Taki układ z Bogiem

Taki układMiałam zaplanowane wypożyczenie zupełnej innej książki. Jednak, jak to często w bibliotece bywa, obeszłam się smakiem, bo dwa egzemplarze, które nasza biblioteka posiada w swoich zasobach już były wypożyczone przez kogoś innego.
No, mówi się trudno. Rozpędziłam się do wyjścia, ale spojrzałam w prawo, a tam rządkiem stały książki Hanny Krall. Poszłam dalej intensywnie myśląc i próbując przypomnieć sobie to, co, dawno temu przeczytałam.
Zawróciłam i na chybił trafił wyciągnęłam „Król Kier znowu na wylocie”
Pamiętałam, że pani Hanna pisze o Żydach z okresu wojny i tego okresu zaraz po, że pisze reportaże, pamiętałam ogólny nastrój jej książek.

Dobrze, że zawróciłam

Moje wspomnienia mnie nie zawiodły. To wspaniała literatura. I chociaż tematyka ciężka, bardzo ciężka, chociaż płakać się chciało nie jeden raz, nie żałuję.

Rzadko jest okazja, żeby przeczytać coś tak dobrego. Nie mówię, że tak dobrej literatury jest mało, pewnie jest jej więcej niż jestem sobie w stanie wyobrazić, ale ponieważ nie czytam tyle, ile bym chciała, to nie mam okazji jej poznać.
Hanna Krall pochodzi z żydowskiej rodziny, której większość została w czasie II wojny zamordowana. Ona została ocalona i przechowana przez Polaków. Miała 4 lata, kiedy wybuchła wojna, 9 kiedy się skończyła.
Tyle przeczytałam w krótkiej notce znalezionej w Internecie.
Ze zdjęcia patrzy sympatyczna twarz o ciepłych oczach. Oczach, które kryją własną historię i dziesiątki wysłuchanych i opisanych obcych opowieści.
Patrzę i próbuję sobie wyobrazić, jak to jest, nosić w sobie coś takiego, jak można z tym żyć.

Trudno, dlatego chyba trzeba pisać

fragment książki Hanny Krall

„Król kier znowu na wylocie” to historia walki o przetrwanie i o ocalenie. Z tego, co pamiętam, książka, którą przeczytałam kiedyś, dawno temu, to coś podobnego. Z tego, co kojarzę, większość, jeśli nie wszystkie książki Hanny Krall to historie ocalenia, walki o przetrwanie. To historie Żydów i Polaków splecione ze sobą. Polaków dobrych i złych, Żydów dobrych i złych. Czyli taka mi się przydarzyła lektura akurat w momencie, kiedy ciągle wszystkim wokół musimy udowadniać, że nie jesteśmy wielbłądami.

Puka do drzwi. W progu staje kapitanowa Kazimiera Szubert , zwana Lilusią, sąsiadka z letniska w Józefowie. Jest już ubrana, z warkoczem upiętym w koszyczek i z papierosem w ręku. Nie dziwi się. Nie jest przestraszona. Wejdź, mówi i pospiesznie zakłada łańcuch na drzwiach. I nie płacz, proszę cię, nam nie wolno płakać. Nam – mówi. Osobie, która wrzeszczy „ratuj” do zamkniętej kłódki. Która próbuje schować się w za małej beczce. Żona polskiego oficera (mąż jest w oflagu, w składanym stole leży broń, a w tapczanie podziemne gazetki) mówi – NAM.”

I taka jest cała książka.
W takich, jak te krótkich, rzeczowych zdaniach, w których ukryte są niesamowite emocje ( i w tym wszystkim to śliczne Lilusia) opowiedziana jest historia miłości, strachu, bólu, śmierci, strachu, bólu, straty, miłości, która nie daje umrzeć, żeby na koniec nie stać się żadnym ratunkiem. Bo okazuje się, że nie jest w stanie niczego naprawić, nie pomaga niczego udźwignąć, niczego nie tłumaczy.
Bo życie, o jakim się śniło nie jest już możliwe. Bo wszystko to, co się w drodze do ratunku wydarzyło nigdy nie zniknie, nie zniknął ludzie, którzy kiedyś byli. Że nic nie jest takie, jakie być powinno.

Nie ma szczęśliwego zakończenia

I nie ma też jakiejś wielkiej rozpaczy. Nikt nie rwie włosów z głowy. Wszystko jest jakieś takie po prostu. I dobro i zło. Przewija się, jak w kalejdoskopie.
Z boku trudno to wytrzymać, chciałoby się krzyknąć, jak dziecko w teatrze: płacz Izolda, teraz powinnaś płakać, a ona nie płacze. Ona się dziwi, że  nie płacze, że odwraca głowę. Ona idzie dalej i robi to, co musi robić. Całkiem sama. Ze wszystkim. Do samego końca. Chociaż świeci słońce, a obok bliscy. Tak dalecy. Rozmawia tylko z Bogiem, tym swoim. Tym z którym dawno temu zawarła układ, że jeżeli On… to ona…
I tak się tu wszystko przeplata, te losy, te zdarzenia, te drobiazgi, które jak po nitce do kłębka prowadzą do tego, a nie innego rozwiązania.

To krótka książka, tylko 158 stron. Kiedy się kończy i kiedy się patrzy na zdjęcie kobiety, która nie nauczyła się hebrajskiego, chociaż większość życia spędziła w Izraelu ( czy dlatego, że wszystko to, co najważniejsze działo się po polsku?) nie można o tym zapomnieć. I myśli się o sobie, o swoim życiu, o swoich wyborach, o swoich możliwościach, żalach, niesprawiedliwościach. I dopiero po chwili człowiek sobie zdaje sprawę z tego, jak kruche jest to wszystko, co jest.
Jakie to szczęście, że jest się tu, gdzie się jest, w tym czasie, kiedy problemem jest zamknięty w niedzielę sklep i nikt już nie nosi imienia Lilusia.

Related posts