Czy jestem tolerancyjna?

Mam wrażenie, że świat zupełnie zwariował. Przeraża mnie to, co się dzieje z ludźmi. Czytam i nie wierzę własnym oczom.

Czym jest tolerancja?

Taką definicję znalazłam na stronie encyklopedia.pwn.pl

tolerancja [łac. tolerantia ‘cierpliwość’, ‘wytrwałość’], 
socjol. postawa zgody na wyznawanie i głoszenie poglądów, z którymi się nie zgadzamy, oraz na praktykowanie sposobu życia, którego zdecydowanie nie aprobujemy, a więc zgody na to, aby zbiorowość, której jesteśmy członkami, była wewnętrznie zróżnicowana pod istotnymi dla nas względami.
 
Tolerancja oznacza rezygnację z przymusu jako środka wpływania na postawy innych ludzi. Wyjątkami są jedynie sytuacje, w których owe postawy zagrażają bezpieczeństwu osób oraz ich mienia (tolerancja nie rozciąga się więc np. na zabójców, gwałcicieli czy złodziei). Zakres tolerancji jest historycznie zmienny. W większości społeczeństw albo nie było jej wcale, albo była bardzo ograniczona na skutek tego, że jednemu systemowi moralnemu przysługiwało uprzywilejowane stanowisko bądź monopol. Tolerancja objęła najwcześniej innowiercze wierzenia i praktyki rel., stopniowo rozszerzono ją na inne dziedziny, np. sferę obyczajów. Jakkolwiek zasada tolerancji jest współcześnie stosunkowo szeroko uznana i prawnie zagwarantowana niemal na całym świecie, bywa nierzadko kwestionowana i naruszana. Tam gdzie jest w pełni przestrzegana istotnego znaczenia nabrał problem granic tolerancji

a taką na tej stronie tolerancja.pl

Tolerancja (od łac. tolerare = znosić, wytrzymywać) oznacza cierpliwość i wyrozumiałość dla odmienności. Jest poszanowaniem cudzych uczuć, poglądów, upodobań, wierzeń, obyczajów i postępowania choćby były całkowicie odmienne od własnych, albo zupełnie z nimi sprzeczne.

Zgadzacie się? Ja się zgadzam.
Co innego jednak moim zdaniem jest tolerancją, a co innego jest naginaniem rzeczywistości do własnych wyobrażeń czy nawet prawdę mówiąc mody czy trendów, które z jakiegoś powodu stają się coraz bardziej popularne i ludzie mają jakąś niezwykłą potrzebę podążania za nimi.

O co mi właściwie chodzi?
Od kilku lat wśród amerykańskich celebrytów popularna stała się adopcja afrykańskich i azjatyckich dzieci. Jak to się odbywa i czy jest na pewno w pełni legalne tego nie wiem i w związku z tym się nie wypowiadam.
Czy dzieci są szczęśliwe? Wydaje się, że tak, chociaż nie śledzę tego, a jedynie czasami gdzieś mignie mi jakiś artykuł czy zdjęcie.
I dzisiaj taki artykuł przykuł moją uwagę i spowodował, że to piszę.

Charlize Theron też adoptowała dwójkę dzieci

Amerykańska aktorka, która pochodzi z Południowej Afryki dzisiaj angażuje się w pomoc i walkę z HIV i AIDS. I wszystko wspaniale i godne to podziwu. Do tego jest świetną aktorką, do tego te dzieci, które dzięki niej znalazły dom i kochające serce.
No właśnie.
Zacytuję fragment artykułu ze strony Wprost.pl, który przeczytałam, bo nie mam siły o tym opowiadać:

Aktorka na pewnym etapie swojego życia postanowiła adoptować dziecko. Chciała zapewnić mu lepsze warunki do dorastania niż sama miała. Przyjęła do swojej rodziny chłopca o imieniu Jackson. Jednak jak się okazało po latach, Jackson utożsamia się z inną płcią niż wskazują na to biologiczne cechy. Dziecko nosi spódniczki i sukienki. Aktorka w jednym z wywiadów przyznała, że traktuje Jacksona jako dziewczynkę.

– Myślałam, że ona jest chłopcem – powiedziała Charlize. – Wszystko się zmieniło, gdy spojrzała na mnie, kiedy miała trzy lata i powiedziała: „Nie jestem chłopcem”. Mam więc dwie piękne córki i jak każdy rodzic chcę je chronić i pomagać im się rozwijać – stwierdziła. Aktorka dodała, że „nie może decydować, kim jej dzieci chcą być”. Co więcej, jako rodzic „musi im zapewnić wszystko, by mogły się realizować”.

