Ogólnie rzecz biorąc – falstart

test polskiego szkolnictwa
Wielki test, foto: geralt

I sprawa się rypła. 39 stopni gorączki i moja córeczka nie poszła dzisiaj na pierwsze lekcje. Wszystko wskazuje na to, że to emocje. Czegoś takiego się nie spodziewałam mimo wszystko. Jest wrażliwa, ale aż tak?
Głęboko oddycham, przytulam, tłumaczę. Zobaczymy co będzie jutro. Prędzej czy później musi pójść do szkoły.

Po ostatnich wiadomościach z Polski dochodzę do wniosku, że to wielkie szczęście, że mieszkamy tu, gdzie mieszkamy i że nasze dzieci mają szansę chodzić do tak małej szkoły.
Mamy dwie pierwsze klasy. Dzieci są podzielone. W jednej klasie sześciolatki, w drugiej siedmiolatki. Klasy do 20 uczniów.
Starsza córka nie miała tyle szczęścia. Kuratorium nie zgodziło się na stworzenie dwóch małych klas, bo brakowało dwójki dzieci i dlatego jej klasa liczyła na początku prawie 30 osób. Na dodatek razem zaczynały 6 i 7-latki. Takie połączenie to bardzo zły pomysł.
Wbrew temu, co mówią tak zwani specjaliści różnica roku ma wielkie znaczenie. Dzieci są na bardzo różnym poziomie rozwoju. To trudno pogodzić. Bo jak zająć się dobrze tym dzieckiem, które sobie nie radzi, kiedy reszta się nudzi? Jak nie zwracać uwagi na słabsze, zajmując się tymi, które radzą sobie lepiej? Męczą się i dzieci i nauczyciel, rodzice się martwią i ogólnie rzecz biorąc rodzi to tylko stres dla wszystkich. I niczemu tak na prawdę nie służy.
Bo jedne dzieci się zniechęcają, bo się zwyczajnie nudzą, inne się zniechęcają, bo nie nadążają i nabierają przekonania, że są do niczego. A to przekonanie może się ciągnąć za nimi bardzo, bardzo długo.

Mimo wszystko i tak uważam, że nie jest źle, bo w małej szkole pewne rzeczy jeszcze można nadrobić. Nauczyciele jakoś ze sobą współpracują i po prostu więcej można zobaczyć.
Co jednak w takiej szkole, jak ta w warszawskiej Białołęce, gdzie w tym roku pierwszoklasiści uczą się w 18 klasach?
18 klas! Te biedne dzieci będą się uczyć na zmiany, bo inaczej się nie pomieszczą. Gdzie w takiej sytuacji miejsce na skupienie, na indywidualne podejście, na jakikolwiek komfort psychiczny?
Co w takim przypadku może oznaczać ulubione hasło naszej pani minister: szkoła przygotowana na przyjęcie sześciolatków.
A jeśli taki sześciolatek zaczyna naukę o godzinie 13, a rodzice pracują od rana, to co? Od rana przebywa w świetlicy, a do wieczora na lekcjach? Nie widzi się z rodzicami przez cały dzień. Czy to przypadkiem nie jest potworny stres dla sześciolatka? A kiedy takie dziecko odrabia lekcje? Rano w świetlicy? W nocy w domu? Na pewno czuje się bardzo bezpiecznie i komfortowo, bo ma w szkole kącik do zabawy, a pani robi przerwę wtedy, kiedy zauważy , że dzieci są zmęczone. Jak cudownie.

Uważam, że to jakaś kompletna paranoja i cieszę się, że ominęły mnie te wariacje, bo obie moje dziewczyny zaczynały edukację jako 7-latki. Mogliśmy zadecydować i uważam, że to były dobre decyzje.
Wiedzieliśmy, że młodsza córka potrzebuje jeszcze czasu i jak widać nie pomyliliśmy się, a starsza wcześniej poszła do szkoły muzycznej, więc nie chcieliśmy jej od początku obarczać zbyt dużą ilością obowiązków. Okazało się to dobrym rozwiązaniem.
Bardzo współczuję rodzicom, którzy zostali pozbawieni takiej możliwości i szlag mnie trafia, kiedy słyszę mądre paniusie bredzące o niedorozwiniętych polskich dzieciach, bo na świecie do szkoły chodzą już 5-latki.
Gdzie? W Anglii, w Szwecji? A czy te dzieci uczą się tam w 18 klasach? Czy spędzają całe dnie w szkole, bez możliwości kontaktu z rodzicami?
Jeśli tak, to od razu proponuję chińskie rozwiązanie, o którym kiedyś czytałam. Otwierajmy w Polsce placówki, do których będziemy nasze dzieci oddawać w poniedziałek rano, a odbierać w sobotę wieczorem. Czemu nie?
A potem otworzymy więcej gabinetów lekarskich i aptek, w których będziemy diagnozować depresję, autyzm, choroby immunologiczne, nowotwory układu pokarmowego, wrzody żołądka i co tam jeszcze się pojawi i będziemy sprzedawać tony leków, żeby było weselej i lepiej.
A co tam.

 

Tutaj także bywam

Related posts

Leave a Comment