Blog

Ciekawy film i plany związane z blogiem

O wszystko zadbam – kadr z filmu

Mój blog ma tytuł „Życie jest piękne”, dlatego czuję się zobowiązana do pisania o sprawach optymistycznych, dobrych budujących.
Od zawsze chciałam o tym pisać, bo staram się patrzeć na życie od tej optymistycznej strony, znajdować plusy w każdej sytuacji.
Od dziecka widziałam, że ludziom potrzeba optymizmu i cieszyłam się, kiedy udało mi się spowodować, że ktoś się uśmiechnął.
Ostatnio jednak bardzo o to trudno. O optymizm, o plusy, czasem także o radość.

Jest kilka powodów takiego stanu rzeczy

Są te, o których pisać nie trzeba, bo znamy je wszyscy. Borykamy się z nimi od prawie dwóch lat wszyscy.
Są jednak i te indywidualne w postaci dwóch nastoletnich córek, które momentami skutecznie odbierają radość i trzeźwość umysłu.
Albo może inaczej będzie bliżej prawdy: sprawiają, że moje życie, każdy jego dzień w ostatnim czasie to rozhuśtana do granic możliwości huśtawka nad wysokim urwiskiem.

Jak tu znaleźć piękno, radość i optymizm, światełko, nadzieję? Jak tu przekazywać dalej to wszystko?
Bo przecież takie było założenie tego bloga?

Dlatego nie piszę nic od długiego czasu.

Próbowałam chyba ze dwa razy. Są ślady. Można sprawdzić 🙂 tu i szczególnie tu
Mam jednak ostatnio ciągle poczucie, że okropnie się miotam.

Z jednej strony, ponieważ to mój blog, to służy mi trochę do takiego wygadania się po prostu.
Z drugiej strony nie chcę nikogo obarczać moimi sprawami, bo przede wszystkim nie są one dla nikogo ważne, każdy ma swoje. Lepsze lub gorsze.
A z trzeciej strony, to chciałabym, zgodnie z założeniem, które kiedyś tam sobie zrobiłam, żeby to moje pisanie dawało odrobinę radości komuś, kto będzie to czytał.

Zastanawiam się ostatnio co by to mogło być.
Co ludziom skołowanym, jak ja, mającym dość wszechobecnego chamstwa, agresji, feków i zapowiedzi końca świata mogłoby dać odrobinę wytchnienia czy spowodować, że się uśmiechną lub ewentualnie będą skłonni do refleksji?

Myślałam i myślałam (dlatego znowu tak długo mnie nie było) i moje refleksje są takie.
Potrzeba nam spokoju, tego wewnętrznego przede wszystkim, potrzeba nam nadziei. I potrzeba nam piękna.
Oceniam to oczywiście subiektywnie, ale wydaje mi się, że wielu ludzi jest w sytuacji podobnej do mojej, nawet jeśli nie mają nastoletnich dzieci 🙂
Czy tak jest w przypadku moich wciąż tu zaglądających (podziwiam i jestem wdzięczna) czytaczy? Tego nie wiem.
Wiem, że ostatnio pisałam o tym, że trzeba mówić, wyrażać swoje zdanie na temat otaczającej rzeczywistości.
Konfrontacja to jednak nie jest moja domena.
Spróbuję to robić odrobinę inaczej.
Jeśli ktoś chciałby dać znać czy to dobry trop, będę jeszcze bardziej wdzięczna 🙂

A teraz, idąc tropem moich przemyśleń od razu zacznę, żeby nie skończyło się znowu na obietnicach.
Na pierwszy ogień niech pójdzie film.
Już dawno o żadnym nie opowiadałam. Już dawno nie oglądałam niczego nowego, tzn. zrealizowanego w ostatnich latach.
Ten film obejrzałam z polecenia.

„O wszystko zadbam” J. Blakeson’a to thriller

Od początku seansu czułam się dziwnie.
Jest w tym filmie jakaś dziwna, odpychająca od początku atmosfera.
Prawdopodobnie za sprawą Rosamunde Pike wcielającej się w rolę głównej bohaterki Marli Grayson, którą zagrała bardzo przekonywująco.
Kobiety bezwzględnej, bez skrupułów, realizującej swój niecny plan – wzbogacenia się za wszelką cenę.
Postać przypominająca bardzo niektóre postacie życia publicznego znane stąd i zowąd.
I może dlatego właśnie tak przerażająca, mimo ślicznej buzi i na pierwszy rzut oka, wyglądu niewiniątka.

Pike była za tę rolę nominowana do Oskara. I myślę, że zasłużenie, bez względu na to, że jeden z dyżurnych tematów kwalifikujących do nominacji, w filmie oczywiście się znalazł. Co za czasy.

Jako, że nie jestem profesjonalnym krytykiem, ani recenzentem, nie będzie tu żadnych ochów i achów nad techniką, sposobem realizacji, zwrotami akcji i tym podobnych sprawach. Nie będzie analizy, ani nawet oceny.
Żeby ocenić ten film, będziecie musieli obejrzeć go sami.
Ja oglądam filmy dla historii w nich zawartych i dla emocji, jakie we mnie budzą. I dla walorów estetycznych czasami.
A czasami to nawet po prostu dla aktora, którego lubię.

