecko nie zostanie odrzucone przez grupę? Sam się staram latorośl chronić, ale ono ciągnie do rówieśników i chłonie z nich jak gąbka. Najszybciej wchłania się to co najgorsze i jak tu znaleźć kompromis?

    • admin

      Zgadza się, też to widzę u córci, kiedy czasem nagle mój aniołek ( bo tak ją wszyscy postrzegają) zamienia się w diabełka, bo ten czy tamta też tak robią.
      Trudno generalizować, bo też każda grupa jest pewnie trochę inna, wydaje mi się jednak, że póki dzieci są małe, a ja o takich właśnie piszę, to jest jeszcze czas. Bo takie dzieci jeszcze są ciekawe tego, co inne i bardzo potrzebują zainteresowania, choćby pogłaskania po głowie czy przytulenia. Czyli my dorośli jesteśmy niezbędni w tym procesie zmiany czy akceptacji „inności”
      Później na pewno jest coraz trudniej, jeśli młody człowiek sam nie dostrzeże tego, co dla niego jest dobre.
      Ja mówię: to nie Ty masz brać zły przykład, to Ty masz dawać innym dobry przykład, żeby mogli stawać się lepsi, bo nie każde dziecko wie, jak się zachować.
      Na razie najczęściej działa, a nawet zaczynam obserwować, że moje dziecko zdobywa sobie coś w rodzaju szacunku u, przynajmniej niektórych, koleżanek i kolegów. Choć były trudne chwile, kiedy wracała z płaczem do domu.
      Łatwe to nie jest, ale to my, dorośli musimy wychowywać dzieci. I myślę nawet, że nie tylko swoje, ale o tym chyba napiszę trochę więcej już na blogu, bo od dawna chodzi mi po głowie.
      Powodzenia

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *