Podróż na plus

podroz samochodem_1
foto: zeafonso

Dzisiaj będzie chyba krótko, taki przynajmniej jest zamysł, żeby nie przynudzać i na temat tak właściwie nie zupełnie bezpośrednio związany z wakacjami.
Będzie o podróżowaniu.
A dokładnie rzecz  biorąc o podróżowaniu samochodem.
A jeszcze dokładniej rzecz biorąc o podróżowaniu samochodem w charakterze kierowcy.

Ja może tak trochę przeżywam za bardzo, ale ta ostatnia podróż nad morze to była pierwsza moja tak długa wyprawa za kierownicą, bez zmiennika.
Kiedy pojawił się pomysł wakacji nad morzem, w ogóle początkowo nie braliśmy pod uwagę samochodu, jako środka transportu.
Planowaliśmy jechać pociągiem.

Jako, że jednak do Ustronia Morskiego, w którym odpoczywaliśmy nie ma bezpośredniego połączenia kolejowego, a z dwójką dzieci to bagaży bez liku i jak tu się zabrać do pociągu, a to na koniec po prostu wygodniej, powolutku dojrzewałam do decyzji podróży samochodem.

Przed wyjazdem nasz automobil został gruntownie przebadany przez fachowca, który orzekł, że nic mu nie dolega.
Zaopatrzyliśmy się w w program do nawigacji w telefonie, jako, że profesjonalnej nawigacji na razie nie planujemy kupować.
Nawigacja telefoniczna sprawdziła się doskonale zarówno w jedną, jak i w drugą stronę, poza jedną sytuacją, w której usilnie starała się mnie skierować w drogę jednokierunkową od prąd.
Cóż, nikt nie jest idealny.

I taka moja pierwsza refleksja, że powoli stajemy się kalekami. Jakby nam tak zabrać te samochodowe gadżety, to powoli większość z nas sobie nie poradzi.
Był już kiedyś zresztą przypadek, że ktoś wjechał do rzeki, bo tak poprowadziła go nawigacja.
A przecież nie tak dawno jeździło się tylko z papierową mapą, którą czytał pasażer i kierując się drogowskazami.
Jak sobie kierowcy radzili? Dojeżdżali przecież do celu.

Druga refleksja to taka, że przez całą Polskę jedzie się naprawdę całkiem dobrze.
Nie powiem, że krótko, no, ale postojów na siku mieliśmy tyle, że nawet nie potrafię policzyć.
Jednak drogi szybkiego ruchu są naprawdę przyzwoite.
Nie wiem, jak to wygląda w godzinach szczytu, bo kiedy jechaliśmy nie jeździły właściwie wcale TIR-y ( specjalnie wybraliśmy sobotę na podróż), ale bez TIR-Ów nie było na co narzekać.
Jechaliśmy głównie drogą ekspresową i jechało się świetnie.
120 km/h jak znaki.
Przez chwilę  w drodze powrotnej zaliczyliśmy autostradę A4 i powiem szczerze, że S3 wypada na korzyść. Mnie osobiście jechało się lepiej, niż autostradą, która na odcinku przed Wrocławiem jest chyba zbudowana z płyt betonowych, co daje takie dziwne wrażenie chropowatości.

Najgorzej było na drogach lokalnych, których kilka też zaliczyliśmy.
No, to, zwłaszcza na północy to jest rosyjska ruletka.
Człowiek  jedzie i nie wie czy za chwilę nie wpadnie w dół, albo nie zahaczy kołem o pobocze, a tu za zderzakiem jakiś miejscowy chojrak pogania i pogania.

Nie mam jednak na co narzekać.
Dzięki Bogu mijaliśmy po drodze tylko jeden wypadek, sami nie mieliśmy żadnej niebezpiecznej sytuacji.

Ruch osobowy był chyba całkiem spory, bo gdzie byśmy nie zjechali, to nie było jak wbić szpilki. Wszędzie tłumy samochodów i ludzi.
Kolejki po paliwo i do kas niemiłosierne, a o czystości toalet na niektórych stacjach, to lepiej może nie wspominać.

W ogólnym rozrachunku jednak myślę, że podróż wypadła na plus.
Zauważam jednak u siebie jakąś tendencję do lekkiego chojrakowania,  którą trzeba szybciutko zwalczyć.
Tak się przyzwyczaiłam do szybkiej jazdy, że teraz ciężko mi zwolnić do 60, a co dopiero do 50 km/h.
Oczywiście nie na osiedlowych dróżkach, no ale przywoływać się do porządku miałam już kilka razy okazję.

Teraz jeszcze trzeba by zaliczyć podróż w góry, bo z całą pewnością nie pójdzie już tak łatwo na krętych i wąskich drogach.
I będę mogła mówić, że jestem kierowcą.

No i miało być krótko.

***************************************************************************************************************

Zakupy tańsze nawet o 90% – sprawdź

 

Tutaj także bywam

Related posts

Leave a Comment