Kilka słów o tym jak się nam udał wakacyjny wyjazd

wakacje w Górach Opawskich
Oczywiście, że nie udało mi się zrealizować nawet ćwierci tego planu czytelniczego, który sobie przygotowałam na wyjazd. No, ale pogoda była taka, że nic tylko w basenie siedzieć.
A ja to już tak mam, że wody to się boję, jak ognia, więc dzieci wolę z oczu nie spuszczać.
A jak się na dzieci patrzy, albo raczej z dziećmi fika, to trudno czytać, prawda?
Na szczęście to jeszcze nie koniec wakacji, a na dodatek doszła do mojej listy jeszcze jedna, a właściwie to dwie książki.
Jedna z polecenia i szczerze mówiąc nawet nie za bardzo wiem czego się spodziewać. Podobno bardzo dobra. Wiem tylko, że jest to historia o, cytuję: o przyjaźni, pasji i samotności. I jeszcze o kinematografii. I jest całkiem nowa, w lipcu miała swoją premierę.
Druga, zupełnie nieoczekiwanie się pojawiła. Ta z kolei stara, bo z 1991. „Dieta życia” I nie chodzi tu o jakąś dietę cud.
Znalazłam ją u siostry, przeczytałam kilka stron i stwierdziłam, że chcę poznać całość.
W skrócie, autorka Maja Błaszczyszyn w bardzo przystępny i ciekawy sposób opowiada w niej po prostu o ludzkim organizmie i o tym, w jaki sposób prawidłowo się odżywiać, żeby być zdrowym i przy okazji szczupłym, co się ze zdrowiem, jak wiemy wiąże.
Jako, że od jakiegoś czasu naprawdę próbuję zastosować w naszym życiu zdrowszy styl życia, jedzenia itp, itd, to mam nadzieję znaleźć w niej coś, co będę mogła zastosować.
A dlaczego wolę siermiężną, pozbawioną śliczności zdjęć pozycję z 1991 od wspaniałych dzisiejszych książek?
Właśnie dlatego, że jest taka zwyczajna i nic nie będzie mnie rozpraszało. I prosty, zachęcający styl. Ale o tem potem.
Teraz będzie

Kilka obrazków z wakacji

Jesteśmy w Górach Opawskich. Idziemy przez las łatwiutkim szlakiem, bo nóżka Marysi musi być oszczędzana. Z naprzeciwka nadchodzi grupa dzieciaków. To koloniści z pobliskiego ośrodka.
Kiedy są coraz bliżej, coraz wyraźniej słyszymy muzykę. Jest coraz głośniejsza.
Kiedy się z nimi zrównujemy, ktoś z dorosłych mówi: ściszcie to trochę. Muzyka odrobinę przycicha.
Kiedy się rozchodzimy każdy w swoją stronę, muzyka znowu gra głośno.
Mojego męża bardzo ta sytuacja zdenerwowała, ale patrzyłam na te dzieci i na ich zdziwienie, jakie wymalowane było na ich buziach, kiedy usłyszały polecenie wychowawcy. One nie wiedziały, że robią coś, czego robić nie powinny.
To znaczy może ktoś im to gdzieś kiedyś nawet powiedział, ale nie był konsekwentny i nie wymagał zastosowania się do zasady. A dla nich życie bez smartfona, to nie życie przecież.

Druga historyjka, bardzo podobna.
Wyszłam na spacer z psem. Asfaltowa tym razem ścieżka spacerowa przez las. Z naprzeciwka nadchodzi inna grupa kolonistów. Idą na basen na nasz camping. Obwieszeni są ręcznikami i dmuchanymi kołami. Ktoś niesie piłkę. Wszyscy niosą smartfony.
Kilka osób ma włączoną muzykę, każdy inną, więc kakafonia jest okropna. Inni idą wpatrzeni w monitorki. W tym wszyscy, a było i troje, wychowawcy.
Idą zygzakiem, przejście obok nich z psem, który uwielbia dzieci to spore wyzwanie. Pies chce się witać, dzieci go nie widzą, ale istnieje niebezpieczeństwo podeptania.
Gorzej, że drogą, która jest ścieżką spacerową i rowerową systematycznie przejeżdżają samochody, o czym wszyscy doskonale wiedzą, a kierowcy niespecjalnie zwalniają przejeżdżając nawet obok małych dzieci.
Czego się zresztą można spodziewać po kimś, kto z prędkością 50 km/h wjeżdża na wąską drogę przeznaczoną dla pieszych i nie wie czy ktoś nie wyłoni się nagle zza najbliższego zakrętu. A będzie szedł środkiem drogi, bo mu wolno i nie musi spodziewać się zagrożenia.

