Ludzie, których spotykam

podanie ręki
foto: maxlkt

Pamiętam, jak moja mama, kiedy byłam nastolatką, często powtarzała, żebym uważała na ludzi, żebym nie była zbyt ufna, bo ludzie mogą dać w kość.
Nie do końca wiem, chociaż mogę się domyślać, dlaczego miała i ma nadal taki stosunek do ludzi i dlaczego podobnie myśli moja siostra.
W opozycji chyba bardziej do niej i do tego, co mówiła, bo raczej chyba nie do końca świadomie, ja chciałam ludziom ufać.
W efekcie zderzenia się tych dwóch pomysłów na życie, wytworzył się we mnie pewien mechanizm, który stosuję do dziś.

Kiedy wchodzę w nowe środowisko, poznaję nowych ludzi, zawsze staram się zachować dystans przez jakiś czas. Raz jest to czas dłuższy, innym razem nieco krótszy.
Jest mi potrzebny do pewnego rozeznania, poznania nowego człowieka. Pozwala mi ocenić czy chcę mieć z nim do czynienia czy nie. Jeśli nie, mogę w łagodny sposób, bez urażania nikogo, niepotrzebnych napięć, odejść w swoją stronę.
Zawsze też daję druga szansę, tzn. staram się nie wyciągać pochopnych wniosków i zbyt szybko nie oceniać nikogo. Każdy z nas jest niedoskonały i każdy popełnia błędy.
To ostatnie, to efekt wielu lat doświadczeń i nabywania życiowej mądrości, bo dawniej nie byłam aż tak bardzo wyrozumiała. Chociaż dwóch moich najlepszych przyjaciół to ludzie, z którymi przy pierwszym kontakcie nie chciałam mieć nic wspólnego, denerwowali mnie za każdym razem, kiedy się odzywali.

I tu tak naprawdę dochodzę do właściwego tematu tego mojego dzisiejszego wpisu.
Mam szczęście. Mam po prostu niebywałe szczęście.
Spotykałam i wciąż spotykam wspaniałych ludzi. Dobrych, mądrych, uczynnych, pomocnych, wrażliwych, bezinteresownych. Spotykam ludzi, którzy niejednokrotnie zmieniają na lepsze moje życie, jeden dzień, chwilę, którzy przynoszą uśmiech, dobre słowo, mądrą myśl.
Spotykam ich osobiście i to są spotkania najwspanialsze, ale spotykam ich również wirtualnie. Jednych tylko słucham i czerpię, z innymi wymieniam się myślami, poglądami, pomysłami.
Z jednymi zostaję na dłużej, z innymi żegnam się niedługo po spotkaniu, ale zostają w moim sercu i pamięci.
Są w różnym wieku. Starsi ode mnie, rówieśnicy i koleżanki moich dzieci.
To jest dla mnie najbardziej niesamowite, bo wcześniej nie miałam okazji tego doświadczyć. Niektóre dzieciaki są po prostu niesamowite. Potrafią dać tyle radości, natchnąć taką wiarą i energią, że się człowiekowi jeszcze długo paszcza śmieje i chce się żyć.

Brzmi trochę nieprawdziwie? Trochę grafomańsko, trochę jak wydumka pańci, której coś się w główce roi?
Co poradzę, jeśli to prawda? Tak mam po prostu.
Może chcę widzieć świat w taki sposób, może staram się bardziej dostrzegać zalety niż wady. Pewnie tak, tego przez lata się nauczyłam i zresztą ciągle uczę. Jak mogę wymagać od kogoś czegoś, z czym sama mam problem?
Sama też przecież zdarzało się i pewnie zdarzy, że byłam dla kogoś powodem do smutku. Wiem i może jeszcze uda się to naprawić?
Proszę o drugą szansę, jak mogłabym nie dać jej komuś innemu?
A, że czasem ktoś z tej szansy nie korzysta? Być może jej nie chce lub nie potrzebuje.

Bez względu na to, jaki tu działa mechanizm, mam wielkie szczęście.
Bo to ludzie przecież sprawiają, że nasze życie jest dobre lub nie. Kimkolwiek byśmy nie byli, bez względu na to, jak bardzo chcielibyśmy być indywidualni, sami nie dajemy sobie rady.
I nie chodzi o to, że we wszystkim potrzebujemy akceptacji, bo nie potrzebujemy, ale potrzebujemy miłości.
A miłość to każde dobro, jakie nas spotyka ze strony drugiego człowieka. Każda pomoc, podanie ręki, wysłuchanie, pobycie obok, przytulenie, każda modlitwa i obejrzany film, wysłuchany koncert…
To proste, a jednak czasem tak bardzo trudne.
Dlatego cieszę się, że pomimo porażki z jednej strony, mam tyle powodów do radości, z drugiej.
I jakoś się ten bilans wyrównuje.
Życzę Wam wszystkim wspaniałych ludzi na waszych drogach i tego, żebyście takimi byli dla innych. Świat nie będzie wtedy aż taki dziwny.

Tutaj także bywam

Related posts

2 Thoughts to “Ludzie, których spotykam”

  1. Hmm, myślę, że jest tak, jak napisałaś. Każdy wytwarza w sobie jakiś mechanizm budowania więzi z drugim człowiekiem, czasem to idzie szybciej, czasem wolniej, ale chyba najważniejsze, byśmy czuli się w tym dobrze. Ja przyznam się bez bicia, że jestem dzikiem. Ze względu na pewne aspekty życia rodzinnego w dzieciństwie i wieku nastoletnim wykształciłam w sobie dość silną barierę, w związku z czym jakoś lepiej mi bez ludzi i często nie podejmuję wysiłku, żeby się do nich zbliżyć. Na moje szczęście mam poczucie humoru i jakieś predyspozycje do przyciągania takich wariatów, jak ja ;> Z którymi można pośmiać, w międzyczasie kraść konie, a potem wpaść do baru, pić, palić i śmiać się. I być sobą 🙂 I to jest w tym moim życiu piękne 🙂

    1. admin

      No i dobrze, bo w końcu o to chodzi, żeby otaczać się ludźmi, z którymi jest nam dobrze i tyle. Też nie zabiegam, to się jakoś tak samo w sumie dzieje. A co do poczucia humoru, to fakt, że wiele razy ratuje, a Twoje mi się bardzo podoba 🙂 Czytałam historię o Jacku, który nie był Crowem i szczerze się uśmiałam, bo myślałam na początku, że to jakiś fragment opowiadania, które piszesz, poważnie.
      Nie wrzuciłam komentarza, bo mi się nie chciało walczyć z Googlem, który mnie zidentyfikował jako kogoś kim nie jestem. Tajemnicza sprawa. I to nie był sen. Chociaż wiem kim jest Ludmiła

Leave a Comment