Pisałam już o slow joggingu, ale teraz będzie bardziej przekonywająco

biegacz
foto: taliesin

Mniej więcej rok temu pisałam o slow joggingu, który mnie zachwycił. Niestety jak to często ze mną bywa, zachwyciłam się, postanowiłam się ruszyć i biegać i nawet przez jakiś czas biegałam, ale już wkrótce mój słomiany zapał wyparował.
Można powiedzieć, że zmarnowałam rok swojego życia pozbawiając się przyjemności truchtania. Zapomniałam, że w tym przypadku konieczna jest, wręcz niezbędna, systematyczność.
Jednak mniej więcej od miesiąca znów uprawiam slow jogging.
Nie chwaliłam się wcześniej, żeby nie zapeszyć, bo głupio by było znowu się tłumaczyć, co, dlaczego,  kiedy i jak.
Piszę o tym teraz, bo myślę, że obecnie już mój zapał nie osłabnie.

To „bieganie” sprawia mi prawdziwą przyjemność. Mam poczucie, że wreszcie robię coś tylko dla siebie i na dodatek czuję się o  niebo lepiej.
Efektów w postaci zgubionych kilogramów jeszcze nie widać, ale to trochę za wcześnie. Myślę jednak, że prędzej czy później się pojawią.
To naprawdę wspaniała sprawa. Biegnę i wcale się, nie męczę, ale mięśnie zwłaszcza łydek czasami trochę bolą, czyli, że serce w truchtanie włożyłam.

Mam nadzieję, że już wkrótce będę mogła pochwalić się spektakularnymi efektami.
Przede wszystkim jednak cieszę się z ruchu na świeżym powietrzu, ciszą, spokojem, możliwością uspokojenia myśli – czasem wpadają mi do głowy całkiem fajne pomysły.
Pies w tym przypadku, choć nie tylko w tym, jest nieoceniony. Gdyby go nie było, pewnie znalazłabym 100 wymówek, żeby tylko nie wyjść z domu. I wszystkie byłyby prawdziwe. A jednak z psem muszę wyjść, bez względu na wszystko. I kropka.

Spróbujcie slow joggingu. Zobaczycie, że warto.

Tutaj także bywam

Related posts

Leave a Comment