Było święto

koncert orkiestr szkolnych
foto: FERRAND

W ubiegłą sobotę mieliśmy święto.
Było cudownie, radośnie, świetliście (nie żartuję), a wszystko za sprawą naszej starszej córki.
Za sprawą jej skrzypiec, za sprawą naszej Szkoły kochanej i za sprawą naszej pani M. kochanej – najlepszej nauczycielki na świecie, jak stwierdziła Królewna.

W ostatnią sobotę odbył się koncert połączonych orkiestr szkolnych z naszej szkoły muzycznej i ze szkoły w Berlinie.
Ta w Berlinie to nie jest stricte szkoła muzyczna, bo oni tam nie mają takich szkół, inny system.
W normalnym liceum jest klasa o profilu muzycznym. Chodzą do niej dzieci, które uczą się gry na instrumentach prywatnie. W szkole mają możliwość szlifowania gry i uczestniczą właśnie w orkiestrze.
Do Opola przyjechali z rewizytą, nasze dzieci były w Berlinie w czerwcu.
Królewna jeszcze wtedy nie była członkiem orkiestry, bo staje się nim dopiero w V klasie I stopnia.

Dzieciaki grały „Dziadka do Orzechów” Piotra Czajkowskiego. W Berlinie 6 części, w Opolu doćwiczyli jeszcze jedną.
Nie było to wykonanie idealne, bo nie mogło być. Z racji wieku muzyków, z racji tego, że dzieci z Niemiec prezentują odrobinę niższy poziom od naszych ( to nie moje zdanie, a zdanie nauczyciela).
Nie mogło być idealnie również z racji tego, że do naszej orkiestry dołączyło, oprócz naszej córki, jeszcze kilkoro dzieci z V klasy i nie były po prostu w stanie tak dobrze, jak reszta orkiestry opracować takiej ilości materiału w tak krótkim czasie.
Nie było więc idealnie, ale było i tak pięknie i bardzo wzruszająco.
Oprócz muzyki był malutki pokaz aktorski, również w wykonaniu uczniów. Swoją drogą rosną nam wszechstronne talenty, bo i rysownik się między nimi znalazł (podglądnęłam przez ramię)

Dzieciaki spędziły razem 3 dni. Spotykali się wszyscy rano, wracali do domów po 18. Nie cały czas oczywiście ćwiczyli, ale próby zajmowały lwią część czasu.
Porozumiewali się głównie na migi, choć było i trochę angielskiego, sporadycznie kilka słów po niemiecku.
Wcale im to jednak nie przeszkadzało, nawiązało się nawet kilka, pewne nie przyjaźni, ale dobrych znajomości na pewno.
Ania nie protestowała, a wręcz przeciwnie była szczęśliwa – stąd ta świetlistość, bo moja córka po prostu promieniała radością i udzielało się to wszystkim wokół.
Podporządkowała tym próbom wszystko. Przez dwa dni nie była w szkole, ale mimo to bez szemrania i oporów nadrabiała później w niedzielę wszystkie zaległości i twierdziła, że było warto i jeszcze znalazła chwilę, żeby poćwiczyć utwory, które zadała nauczycielka skrzypiec.
Patrząc na to uśmiechałam się po prostu bez przerwy, aż mnie później uszy bolały 🙂

Po koncercie był bankiet, do którego rękę przyłożyli i rodzice i nauczyciele, a potem dyskoteka.
I jeśli myślicie, że dzieciaki ze szkół muzycznych to sztywniaki, to się GRUBO mylicie.
Dyskoteka była przewidziana dla uczniów, dla rodziców i dla nauczycieli 🙂
I autentycznie wszyscy bawili się razem. Podkreślam słowo bawili się.
Nie nagrałam  żadnego filmiku , bo tańczyłam razem z dziewczynami, zresztą nigdy nie wiem czy taki filmik bez zgody osób widocznych na nim można publikować? Może ktoś mi podpowie przy okazji?
W każdym razie rzadko zdarza się zobaczyć obok siebie kilkunastolatków podskakujących i podrygujących obok statecznych na co dzień pań nauczycielek i zatroskanych mamusiek podobnie podskakujących i podrygujących w rytm tych samych hiciorów w rodzaju „My Słowianki” czy jakoś tak.

Przy okazji poznałam prawdziwe oblicze młodszej Królewny. Wiem, że ona lubi tańczyć, ale wiem, że zawsze wszystkiego się wstydzi i że nie lubi odklejać się ode mnie.
Tymczasem podczas dyskoteki po prostu szalała. Ja nie byłam jej do niczego potrzebna, bawiła się ze starszymi dzieciakami bez żadnych kompleksów. Była szczęśliwa.
I jeszcze jeden aspekt całej tej przygody. Starsza Królewna poznała swojego Aniołka.
Trochę żartuję, ale to zdarza się tak rzadko, że tak właśnie w myślach nazywam tę dziewczynkę.
Starsza koleżanka z orkiestry, dopiero poznana, wzięła pod swoje skrzydła moją Królewnę, Zaproponowała jej pomoc, bo zauważyła, że Ania nie radzi sobie ze swoją partią. Tak po prostu. Poświęciła jej swój czas, spotykały się dodatkowo, żeby razem poćwiczyć.
Opiekuje się nią nadal. Dzięki niej moja córka poczuła się w orkiestrze, jak w domu i nie czuje już obawy przed nowymi wyzwaniami.
Czy to nie jest tak piękne, że aż wydaje się nieprawdziwe?

Tutaj także bywam

Related posts

4 Thoughts to “Było święto”

  1. Tak to jest piękne. Dorośli powinni wiele uczyć się od dzieci. Takie właśnie imprezy pokazują w całej okazałości jak znikają wszelkie bariery, narodowościowe, językowe, czy wiekowe.

    1. admin

      Święta prawda. Wygląda na to, że jeśli ludzi łączy coś, co płynie z serca, to nie liczą się żadne bariery.

  2. Post tchnie dumą i optmizmem.I słusznie! Gratulacje:)))
    Na pewno wiesz, że dzieci grające na instrumentach dużo lepiej radzą sobie z matematyką:)

    1. admin

      I Bogu dzięki, bo ja jestem matematycznym, jakby to ładnie ująć 🙂 myśląca inaczej jestem matematycznie. Rzeczywiście córcia całkiem dobrze sobie, jak na razie radzi i lubi matematykę, co dla mnie ważne. Dziękuję za gratulacje 🙂 dumna jestem, że hej

Leave a Comment