Czy coś takiego można powiedzieć zupełnie poważnie?

Nie jestem psychologiem, nie jestem lekarzem, nie mam żadnej specjalistycznej wiedzy. Całą wiedzę, jaką mam w temacie dzieci, czerpię z własnego dzieciństwa, kilku przeczytanych książek i doświadczenia, jakie zdobywam będąc mamą.
Może ktoś mi zarzuci, że nie wiem o czym w związku z tym mówię, ale pozwolę sobie wtedy się z tym nie zgodzić.
To jest moim zdaniem po prostu niepoważne. Czy ta pani nie wie o tym, że trzyletnie dziecko zupełnie nic nie wie o świecie, o sobie, o swoim ciele, psychice? O niczym?
Czy może idąc tym tropem, fakt, że tak małe dzieci często dotykają swoich miejsc intymnych oznacza, że chcą się masturbować? Takie coś też już słyszałam.
W mojej małej głowie się to wszystko nie mieści. I nie ma to nic wspólnego z brakiem tolerancji z mojej strony.
To, co jest udziałem tego dziecka, to jest po prostu krzywda, bo ono nie będzie prawdopodobnie wiedziało kim jest.
Nie wyobrażam sobie okresu, kiedy zacznie dojrzewać. I bez tego, co jest jego udziałem ten okres to istne szaleństwo. Jak on sobie z tym poradzi?
To, co robi pani Theron to nie jest dawanie wyboru. Wybór można dać osobie świadomej, a trzylatek taką osobą nie jest. To nie jest tolerancja dla odmienności, to jest narzucanie odmienności.
I moim zdaniem wyrządzanie wielkiej krzywdy.
Oglądałam kiedyś film dokumentalny o pewnym amerykańskim transseksualiście. Bardzo smutny film, o bardzo smutnym, głęboko nieszczęśliwym,  niewyobrażalnie samotnym wewnętrznie człowieku.
Pewnie nie każdy transseksualista czuje się nieszczęśliwy i nie każdy czuje się samotny, ale to kim jest to jego własny wybór, decyzja, odczucie. Nie wiem.

Czy każda dziewczynka, która lubi samochody jest chłopcem

Jako dzieci, ja i moja siostra, uwielbiałyśmy bawić się samochodami. Miałyśmy dwie, jak na tamte czasy, odlotowe wywrotki. Były żółto czerwone. Miałyśmy zresztą jeszcze kilka innych chłopięcych zabawek. Na podwórku bawiłyśmy się z chłopakami w wojnę, wdrapywałyśmy się z nimi na drzewa, ja uwielbiałam grać w piłkę nożną, a w szkole przez jakiś czas nawet się z nimi biłam.
Co byłoby, gdyby nasza mama doszła do wniosku, że jestem jednak chłopcem, kiedy stwierdziłam, że nie bardzo lubię bawić się lalkami?
Co by było, gdyby przyjaciele moich rodziców doszli do wniosku, że ich syn, który bawił się z nami w dom i lubił lalki, stwierdzili, że być może jest on dziewczynką?
Kiedyś, moja kilkuletnia córka miała najlepszego przyjaciela Tobiasza. Był niewidzialny i był słoniem z jej ulubionej bajki. Wszędzie z nią chodził, a ona z nim rozmawiała, śmiała się z jego dowcipów, czasem nawet kłóciła. Czy miałam ją upewniać, że jej przyjaciel istnieje naprawdę? Bo tak przecież czuła.
Nie śmiałam się, ale mówiłam po prostu, że ja go nie widzę. Po pewnym czasie zniknął na zwsze.

Dzisiaj Przemek, który lubił bawić się naszymi lalkami jest policjantem i ma rodzinę. Moja siostra i ja mamy swoje rodziny i nosimy czasem spodnie, a czasem sukienki. Słoń Tobiasz chadza już z innymi dziećmi, a moja córka wydaje się całkiem inteligentną i dowcipną osóbką.
Być może nie rozumiem tego, co dzieje się w człowieku, który nie czuje się tym, kim się urodził, być może mam szczęście, że nie przeżywałam takich rozterek, a być może jest tak, jak opowiada pani w tym filmiku poniżej.
Jej słowa brzmią dla mnie jakoś bardziej wiarygodnie niż to, co twierdzi pani Charlize Theron.
I mam nadzieję, że jej adoptowane dziecko będzie miało szansę pozostać tym, kim się urodziło i że będzie szczęśliwe.


foto: ddimitrova

Tutaj także bywam

Related posts

Leave a Comment