Wisaław Szymborska i MIchał RusinekMam wrażenie, że ostatnio jakoś tak dużo się wymądrzałam, więc może na razie wystarczy. I Wam i mnie.
Dzisiaj za to nareszcie obiecanych kilka słów o mojej ostatniej lekturze.
Długo podchodziłam do tego pisania, bo  zwyczajnie  nie chciałam kończyć książki. Przeciągałam, jak mogłam, czytałam po kilka zdań, którymi się później delektowałam.
Niestety wszystko się, prędzej czy później, kończy, żebyśmy nawet stawali na głowie.
Dlatego dzisiaj wreszcie będzie  o „Nic zwyczajnego” Michała Rusinka  czyli opowieści o Wisławie Szymborskiej.

To książka przy której raz się śmiałam w głos, raz musiałam ukrywać łzy wzruszenia.
Napisana z miłością, z dużym szacunkiem, z wyczuciem, uwagą i troską o to, żeby pokazać bohaterkę, ale jednocześnie nie zdradzić jej tajemnic, które za życia również chciała zachować tylko dla siebie.
Michał Rusinek był, jak wiecie, sekretarzem poetki przez kilkanaście ostatnich lat jej życia. I o tym jest ta książka, o tych kilkunastu latach bycia w pewnym stopniu i pewnym zakresie razem.
Czy znał ją bardzo dobrze? Najlepiej w tym czasie? Pewnie nie odpowiedziałby tak. Czy ktokolwiek znał ją naprawdę dobrze?
Wydaje się, że chyba nie. Wydaje się, po lekturze, że była do końca osobą, która bardzo mocno i skrupulatnie strzegła swoich tajemnic i swoich spraw w ogóle. I chociaż zabawnie to dzisiaj brzmi, nie chciała być sławna.
Tym bardziej smutno brzmi dla mnie wiadomość o wydaniu korespondencji prowadzonej przez nią i Kornela Filipowicza, jej męża. Przecież minęło zaledwie kilka lat, od kiedy jej nie ma. Trochę za szybko, tak myślę.

W książce znajdziecie sporo anegdot, zbliżycie się trochę do poetki, dowiecie się co lubiła, a czego nie znosiła. Dowiecie się dokąd i jak podróżowała, w jaki sposób pisała i gdzie lubiła pisać swoje wiersze najbardziej.
Jak odnosiła się do ludzi i w jaki sposób z nimi postępowała, a była jednocześnie niezależna i taktowna.
Co ważne, Michał Rusinek jest w tej opowieści wciąż obecny, a jednak jego obecność nie narzuca się zupełnie.
Jest na drugim planie, chociaż chyba był w ostatnim okresie jedyną osobą, którą naprawdę darzyła zaufaniem.
Być może to jego kreacja, ale chyba nie, chyba nie bez powodu to on towarzyszył jej w odejściu.
To, w jaki sposób to odejście opisał, to też moim zdaniem dowód na to, że łączyła tych dwoje wyjątkowa więź i jednocześnie dowód na spory talent pisarski.
Zamieściłam tutaj zdjęcie tylnej okładki książki zamiast pierwszej, bo mam takie wrażenie, że to zdjęcie dużo mówi o tej relacji.

Cóż, miałam w planie wrzucić kilka cytatów, które mi się najbardziej spodobały, ale zrezygnowałam. Nie odbiorę Wam tej przyjemności przeczytania ich po raz pierwszy i wybuchnięcia śmiechem na przykład, albo tej chwili, kiedy coś ściśnie Was za gardło. Wzruszać się też czasami trzeba. A może raczej warto.

Nie wiem czy udało mi się zachęcić Was do tej lektury, ale gdyby nawet nie, to i tak spróbujcie, bo staniecie się dzięki niej odrobinę bogatsi.

Tutaj także bywam