Walka z czasem

Dzisiaj Wam opowiem o walce, którą toczę od długiego już czasu. Nie pamiętam już nawet jak długiego.
Opowiem Wam o mojej walce z czasem.
Moje córki, jak wiecie być może, nie są już maluchami. 10 i 12 lat to już poważny wiek, jakby nie było.
A jednak myliłby się ten, kto pomyślałby, że teraz to mam już z górki 🙂 w tym sensie, że mam dzisiaj więcej czasu na inne sprawy niż sprawy dzieci, niż wtedy, kiedy one miały 5 czy 6 lat.
Oczywiście, z jednej strony każda na miarę swoich możliwości jest samodzielna, z drugiej strony ciągle potrzebują opieki i pomocy w wielu różnych sytuacjach.
A poza tym, a raczej przede wszystkim, każda potrzebuje tego, żeby przy niej być.
Pogadać, przytulić, rozwiązać jakiś problem.
Czasem, zwłaszcza w przypadku młodszej Królewny trzeba naprawdę dużo czasu, żeby się czegoś dowiedzieć, a potem wspólnie poszukać rozwiązania.
Czasem to pomoc w odrabianiu trudniejszych lekcji, odpytanie z materiału, z którego przygotowują się do klasówki.
Czasami trzeba też zaangażować się w jakieś przedsięwzięcia szkolne, czasem pozaszkolne.

Kocham to

Cieszę się, że moje dzieci mają do mnie zaufanie, że chcą ze mną być, że wiedzą, że jeśli tylko dam radę, to na pewno im pomogę.
Proszę jednak nie myśleć, że to tak bajkowo wygląda, bo bardzo często brakuje mi cierpliwości, co w połączeniu z brakiem cierpliwości moich córek przeradza się często w dość nieoczekiwane sytuacje, z których jednak, jak dotąd, na szczęście wychodzimy coraz mądrzejsze. Enigmatycznie? Kłócimy się po prostu, a potem godzimy i przepraszamy.

Nie zmienia to jednak faktu, że ja to nie tylko dzieci i że od jakiegoś czasu próbuję trochę coś w tym moim życiu pozmieniać.
Zmiany mają dotyczyć mojego życia zawodowego. Od tego chcę zacząć.
Jestem zmęczona tym, co robię od kilku lat i potrzebuję zmiany. A zmiany, jak wiadomo nie przychodzą same, trzeba sobie na nie zapracować. Tym bardziej, że nie jestem osobą wszechstronnie wykształconą, ani też wszechstronnie utalentowaną.
Muszę więc popracować, żeby sobie taką zmianę wypracować.
Pomysły mam, chęci mam. Nie mam czasu.
I na pewno ktoś może powiedzieć teraz: doba ma dla wszystkich 24 godziny. Tak, ale ja nie potrafię się w niej zmieścić.
Pomimo tego, że każdy dzień szczegółowo planuję. Tak, pisałam kiedyś, że to całe planowanie trochę mnie śmieszyło, pisałam, że to moda itp. bez planu jednak zupełnie nie dałabym sobie rady.
Zawsze jednak wydarzy się coś, co niweczy moje plany w jakiejś części. Najczęściej to ta część, która dotyczy moich pomysłów na zmianę.

Nie tędy moja droga

Są tacy, którzy twierdzą, że to dlatego, że za dużo czasu poświęcam dzieciom.
Czy dzieciom można poświęcać za dużo czasu? Można być w stosunku do nich nadopiekuńczym, ale taka nie jestem. Wręcz przeciwnie, robię ile mogę, żeby były jak najbardziej samodzielne.
Nie jestem nadopiekuńcza, a po prostu staram się nie zostawiać ich samych wtedy, kiedy mnie potrzebują.
W związku z tym na to, co planuję w ramach wprowadzania zmian, zostaje bardzo mało czasu, czasem wręcz go brakuje, a czasem jestem tak zmęczona, że jedyne na  co mnie stać, to położyć się spać.
I to mnie nieustannie doprowadza do rozpaczy.
A ta rozpacz odbiera mi siły i nadzieję na to, że coś mogę zmienić.

