krem do twarzy
Tego unikaj

Czy jesteśmy troszeczkę oszukiwani?

To pytanie w tytule to pytanie retoryczne.
Bo jak się człowiek tak dokładnie przyjrzy i trochę się zacznie orientować w temacie, to nie może się jakoś pozbyć tego uczucia, że jest oszukiwany.

Ostatnio często słyszę: uważaj na PEG-i w kosmetykach

Nie kupuj kosmetyków z PEGami w składzie.
PEGi są szkodliwe.
Czy Ty w ogóle wiesz, co to są PEGi?
No, właśnie nie wiedziałam, ale jak już ktoś tak regularnie mnie nimi bombardował, to postanowiłam sprawdzić co to takiego.
I faktycznie, nie polecam.
Nie wiem czy mam z nimi kłopot, bo nie wiem czy to ich sprawka. Te wszystkie moje problemy ze swędzącą skórą i przeróżnymi mało estetycznymi niespodziankami.
Tyle tych „różności” w kosmetykach jest zawartych, że nie wiadomo co za co odpowiada w każdym konkretnym przypadku.
A lekarz przepisuje kolejną porcję chemii zawartą, tym razem, w leku.
Lek działa przez chwilę, a potem sytuacja się powtarza.
Znacie to?

Wracając do tematu: co to takiego te PEGi?
Polyethylene Glycol.
Chemik pewnie wie co to znaczy. Nie-chemik nie ma pojęcia.
Jest to politlenek etylenu.
Jako nie-chemik powtórzę za innymi, że są to mieszaniny związków chemicznych.
W ich skład wchodzą między innymi glikol propylenowy i glikol polietylenowy. Do ich produkcji wykorzystuje się trujący tlenek etylenu.
Czy to nie brzmi strasznie?

Co to cudo robi w naszych kosmetykach?
Otóż PEGi są stosowane jako emulgatory i rozpuszczalniki.
Dzięki  nim kosmetyki mają gładszą i bardziej jednolitą konsystencję.
I to wszystkie ich zalety.
Co do wad lista jest zdecydowanie dłuższa:
● świąd
● pieczenie skóry
● pokrzywka
● głębokie pękanie naskórka
● pozatykane pory

PEG-i uszkadzają warstwę lipidową.
Z tego powodu skóra jest mniej odporna, bardziej przepuszczalna i bardziej podatna na docierające z zewnątrz zanieczyszczenia i toksyny.
Na dodatek ten wstrętny tlenek etylenu jest oskarżany o uszkadzanie komórek i działanie rakotwórcze.
Jest oskarżany czyli nie jest to jak na razie na sto procent udowodnione.
Ja jednak wolę nie czekać na wyniki prowadzonych badań i już dzisiaj nie używam kosmetyków, w składzie których znajduję składnik opisany jako PEG.

Podobna jest historia z SLS-ami

SLS czyli Sodium Lauryl Sulfate.
Czyli? Laurylosiarczan sodu.
Czyli, jak przeczytałam, substancja syntetyczna, związek należący do anionowych substancji powierzchniowo czynnych z grupy siarczanów alkoholi tłuszczowych.
Dodaje się toto głównie do kosmetyków myjących: szamponów, mydeł, żeli, soli do kąpieli, past do zębów.
Dodaje się, bo SLS sprawia, że kosmetyk się pieni i odtłuszcza skórę.
SLS-y mają jednak działanie drażniące.
Skóra ulega zaczerwienieniu, swędzi, piecze, staje się przesuszona, może się pojawiać wysypka.
Miewałam takie objawy nie jeden raz i nigdy nie wiązałam tego z używanymi kosmetykami.

SLS-y uszkadzają naturalny płaszcz ochronny skóry tzw. barierę lipidową, co sprawia szczególne kłopoty osobom z tłustą cerą, bo tak uszkodzona skóra produkuje sebum ze zdwojoną siłą.
To też przeżywałam i nie wiedziałam, dlaczego tak się dzieje.
Czytałam różne argumenty za stosowaniem SLS-ów.
Jeden na przykład taki, że żeby SLS w kosmetyku  mógł zaszkodzić osobie, która nie ma wrażliwej skóry, to musiałaby ona chodzić przez kilka godzin z niezmytym balsamem do kąpieli.
Ha ha ha, przedni żart.
Oczywiście, że nikt tego nie robi, ale różnorakich alergii nabawić się można w każdym momencie podobno, tak twierdzą lekarze. Jaki jest więc sens narażania się na niebezpieczeństwo?
Poza tym SLS są bardziej niebezpieczne w połączeniu z innymi użytymi składnikami, jak np. kwas benzoesowy, Sodium Chloride czy alkohol stearylowy.
Sami sobie odpowiedzcie czy warto. Bo te połączenia w niektórych kosmetykach występują.

Dlaczego w takim razie pytanie w tytule jest retoryczne?
Producenci, żeby uspokoić nas, swoich żywicieli, udają, że o nas dbają i zamiast SLS-ów używają do produkcji SLES-ów czyli po prostu łagodniejszych odpowiedników tych pierwszych umieszczając równocześnie informację o tym, że kupowany przez nas kosmetyk to kosmetyk bez SLS.
Jak się czujecie?