Powakacyjne refleksje

Wygląda na to, że nie jestem zadowolona, że narzekam i dopatruję się Bóg wie czego.
Jestem bardzo zadowolona. Spędziliśmy z rodzinką wspaniałych 10 dni, w większości w ciszy, przy dźwiękach przepływającego obok górskiego strumienia, w którym przy okazji każdego spaceru pluskały się dzieci i pies i ja.
Pogoda nam dopisała. Słońce świeciło od rana do wieczora, gdzieś w oddali wieczorami słychać było grzmoty, ale górki nie przepuściły do nas porządnej burzy.
Czasami, kiedy kąpałyśmy się w basenie, przez moment padał lekki deszczyk, co dzieciom za każdym razem sprawiało sporo radości.
Jadaliśmy na świeżym powietrzu.
Nigdzie się nie śpieszyliśmy.
Dużo rozmawialiśmy, wieczorami czytaliśmy, graliśmy w piłkę i w badmintona. Graliśmy w Bierki i w Rummikuba. Dwa razy, tylko dwa ze względu na nóżkę Marysi, wybraliśmy się na krótką wycieczkę, odwiedziliśmy park rozrywki. Był park linowy i wielki basen, lody.
Pies był przeszczęśliwy, dzieci się nie kłóciły, my z mężem wreszcie mogliśmy odetchnąć bez ciągłego pośpiechu.
Nic wielkiego, żadnych fajerwerków, ale nam to bardzo pasuje.
Jestem bardzo zadowolona, ale po prostu patrzę i widzę, co się obok mnie dzieje, choć czasami wolę się odwrócić.

I dlatego właśnie napisałam o tych dzieciach, o tych wychowawcach, o tych kierowcach. O tych ostatnich zresztą można by napisać o wiele więcej, bo znalazłoby się kilka historyjek z czasu podróży w jedną i drugą stronę.
Podsumowując to, co chcę napisać w jednym zdaniu, trzeba by napisać tak: ludzie w znaczącej większości zachowują się tak, jakby uważali, że nie muszą stosować się do żadnych zasad.
Znaki na drodze nie obowiązują właściwie nikogo. Mogłabym na  palcach jednej ręki policzyć tych, którzy zwalniają za białą tablicą sygnalizującą wjazd do miejscowości, tych, którzy zwalniają przed przejazdem kolejowym, tych, którzy stosują się do ograniczeń prędkości czy do zakazu wyprzedzania.
Mogę za to napisać, że tylko podczas podróży w jedną stronę trzy razy ktoś wyprzedał mnie na podwójnej ciągłej, a dwóch nawet na łuku, zza którego nie widać czy z naprzeciwka ktoś się nie zbliża. Dzięki Ci Boże, że nikt stamtąd jednak nie nadjechał.
A ja naprawdę nie jeżdżę 50 km/h, tylko tam, gdzie trzeba jechać 90- tką, jadę 90-tką, a tam gdzie 70-tką, jadę 70-tką…
Nie, nie jestem idealnym kierowcą, ale staram się nie stwarzać zagrożenia dla innych i dla moich dzieci beztrosko spędzających czas podróży na tylnej kanapie i stosuję się do zasad obowiązujących na drodze. Po prostu.

Co robić? Wychowywać

Jedno, co przychodzi mi do głowy, to wychowywać dzieci. Bo z tymi dorosłymi, którzy nic sobie nie robią z innych, nic już nie będzie.
Kto ma te dzieci wychowywać?
Przepraszam, że to co piszę, brzmi tak, jakbym zjadła wszystkie rozumy. Nie zjadłam, ale rodzice, którzy wyprzedzają na podwójnej ciągłej, nie powiedzą swoim dzieciom, że tego nie wolno robić. A nawet jeśli to zrobią, dzieci im nie uwierzą, widząc, że wyprzedzają. Prawda?
Kto więc ma uczulić dzieci, że w lesie żyją zwierzęta i że nie wolno im zakłócać spokoju głośną muzyką, krzykami, że nie niszczy się grzybów rosnących przy drodze, nie zrywa się roślinek, które często są pod ochroną. Wychowawcy, którzy zamiast opiekować się powierzonymi pod opiekę dziećmi, ciągle sprawdzają swoje statusy w mediach społecznościowych i wysyłają na nie zdjęcia, nie będą wiarygodni, kiedy tym dzieciom raz czy drugi powiedzą, że można spędzać czas bez smartfona i online.
Ja wiem, że generalizuję, ale czy nie macie wrażenia, że dzieje się nieciekawie na naszej pięknej planecie, i obok każdego z nas?
Kto ma te dzieci wychowywać, jeśli nauczyciel w szkole wygłosi suchą formułkę w rodzaju: w lesie należy zachować ciszę, a nie pójdzie z dziećmi do tego lasu, nie pokaże, dlaczego należy, nie pozwoli dotknąć, powąchać. Nic im z tej suchej formułki w głowach nie zostanie.

Zauważyliście pewien rozdźwięk?
Z jednej strony chronimy planetę, środowisko, odbywają się jakieś spektakularne akcje, protesty, nie jemy zwierząt, stosujemy warzywne diety, biegamy, ćwiczymy, żeby zdrowo żyć. Celebrujemy dzień bez papierosa, dzień bez samochodu, sprzątamy raz do roku Ziemię.
A z drugiej strony jak idioci zachowujemy się w lesie, jak idioci pozbawiamy się wewnętrznego spokoju siedząc godzinami wpatrzeni w ekrany w poczuciu bycia wszędzie, bo przecież świat to globalna wioska, a w efekcie pozostajemy samotni, jak palec i nieszczęśliwi. Gdzie człowiek nie pójdzie, wszędzie śmieci.
Ludzie spędzają czas w śmieciach i odchodząc, pozostawiają po sobie śmieci.
Wracając do puenty, kto ma wychowywać dzieci, żeby za jakiś czas żyło się im lepiej?
Każdy, kto dostrzega to wszystko, co się dzieje, robi to rzecz jasna sam, ale co z tymi dziećmi, które mają trochę mniej szczęścia?

Nie wiem. Może skoro wprowadzamy do szkół przedmiot przygotowanie do życia w rodzinie, to może idąc tym tropem wprowadźmy przygotowanie do życia offline, w środowisku naturalnym dla człowieka czy cokolwiek innego, co spowoduje, że dzieci w przyszłości będą potrafiły dostrzec, że nie są na świecie same.
Prawdopodobnie nie trzeba nawet wiele, ale trzeba zaangażowania i szczerości. I uczciwości wobec tych dzieci, bo to nie jest ich wina, że zupełnie nie wiedzą, jak się zachować.
Wszystkie dzieci nasze są, ale nie zdecydowałabym się zwrócić uwagę zorganizowanej grupie kolonistów, ale już dwójce czy trójce?
Kiedy poprosiłam chłopaczka, który w basenie, który się do tego zupełnie nie nadaje,  pływał na wielkim materacu, żeby tego nie robił, to najpierw się zdziwił i spojrzał na mnie, jak na starą wariatkę, która się czepia. Ale powiedziałam mu, że przecież któreś z bawiących się w pobliżu dzieci, może się pod jego materac dostać i w panice, nie będzie wiedziało, jak spod niego się wydostać. Na moje pytanie: jak myślisz, co się może stać? – po prostu odłożył materac na brzeg basenu.
Zawsze można, a może po prostu trzeba chociaż próbować.

 

Zbiornik pożarowy na Złotym Potoku. Tutaj po spacerze w upale odpoczywaliśmy w ciszy i chłodzie. Pięknie tu jest.

 

A to sobie sami skomentujcie 🙂 W tym roku wszędzie było całe mnóstwo motyli

 

Złoty Potok, woda krystaliczna, zimna, aż stawy bolą, ale nie da się do niego nie wejść 🙂 a jego nieustający szum uspokaja, jak nic innego na świecie

 

Widok na Kopę Biskupią z Góry Parkowej w Głuchołazach

Słabe te moje zdiątka, ale to aparat w telefonie, bo w pośpiechu zapomnieliśmy spakować osobny aparat, ale ciszę słyszycie? 🙂

 

Related posts