Co by było, gdyby…

co by było gdyby
Foto: PublicDomainPictures

Czasem, kiedy czytam te straszne historie chorych dzieci, myślę, jak niewiele brakowało, żebyśmy i my byli w podobnej sytuacji. To, że nasza Starsza Królewna jest zdrowa to chyba tylko cud, bo zdaje się, że tylko minuty dzieliły ją od porażenia mózgowego. To,  że ja nie wykrwawiłam się na śmierć, a wszystko skończyło się tylko potężną anemią to tylko refleks młodej pani doktor, która opiekowała się pacjentkami na sali poporodowej.

Historia pewnie, jak wiele innych. Dziecko się rodzi i nic nie słychać, nie płacze. Mija chwila długa, jak cała wieczność i wreszcie jest. Przynoszą małego ufoludka, a Ty myślisz: Jezu, to jest moje dziecko?
A potem go zabierają i nie wraca do Ciebie przez kolejny tydzień, bo ma…wrodzone zapalenie płuc. Słyszał ktoś o takiej jednostce chorobowej?
Najpierw odbywa się jednak istne szaleństwo. Najpierw przed porodem, kiedy cały czas Cię uspokajają, że wszystko jest w porządku, a potem wszyscy wpadają w panikę, a Tobie każą zachować spokój, bo od tego zależy życie dziecka.
A potem po porodzie, kiedy Ty w malignie, zaczynasz odczuwać ból po operacji, a tu ktoś wpada i woła:
– która to Magdalena Forst?! Pani dziecko jest chore
– Coooo!? –  i nie możesz wstać
Ten ktoś, kto wpadł, wypada, za chwilę wpada ktoś inny:
– proszę się nie martwić, to tylko zapalenie płuc
– tylko?
Potem kolejny tydzień bolesnych wędrówek 5 ,6,7 razy w dzień i w nocy z trzeciego piętra na parter, na odział patologii dziecięcej. Opatrywanie maleństwa popodłączanego  wenflonami do kroplówek z lekami, karmienie na stołku, rozmawianie, śpiewanie.
I wreszcie upragniony dzień wypisu ze szpitala i okazuje się, że… dziecko ma osłabione napięcie mięśniowe, że to niedobrze, że coś popękało w główce i trzeba obserwować, trzeba ćwiczyć, o tak. Ktoś łapie maleństwo za nogi, wywraca główką w dół, łapie za rękę, za nogę…
– Matko Boska, co Ty robisz kobieto?!
Nikt niczego nie tłumaczy, dlaczego tak, skąd tak, co będzie czy będzie dobrze? Może nie wiedzą?

Na szczęście istnieją cudowne położne, które przychodzą do domu i wszystko ustawiają na właściwych miejscach. Pomagają, rozmawiają, każą się uśmiechać i się nie dawać.
Wszystko skończyło się dobrze. Królewna jest zdrową, cudowną dziewczynką, ale kiedy wspominam tamte dni, to mam na plecach ciarki. Tak bardzo oboje się baliśmy.

Teraz, kiedy czytam historie chorych dzieci, takie straszne, takie beznadziejne niejednokrotnie, tak bardzo współczuję rodzicom.
Jak bardzo się boją, jak bardzo są bezradni, jak często samotni.
Jedni dają sobie radę, biorą się w garść, szukają pomocy, walczą, niejednokrotnie wygrywają. Z chorobą, ze zwątpieniem, strachem, bezradnością.
Ci, którym nie udaje się wygrać z chorobą, bo to niemożliwe, układają się z nią i robią, co mogą, żeby uczynić życie swoich dzieci szczęśliwym i zapewnić im maksimum bezpieczeństwa. Jak Rock n Rollowy Autyzm Tata.
Są jednak i tacy, którzy nie dają sobie rady i poddają się. Odchodzą. Nie walczą o swoje dzieci, nie pomagają w walce drugiemu rodzicowi.
Nie wiem czy na pewno częściej są to ojcowie, ale o nich najczęściej się słyszy.

Potępiamy ich. Jak to? Jak to możliwe? Jak można zostawić swoje dziecko, tak bardzo bezbronne? I jego mamę zostawić bez pomocy?
To straszne, potworne i niewyobrażalne, ale jednak spróbujcie sobie wyobrazić siebie na ich miejscu.
Ja wiem, że każdy chce o sobie myśleć: ja bym na pewno tak nie postąpił/ postąpiła.
Ja o sobie też tak myślę, mam taką nadzieję, że w sytuacji, gdybym dowiedziała się, że moje dziecko jest bardzo ciężko chore, dałabym radę.
A jednak tak naprawdę nie wiem, co bym zrobiła i codziennie modlę się o to, żebym nie musiała się o tym przekonywać.

