Jego wiara ich ocaliła

Nie lubię oglądać filmów wojennych. Zwłaszcza tych współczesnych, gdzie efekty specjalne pozwalają pokazać każdy szczegół w sposób bardzo realistyczny, wręcz namacalny.
Ostatnio jednak taki film obejrzałam z moim mężem. Skoro on zgadza się oglądać ze mną nudne, jak mówi, filmy, które jego nie bardzo interesują, to ja się od czasu do czasu rewanżuję i oglądam takich na przykład „Władców pierścienia” – zupełnie nie moja bajka, albo taki film, jak „Przełęcz ocalonych” wyreżyserowany przez Mela Gibsona.

Z tego Mela Gibsona to jednak jest dobry reżyser

Jako aktora lubię go bardzo. Nie jest wszechstronny, jak choćby Robert de Niro czy Janusz Gajos 🙂 , ale to, co gra, gra bardzo dobrze moim zdaniem.
Jako reżysera znam go z trzech chyba filmów: „Braveheart -Waleczne serce” i „Apocaliptico”, podobnie, jak „Przełęcz ocalonych” oglądanych na życzenie męża i przede wszystkim z niesamowitej „Pasji”.
W skrócie jako o reżyserze można powiedzieć, że ma chłop rozmach i zastanawiam się czy jako taki nie radzi sobie lepiej niż jako aktor. Chociaż, nie znam wszystkich jego ról, więc może lepiej nie robić takich porównań.
Cofam więc, co napisałam i napiszę, że wszystkie trzy filmy, które widziałam podobały mi się bardzo.
Pomimo hektolitrów krwi, która się wręcz lała z ekranu.
Dlaczego? Bo w tym całym okrucieństwie, o którym opowiada, pokazuje zawsze człowieczeństwo swoich bohaterów, to co w nich najgłębiej ukryte, najpiękniejsze, najgłębsze, najważniejsze w człowieku.
Bez względu na to czy opowiada o rzeczywistej czy wymyślonej postaci. Daje nadzieję.
O jego filmach nie zapomina się tak po prostu. One siedzą w człowieku długo i nawet po latach, bo oglądałam je wszystkie już lata temu, potrafią się, niektóre sceny, znienacka przypomnieć i ukłuć. Ja tak mam, nie wiem, jak inni.

Scenariusz: samo życie

Przede wszystkim byłam w szoku, że ten film opowiada o rzeczywistych wydarzeniach. Trudno byłoby opowiedzieć komuś podobną historię i wymagać od niego, żeby w nią uwierzył. Nikt by w nią nie uwierzył. To nie miało prawa się wydarzyć.

A tu okazuje się, że to wszystko naprawdę się działo – w końcówce filmu występują prawdziwi bohaterowie, wówczas już staruszkowie i mówią kilka słów o tym, co musieli przeżyć i czego ich ta historia nauczyła.
Główny bohater, który nie dostrzega w swoim wyczynie niczego nadzwyczajnego. Szok.
Słuchajcie, jeśli nie widzieliście, koniecznie zobaczcie, choćby z tego powodu. Z powodu tej nieprawdopodobnej historii. Naprawdę warto.

Poza tym „Przełęcz ocalonych” jest naprawdę dobrym filmem. Co prawda w najbardziej gorących momentach musiałam zamykać oczy – nie jestem w stanie patrzeć na pourywane nogi i ręce i tryskającą z tętnic krew.
Niestety ta najbardziej krwawa część filmu jest też dla niego najbardziej kluczowa. Tak się to niestety w życiu układa. Dobrze, że możemy to tylko oglądać.
To w tym najokrutniejszym momencie okazuje się do czego przez cały film przygotowywał się Desmond Doss, chuderlawy chłopak o szelmowskim uśmiechu, nie rozstający się z Biblią.
A właściwie nawet nie tyle się przygotowywał, co dał się prowadzić.
Bo on przeczuwał, wiedział, że jest w zupełnie obcym sobie mentalnie miejscu w jakimś ważnym celu, chociaż wszystko temu jego przeczuciu przeczyło.
Wszystko i wszyscy wręcz starali się go pozbyć, ukarać, tak bardzo był inny, tak bardzo nie pasował.
Skąd wziął tyle odwagi i siły nieśmiały, drobny chłopak, żeby przeciwstawić się grupie osiłków i całemu systemowi?
Z Biblii. Chociaż wielu to nie pasuje i nie będzie pasować. Jednak czy to się komuś podoba czy nie, tylko dzięki niej i dzięki modlitwie udało mu się dokonać tego czego dokonał.