No to jeszcze ftalany

I myślę, że na tym na razie zamknę ten trudny dla mnie temat.
Ftalany (phthalate) pomimo tego, że zostały zakazane na terenie Unii Europejskiej, znajdują się w lakierach do włosów, perfumach, środkach higieny osobistej, mydłach, kremach, tuszach do rzęs.
A oprócz tego w jedzeniu, zabawkach, podłogach PCV, butelkach PET.
Nie mam pojęcia dlaczego tam są, skoro nie powinno ich być.
I nie jestem w stanie tego wyjaśnić.

Ftalany to bardzo szkodliwe substancje.
Są to tzw. plastyfikatory czyli jak sama nazwa wskazuje nadają elastyczność temu, do czego się je zastosuje.
Użyte w  kosmetykach sprawiają, że utrzymują się one na ciele i włosach lub utrzymują przez długi czas swój zapach.
Spośród całej listy, którą znalazłam:
● Ftalan dibutylu – Dibutyl phthalate
Ftalan bis(2-etyloheksylu) – bis(2-Ethylhexyl) phthalate
Ftalan bis(2-metoksyletylu) – (2-Methoxyethyl) phthalate
Ftalan n-pentylu-izopentylu – n-pentyl-isopentylphthalate
Ftalan di-n-pentylu – di-n-pentyl phthalate
Ftalan diisopentylu – diisopentylphthalate
Ftalan benzylu butylu – benzyl butyl phthalate
Ftalan dietylu
tylko ten ostatni nie jest podobno szkodliwy.
Cała reszta jest toksyczna.
Nie podejmuję się rozstrzygania czy to prawda czy nie prawda.

Szczerze mówiąc jestem zmęczona tym, co wyczytałam.
Nie mam dostępu do badań naukowych, których i tak pewnie bym nie zrozumiała, nie mogę więc niczego nikomu udowodnić.
Sam fakt jednak, że wszystkie informacje, do których można dotrzeć są tak bardzo niejednoznaczne. Argumenty, że  coś użyte w małych ilościach nie zaszkodzi, tak zalatują hipokryzją, że czuję się skołowana I nie mam poczucia, że czegoś się dowiedziałam, a jedynie poczucie, że ktoś mnie chyba jednak próbuje oszukać.

Co mogę, co my  możemy w tej sytuacji zrobić?

Czytać etykiety.
To na pewno.
Tylko, co robić, kiedy w całym sklepie nie kupisz kremu, który nie zawierałby choćby  jednej z tych niebezpiecznych substancji lub wielu innych, o których nie napisałam?
Ostatnio szukałam tak mydła w płynie i nie znalazłam ani jednego, które nie zawierałoby SLSów.
Pomijając już ilość czasu, jaką trzeba by spędzić w takim sklepie, brr..
Co robić?
Machnąć ręką?
Kupić, co jest?
Wydać fortunę na markowe, reklamowane wszędzie kosmetyki naturalne?

Wiecie, ja, jak już tu kiedyś pisałam, że mam wielkie szczęście do ludzi.
I właśnie jeden z nich, a dokładnie jedna z nich, podsunęła mi rozwiązanie.
To kierując się jej podpowiedziami w ogóle zaczęłam się przyglądać temu, co nakładam na twarz swoją i rodziny.
Dzięki niej wiem, że jest alternatywa.
I opowiem Wam o niej, ale już nie teraz, bo jak mówią mądrzy ludzie zbyt długie wpisy nie cieszą się zbyt wielką popularnością 🙂
Jeśli jesteście ciekawi, zaglądajcie.

Ps. Miał być koniec, ale przypomniałam sobie o jeszcze jednej ważnej sprawie.
Aluminium lub inaczej chlorek glinu.
Najczęściej używany w tzw. antyperspirantach.
Nie udowodniono tego podobno, ale krążą wieści o tym, że jest jedną z przyczyn powstawania choroby Alzheimera i raka piersi.
Jeśli w każdej plotce jest jakieś ziarno prawdy, to ja w takim razie podziękuję.

Poza tym, chlorek glinu reguluje pracę gruczołów potowych minimalizując wydzielanie potu.
Pocenie się jest krępujące i nieprzyjemne co prawda, ale jest czymś naturalnym.
I potrzebnym.
Pozbywamy się z potem szkodliwych substancji z organizmu.
Jeśli zablokujemy pracę gruczołów potowych, to te substancje, które powinny zostać usunięte, pozostaną w naszym ciele.
Czy ja może czegoś nie rozumiem?
To dla mnie temat bardzo ważny, bo mając w domu nastoletnią córkę muszę być czujna 🙂
I muszę szukać alternatyw, które ona zaakceptuje.
I to nie jest proste, ale nie jest na szczęście niewykonalne 🙂
Do zobaczenia się z Państwem już wkrótce. Pa


autor fotografii: 422694

Tutaj także bywam

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.