Słuchałam i czytałam różnych ludzi uważanych za specjalistów w dziedzinie planowania.
Próbowałam wdrażać w życie ich rady.
I w założeniu wszystko wygląda wspaniale. Na papierze, bo ja planuję na papierze, żadne aplikacje do mnie nie przemawiają, źle się z nimi czuję, co nabazgrolę, to jest moje 🙂 Na papierze więc wszystko wygląd idealnie.
W rzeczywistości już takie nie jest.
Bardzo długo walczyłam. Ze sobą, z materią, z czasem, zanim w końcu do mnie dotarło, co jest w tym wszystkim nie tak.
Bo ja popełniam jeden, podstawowy błąd. Ponieważ chciałabym, żeby zmiany nastąpiły szybko, planuję za dużo.
Próbowałam robić kilka rzeczy naraz. To się nawet tak ładnie, tajemniczo nazywa: multitasking.
Próbowałam rozciągać dobę. Próbowałam nie spać (no niestety taki tuman ze mnie) i w tak zwanym bonusie, dostałam, albo bardziej zafundowałam sobie sama, chroniczne zmęczenie spowodowane zbyt małą ilością snu. Bogu dzięki, że nic mi z tego powodu na razie nie dolega.
I co? I nic. Nic nie posunęłam do przodu, bo wszystko zaledwie udało mi się musnąć. Wiecie to tak, jak z uniwersalnym szamponem, kremem, płynem do mycia. Jeśli jest do wszystkiego, to jest do niczego.
I tak samo jest w moim wydaniu z multitaskingiem.
Może u innych się to sprawdza, chociaż obserwuję, że chyba jednak nie bardzo.
No, ale każdy z nas jest inny i co innego u każdego z nas się sprawdza.
I nareszcie to do mnie dotarło. Że muszę to zrobić po swojemu.

Teraz tylko pytanie: jak?

W pierwszym odruchu pomyślałam, że dam sobie spokój. Nie da się, to się nie da, szkoda zdrowia i życia. Mam dość.
Tylko, że kiedy się trochę wyspałam, to doszłam do wniosku, albo raczej poczułam całą sobą, że zmiana jest mi potrzebna, jak powietrze. Wiecie, czasem dochodzi się do ściany i można tylko, albo walić w nią głową, co prędzej czy później doprowadzi do urazu, w najlepszym przypadku, albo szukać w tej ścianie drzwi, albo chociaż małej szczeliny, przez którą może uda się przecisnąć.
Nawet jeśli ich nie będzie, to samo szukanie może się okazać interesujące, może czegoś nauczyć, może się okaże, że mamy jakieś zdolności, o których nie wiedzieliśmy, że je mamy. To znaczy jeszcze tego nie sprawdziłam, ale tak sobie to wyobrażam. Taką mam nadzieję.
Znacie takie powiedzenie, że droga jest ciekawsza od samego celu, czy jakoś tak?

Przede wszystkim więc pierwsze, co muszę zaakceptować to fakt, że zmiany nie nastąpią szybko.
Łatwo, nie będzie, ale inaczej nie ruszę.
Po drugie, muszę zdecydować, co jest najważniejsze na tej mojej drodze do zmiany. I muszę skupić się na tym jednym punkcie. Nie wiem ile to może potrwać, ale dopiero, kiedy uda mi się zrealizować punkt pierwszy, zajmę się kolejnym.
Dzisiaj wszystko ma swoją nazwę. To o czym piszę też. To filozofia Kaizen czyli zasada małych kroczków.
Każdego dnia jeden mały kroczek do przodu.
Za wiele się nie zmieni, za bardzo się nie przesuniesz, ale sama świadomość, że coś zrobiłeś, daje małego kopa, satysfakcję, że jednak coś robisz, że coś się dzieje, coś jednak zmienia. Mózg zaczyna pracować inaczej, bo przecież można go zaprogramować, to tak zwane wyrabianie nawyków.
A na dodatek to jest trochę tak, jak z kroplą drążącą skałę. Skała w końcu pęka (mam nadzieję, że moja pęknie szybciej niż ta rzeczywista).

Aha i jeszcze jedna bardzo ważna w moim przypadku rzecz. Muszę nauczyć się nie wpadać w rozpacz za każdym razem, kiedy nic nie uda się zrobić. Jak na przykład po wczorajszym egzaminie ze skrzypiec, kiedy trzeba było najpierw trochę poprzeżywać, a potem odrobić lekcje. I na nic innego nie starczyło już czasu.

Takie są założenia. I postaram się, bardzo się postaram, żeby je zrealizować.
Bo bez nadziei nie da się żyć.
Czy Wy to potraficie?

A na sam koniec przyszło do mnie To, chociaż nawet nie szukałam

Synu, nie bierz na siebie za wiele spraw, bo jeśli będziesz je mnożył, nie unikniesz szkody. I choćbyś pędził, nie dopędzisz, a uciekając nie uciekniesz” Syr. 11,10

Przypadek? Nie sądzę 🙂


foto: pixel2013

Tutaj także bywam

Related posts

Leave a Comment