Pofilmowe wrażenia, ale wcale nie recenzja

Amy Adams vel Margaret Keane
Amy Adams jako Margaret Keane, kadr z filmu „Wielkie Oczy”

Wakacje. Jakoś nie chce się poruszać poważnych tematów, chociaż one i tak nie odpuszczają i atakują wciąż z każdej strony. Pewnie kiedy będę miała lepszy dzień, to co nieco napiszę, bo pewne sprawy wołają o pomstę do nieba po prostu.

Aha, zapomniałabym. Muszę się pochwalić, że w konkursie planaxy.com, w którym wzięłam udział wpisem Moje wakacje marzeń, zdobyłam wyróżnienie:-) Teraz czekam na swoje nagrody i oczywiście serdecznie gratuluję zwyciężczyni konkursu, Annie Zając, współautorce bloga fashionable.com.pl
C
ieszę się z udziału, a w przyszłym roku, jeśli nawet nie odbędziemy zaplanowanej podróży, to chyba pojedziemy nad Jezioro Garczyn.

Skoro poważnymi sprawami dzisiaj zajmować się nie będę, to w takim razie będzie kilka słów o pewnym odkryciu, którego „dokonałam” dzięki seansowi filmowemu.
Jakiś czas temu oglądałam „Wielkie oczy” Tima Burtona. Pisałam o swoich wrażeniach na drugim blogu, dlatego tutaj już nie będę zajmować się filmem. Kto ciekawy, zapraszam do lektury.
Historia opowiedziana przez Burtona jest dla mnie wstrząsająca ze względu na fakt, iż wydarzyła się naprawdę, ale to, co najbardziej utkwiło w mojej pamięci i w duszy, że się tak górnolotnie wyrażę, to te tytułowe wielkie oczy.

Przed seansem nie natknęłam się na Margaret Keane, ani na jej niezwykłe obrazy. Podczas filmu nie mogłam oderwać od nich oczu. Jest w nich coś niezwykłego, magnetycznego, przyciągającego. I jest ich ogromna liczba. Ta kobieta, pomimo tego, co się jej w życiu przydarzyło nigdy nie przestała malować.
Dzisiaj jej obrazy znajdują się w muzeach na całym świecie i pewnie w tysiącach domów. Sama kupiłabym sobie taki, gdyby było mnie stać:-). Tyle, że pewnie miałabym problem z wyborem.
Różnica między obrazami namalowanymi przed laty, a tymi malowanymi współcześnie jest taka, że te dawne przedstawiają smutne dzieci o wielkich, smutnych oczach, współczesne wesołe dzieci o wielkich, wesołych oczach.

Można by pomyśleć, że to nudne, zarówno dla artysty, jak i dla odbiorcy, malować i oglądać wciąż to samo. A jednak na obrazy Margaret Keane można patrzeć i patrzeć i pewnie w każdym znalazłoby się coś, czego nie ma żadnym innym. Te oczy są niezwykłe i nie pozwalają przejść obok obojętnie.
Pani Keane mówi, że zawsze malowała dzieci i dorosłych o takich oczach, dlatego, że oczy to zwierciadła duszy. Proste, prawda? W te wielki oczy próbowała i próbuje wpisać swoje własne przeżycia i emocje.

Być może taka sztuka to kicz. Krytycy zarzucali obrazom Keane, że są właśnie kiczem i powielaniem kiczu.
Ja się nie znam. Ja tylko patrzę i odczuwam i jeśli coś w jakiś sposób na mnie oddziaływuje, wzrusza mnie, zatrzymuje, skłania do jakiejś refleksji, podoba mi się, to nawet jeśli niekoniecznie takie samo wrażenie robi na innych, trudno. Mnie się podoba, albo nie  i to jest tylko moje.
Na mnie obrazy Margaret Keane zrobiły wrażenie, a Wy, jeśli chcecie się przekonać, to wystarczy w wyszukiwarkę wpisać nazwisko malarki i patrzeć.
Wspaniałych wrażeń.

 

Tutaj także bywam

Related posts

Leave a Comment