Mogę sobie tylko wyobrażać, jak może się czuć i co może myśleć rodzic, który panicznie się boi.
Ludzie reagują i zachowują się często irracjonalnie.
Być może wcale nie chcą się tak zachować, być może potem żałują, być może oddychają z ulgą, kiedy „problem” znika z ich pola widzenia.
Tak naprawdę my, którzy nie znamy tak wielkich emocji, możemy tylko gdybać i domyślać się.
Dlatego tak ważna jest inicjatywa Fundacji Józef.

Fundacja Józef to inicjatywa ojców chorych dzieci. Pomagają sobie, wspierają się, wychodzą na zewnątrz, żeby uświadamiać, pokazywać, jak wygląda życie z chorym dzieckiem, że to nie koniec wszystkiego, a czasem dopiero początek. Zbierają pieniądze, których zawsze tak dużo trzeba, kiedy dziecko choruje.
Wydali swój kalendarz, jest piękny i chyba można go jeszcze kupić.
I przede wszystkim nikogo nie potępiają. Sami znają to uczucie, ten moment, kiedy decydowało się w ich wnętrzu czy zostaną czy uciekną.
Czy pokażą świat swoim dzieciom czy o nie zawalczą czy znikną z ich pola widzenia i odczuwania.
Przeczytajcie wzruszający list Michała do taty w progu.
To nie są wydumane przemyślenia. To słowa z serca, z duszy, do człowieka, którym on sam był jakiś czas temu.
Michał pokonał swój strach i pokonuje go pewnie każdego dnia. On, Daniel, Karol, Tomasz, Monika…
Ich dzieci mogą być szczęśliwe, i oni z nimi też.

Zajrzyjcie do nich, może ta wizyta komuś z Was pomoże, może to Wy będziecie mogli pomóc, potrzeby zawsze jakieś są. Mniejsze lub większe, ale są.
A na zachętę, na koniec, przypomniało mi się zdanie z pewnego reportażu, którego wysłuchałam w radiowej Trójce, tytułu niestety nie zapamiętałam
Bardzo spokojna i radosna mama niepełnosprawnej dziewczynki powiedziała coś takiego:
„…dzieci niepełnosprawne są potrzebne. One są po to, żebyśmy wszyscy wokół byli lepsi”.
A jej zdrowy synek, braciszek dziewczynki: „…to jest moja najlepsza siostra na świecie…”

Jeśli stoisz w progu, przeczytaj list Michała.
Jeśli obawiasz się, że Twoje dziecko może być chore, przeczytaj list Michała.
Jeśli uważasz, że warto pomagać, albo chcesz stać się po prostu lepszy, przeczytaj list Michała.

Tutaj także bywam

Related posts

5 Thoughts to “Co by było, gdyby…”

    1. admin

      Cieszę się. Zaglądam do Ciebie, rzadko komentuję, bo nie lubię gadać dla samego gadania, a nie zawsze ma się przecież coś do powiedzenia 🙂
      Uważam jednak, że to co robicie i Wy z żoną i cała reszta, o której wspominam jest tak cudne i ważne, że pomyślałam, że w miarę moich skromnych możliwości dam znać innym, niech wiedzą.

  1. Dagmara

    Przy ostatnim cytacie rozpłakałam się, bardzo piękny, ale jednoczenie smutny wpis.

  2. Cieszę się, że udostepnilas list Michała, Magdo.
    Tak często bezsilność kończy się opuszczeniem rodziny przez mężczyzn….
    I mobiety zostają z tym bagażem przeraźliwie same….

    1. admin

      Ja też się cieszę, tym bardziej, że widzę, że ten wpis cieszy się sporą, jak na możliwości mojego bloga, popularnością. Nie mam takich doświadczeń, nie mam nawet w najbliższym otoczeniu nikogo, kto ma ciężko chore dziecko. Nie znam osobiście żadnego ojca, który odszedł, ani żadnego, który został. Zawsze mnie jednak bardzo poruszają takie historie, jak te rodziców Fundacji, a ponieważ nie mam wielkich możliwości, żeby pomóc, to próbuję to robić czasem pisząc. Widać, że te sprawy nie są obojętne wielu ludziom i jest szansa, że znajdzie się ktoś, kto komuś będzie mógł w taki czy inny sposób pomóc. A inicjatywa Fundacji jest przepiękna, więc tym bardziej warto o niej mówić 🙂

Pozostaw odpowiedź Dagmara Anuluj pisanie odpowiedzi