Postaci z krwi i kości to siła tego filmu

Film jest bardzo uporządkowany. Historia Desmonda zaczyna się w czasie, kiedy był małym chłopcem. Jedno zdarzenie z dzieciństwa zaważy, o czym dowiemy się nieco później, na jego decyzji, która okaże się tak wyjątkowa, że zupełnie nie do zaakceptowania przez otoczenie. Poznajemy jego rodziców, brata, przyszłą żonę.
Później jego kolegów z wojska.
Poznajemy chłopaka, który w zasadzie niczym się nie wyróżnia, ale ma w sobie coś odrobinę tajemniczego. Może to ten uśmiech? A może ta jego chęć do zostania lekarzem? A może jego sposób bycia i traktowania ludzi? A może to połączenie agresji, która jego samego zaskakuje z łagodnością, którą ujmuje, albo drażni ludzi?
Bardzo mi się podoba Desmond Andrew Garfielda. Jest taki zwyczajny i taki prawdziwy. I taki sympatyczny i taki przerażający.
W ogóle trzeba przyznać, że wszystkie postaci w tym filmie są bardzo wiarygodne. To raz, a dwa, są potraktowane przez reżysera z wyrozumiałością.
Nawet jeśli poczujemy niechęć do takiego czy innego zachowania, jesteśmy w stanie je zrozumieć czy nawet usprawiedliwić. To wszystko dzieje się, jakby obok nas, jakbyśmy obok nich stali. To trochę dziwne uczucie, że nie można ani potępić jednej, ani w pełni usprawiedliwić drugiej strony, bo każda z nich w pewien sposób ma rację.
To dziwne, bo chociaż w życiu też przecież tak jest, to jesteśmy najczęściej bardziej stanowczy w wydawaniu ocen.
Może to sposób, w jaki filmowani byli aktorzy? To skupienie na twarzach, na niuansach, na tych przelotnych grymasach, wyrazie oczu?
Swoją drogą trzeba przyznać, że panowie, bo głównie oni w tym filmie są widoczni, zagrali bardzo dobrze: Andy Garfield, Hugo Weaving, Vince Vaughn, Sam Worthington i wszyscy pozostali również.

Jeszcze jednego, pomóż ocalić jeszcze jednego

Jeśli nie znacie, jak ja nie znałam historii walki Amerykanów z Japończykami o Okinawę, to nie będę Wam jej opowiadać, bo jeśli nie widzieliście filmu, odebrałabym Wam całą przyjemność i niespodziankę.
Zapewniam Was jednak, że trudno Wam będzie uwierzyć w to czego się dowiecie.
I teraz jeszcze jedna sprawa.
Wiadomo, jak Amerykanie pokazują w filmach swoich bohaterów i wyjątkowe, wiekopomne sytuacje. Pompa, zwolnione tempo, podniosła muzyka, czasem nawet i hymn.
Nie lubimy tego, prawda? W filmie Gibsona też to jest. Przez jedną, krótką chwilę, ale jest.
Tylko, że chociaż osobiście bardzo tego nie lubię, to po namyśle stwierdzam, że tego, co się wydarzyło na Okinawie nie można pokazać inaczej.
Sądzę nawet, że właśnie tak, bez muzyki co prawda, bo skąd, ale podejrzewam, że w rzeczywistości ludzie tak właśnie musieli zareagować, tak ogromny musieli mieć dla Desmonda Dossa szacunek.
Byli przecież na miejscu, doświadczyli piekła na ziemi, doskonale rozumieli co się tam wydarzyło i doskonale czuli, że nie potrafię tego jednocześnie ogarnąć rozumem. Podejrzewam, że w ich sercach podziw i strach mieszały się z milionem innych uczuć, których może nawet wcześniej nie znali.
I jednocześnie jeszcze jest tu ten jeden wątek, wątek niezachwianej wiary Desmonda. Wiary, która czyni cuda.
Prawdziwe cuda. Jego rękami, przez niego. Wiary, która daje mu siły do przetrwania i przezwyciężenia niewyobrażalnego strachu.
To ironiczne, że ten chłopak w tym piekle na ziemi stał się na przekór wszystkiemu jak apostoł. Podejrzewam, że przynajmniej kilku z jego towarzyszy, którzy z nim byli odkryło, poznało Boga.
Dla Desmonda wiara była czymś tak oczywistym i tak niezbędnym, jak woda i powietrze.
Na koniec filmu opowiada, że kiedy wyniósł jednego żołnierza, prosił Boga: jednego, jeszcze jednego pomóż mi uratować. I Bóg mu pomagał.
Koniec. Kropka. Nic więcej nie można tu powiedzieć.

Obejrzyjcie ten film, albo może, jeśli widzieliście, podzielcie się wrażeniami.

Tutaj także bywam

Related posts

Leave a Comment