Tak na marginesie, bardzo mi się spodobała ostatnio i bardzo mi tu pasuje wypowiedź pani profesor komentującej Konkurs Chopinowski, po wywiadzie z jednym z widzów, że to jest właśnie najpiękniejsze i o to właśnie chodzi.
O te emocje, jakie budzi muzyka, a nie o te ich mądre analizy i dzielenie włosa na czworo 🙂

Emocji w „O wszystko zadbam” nie brakuje.

I jak dla mnie nie chodzi tu nawet o tajemnicę, która się w tym filmie czai, od której zależy być, albo nie być, a nawet o życie głównej bohaterki, co bardziej o emocje związane z jej sumieniem.
Sumieniem, którego ona sama albo nie ma, albo go nie potrzebuje czy zapomniała, że istnieje czy po prostu nie chce z nim mieć nic wspólnego.

Emocje w tym filmie dla mnie wiążą się z tym, że kiedy sobie uświadomię, że ten scenariusz nie wziął się przecież znikąd i proceder, który uprawia główna bohaterka, ma prawdopodobnie miejsce w Stanach Zjednoczonych i kto wie gdzie jeszcze, to mam ciarki na plecach.

I wreszcie te emocje największe wiążą się z zakończeniem filmu.
Kiedy wygląda na to, że to zło w najczystszej postaci, bezwzględne i cyniczne wygrało, a Ty patrzysz i niedowierzasz.
Kiedy koniec zbliża się wielkimi krokami, a Ty w głowie powtarzasz: nie, to niemożliwe.
I kiedy zostajesz zupełnie zaskoczony i przysłowiowa strzelba, która pojawiła się na początku, na końcu jednak wypala.
A zakończenie niestety nie napawa optymizmem i odkrywasz z przestrachem, że cieszy cię coś, co wcale nie powinno cieszyć.

Tak, zdecydowanie polecam obejrzeć „O wszystko zadbam”, pomimo, że osobiście mnie ten film jakoś przygnębia.
Nie jest wyjątkowo piękny wizualnie, nie pamiętam również muzyki, która mu towarzyszy, co mnie trochę dziwi, bo zwykle zwracam na to uwagę.
I co najważniejsze i najgorsze, nie ma w tej historii postaci pozytywnej.
Wszyscy są źli, zdeprawowani, albo głupi.
Myślę, że broni się głównie dzięki aktorstwu Rosamunde Pike i świetnemu zakończeniu, które nota bene daje do myślenia i w tym kontekście, że nie należy nigdy lekceważyć nikogo.
Nawet tego, kto pozornie wydaje się nam zupełnie bez znaczenia.
W jakiś pokrętny sposób, wygrywa tu jednak miłość lub może to, co nią kiedyś było.

Dlaczego więc taki film na początek?
Bo mimo, że obejrzałam go już jakiś czas temu, wciąż nie daje mi spokoju.
Ta wizja życia pozornie pięknego, wspaniałego, za którym kryje się moralna zgnilizna, jest przerażająca.
To JA stawiane przed wszystkim i przed wszystkimi obserwujemy przecież na co dzień, coraz częściej.
W tym filmie widać, że ta postawa prowadzi donikąd, w nicość.
Warto to mieć na uwadze.

Ps. Zapomniałam wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy.
Dawniej próbowałam łączyć na blogu różne tematy: te dotyczące dzieci, sprawy religijności, kościoła, opowieści o kosmetykach, książkach, filmach.
A ponieważ niektóre tematy są dla mnie bardzo, bardziej ważne niż inne i chciałabym, żeby wybrzmiały mocniej, jeśli będę miała coś do powiedzenia, to postanowiłam je oddzielić od reszty

Dlatego, mam nadzieję, że będę mogła w najbliższym czasie zaprosić tych z Was, których ten temat będzie interesował na drugi blog, na którym chcę opowiadać o Bogu i o mojej z Nim relacji.
To temat dla mnie bardzo ważny, dlatego chciałabym, żeby właśnie on mógł lepiej wybrzmieć.
A z drugiej strony nie chciałabym zaburzać spokoju tym, którzy nie chcą mieć z nim nic wspólnego, chociaż uważam, że to błąd 🙂
Kiedy już będę gotowa zostawię link w menu bloga i kto będzie zainteresowany, to sobie po prostu w niego kliknie.

Tutaj także bywam

2 komentarze

  • Jola

    Film obejrzałam dwukrotnie. Podzielam większość twoich refleksji. Jeśli tzw mczłowiek sukcesu musi reprezentować cechy głównej bohaterki, to dobrze, że sukcesu nie odniosłam 🙂
    A na poważnie. Dobre kino, rozprawiające się z odwiecznym dylematem :być czy mieć….
    Ps co do nowe go bloga, czekam na link i mocno kibicuję. Pozdrawiam 🙂

    • Magdalena Forst

      Cieszę się, jesteś już drugą osobą, od której wiem, że obejrzała film.
      A co do Twojej refleksji dotyczącej sukcesu, mam podobnie. Taka myśl pojawiła się u mnie co prawda przy trochę innej okazji.
      Smutne to, nie można mieć i być jednocześnie.
      A może jednak można?
      Ciekawe czy kiedyś się tego dowiem 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *