Jako, że ostatnio znowu czytam więcej, pomyślałam, że mogłabym wrócić do piątkowych recenzji.
Może nie co tydzień, bo aż taka szybka nie jestem, ale umówmy się, że jeśli będzie coś do napisana, to będę pisać.
A dzisiaj będzie o Titanicu.
A dokładnie o książce pt. „Titanic. Pamiętna noc” autorstwa Waltera Lorda.
Według znawców tematyki Titanica Lord napisał najlepszą i najbardziej rzetelną książkę na temat zatonięcia „niezatapialnego” liniowca.
Materiały do niej zbierał przez kilka lat, jako jedyny przeprowadził rozmowy z aż 63 świadkami, uczestnikami tego pierwszego i ostatniego rejsu Titanica z lub osobami blisko z nimi związanymi.
Film nakręcony na podstawie książki Lorda przez Roya Warda Bakera w 1958 zatytułowany „SOS Titanic” otrzymał Złoty Glob i aż do czasu „Titanica” Jamesa Camerona był uważany za najlepszy film o niezatapialnym liniowcu.
Przy filmie Camerona Lord pomagał jeszcze jako konsultant.
Dlaczego książka Lorda jest dobra i dlaczego czyta się ją z zainteresowaniem pomimo, że historia Titanica jest powszechnie znana?
Myślę, że dlatego, że nie ma w niej zbędnych emocji, nie ma histerii, ani zachwytów, nie ma oceny powodów.
I przede wszystkim oceny ludzi, którzy przyczynili się do tragedii.
Jest zapis faktów, które udało się ustalić autorowi w rozmowach ze świadkami.
Można by w pierwszym momencie odnieść wrażenie, że jest to suchy zapis, że nie ma w nim cienia współczucia czy żalu. A jednak chociaż Lord przedstawia rzeczywiście tylko suche fakty, w niektórych miejscach posługując się wręcz planem zdarzeń co co minuty, to nie brak w jego opisie emocji.
I nie czyta się tej książki wcale łatwo.
Lord sprytnie poznaje nas z bohaterami przedstawiając każdego z nich po nazwisku, czasem dodając tytuł, czasem imię. Pokazuje nam z bliska ludzi, opowiada o każdym kilka słów, dzięki czemu znamy ich trochę bliżej.
Dzięki czemu zaczynamy odczuwać do każdego z nich odrobinę sympatii, lub wręcz przeciwnie raczej go nie lubimy.
Ten sprytny manewr autora sprawia, że nie udaje się przeczytać tego, jako się rzekło, suchego zapisu faktów bez emocji.
Zastanawiamy się czy nasz bohater jest ciepło ubrany, czy nie zapomniał o butach, albo o kamizelce ratunkowej. Czy wystarczy dla niego miejsca w szalupie.
Lord pisze w jakiś taki sposób, że wręcz odczuwa się przenikające zimno i żal za ciepłą kabiną, którą właśnie zalewa woda.
Dzięki jego książce poznajemy ludzi, takich jakimi byli tej strasznej nocy.
Takich, jakimi byli w chwili, kiedy na nic zdały się pozycje i tytuły.
Widzimy bohaterów i tchórzy i żadnego z nich, wzorem autora, nie jesteśmy w stanie ocenić. Zupełnie tak, jak gdybyśmy mieli oceniać samych siebie.
Lord napisał swoją książkę używając minimum słów i tylko tych istotnych i zrobił to tak, że nie jesteśmy nawet w stanie ocenić ludzi z płynącego niedaleko Titanica Californiana, którzy w żaden sposób nie zareagowali na wołanie o pomoc z tonącego statku.
Takie po prostu w tamtym czasie były zależności, takie ludzie prezentowali postawy, że konwenanse okazywały się silniejsze od zdrowego rozsądku.
Tak po prostu ludzie myśleli o Titanicu.
Był statkiem niezatapialnym!
Ciekawe jest podsumowanie książki. Krótka historia późniejszych zdarzeń, przytaczane fragmenty rozmów, artykułów prasowych, listów wymienianych pomiędzy ocalałymi.
Obserwacja zmieniającego się u niektórych oglądu sytuacji, stosunku do tragedii.
Jest kilka zdań od autora. Bardziej osobistych przemyśleń na temat sytuacji, na temat zmian w mentalności ludzi, na temat zmian w sposobie funkcjonowania społeczeństwa po katastrofie Titanica.
Na temat tego, jak bardzo ta katastrofa miała wpływ na postrzeganie świata w ogóle.
Niesamowite wrażenie robi zamieszczona na końcu książki lista wszystkich pasażerów i członków załogi Titanica.
Ciągnie się przez 60 stron. Nie sposób oczywiście przeczytać wszystkich nazwisk, ale fakt, że niektóre strony wypełnione są nazwiskami pisanymi wyłącznie zwykłą czcionka, wywołuje ciarki na plecach.
Ocaleni wypisani są kursywą.
Trudno mi było czytać „Titanica. Pamiętną noc„.
Znam fakty, a jednak rozmiar tej tragedii jest tak wielki, że zawsze trudno mi się jest z tym pogodzić. Najtrudniej pogodzić mi się z tym, jak bardzo ludzie potrafią być zadufani, ufni we własne możliwości i głupi. Najlepiej świadczy o tym, moim zdaniem, niewystarczająca do uratowania wszystkich liczba szalup. Co oni sobie myśleli?
Walter Lord pisze, że przed katastrofą ludzie mieli poczucie, że znaleźli sposób na bezpieczny świat.
Bez wojen, bez katastrof, uznali, że są nieomylni i genialni. Po katastrofie to wszystko się zmieniło, zaczęli się bać.
Zupełnie, jak my w ostatnim czasie.
Kiedy czytałam te słowa miałam takie skojarzenie z tym, co dzieje się dzisiaj. Też mam wrażenie, że ludziom dzisiaj się wydaje, że mogą wszystko. Że technika, elektronika, cyfrowy świat, Internet to jest to, co da im szczęście i zapewni bezpieczeństwo.
A może nieśmiertelność. Pomimo tego, co dzieje się codziennie na ich oczach, ale jednak daleko.
My w tzw. cywilizowanym świecie uznaliśmy, że to wszystko nas nie dotyczy, pomimo nawet podchodzącego coraz bliżej do naszych drzwi zagrożenia.
Zamykamy oczy i szukamy Pokemonów.
Uznaliśmy, że Internet nigdy się nie skończy, WiFi zawsze będzie działać.
Zobaczymy.








Dodaj komentarz