Parabeny, silikony…bezpieczne czy niebezpieczne

 

Po tej krótkiej wycieczce do Berlina, wracam jeszcze do kosmetyków. Bo lista nie do końca, delikatnie rzecz ujmując, przyjaznych składników w nich zawartych, którą zrobiłam w ostatnim wpisie, nie wyczerpała całego ich zasobu.
Pozwolę sobie kontynuować, ale, żeby was nie zanudzić, nie będę opisywała każdego kosmetyku po kolei, tylko wybiorę co „ciekawsze” specyfiki i o nich opowiem.

Parabeny

Methylparaben, Propylparaben, Ethylparaben, Isobutylparaben, Butylparaben, Benzylparaben.
I jeszcze kilka innych pod innymi nazwami.
Składniki pochodzenia organicznego. Tak możemy przeczytać na opakowaniach, ale pochodzenie organiczne może oznaczać i w tym wypadku właśnie oznacza pochodną ropy naftowej.
Niby dopuszczone do stosowania w produkcji kosmetyków, niby nie stanowiące zagrożenia, a jednak alergenne. Szczególnie powinny uważać na nie osoby z cerą trądzikową i atopową i w ogóle wszyscy, którzy mają cerę wrażliwą.
Jak to w takich sytuacjach bywa, prowadzone są różne badania, które raz udowadniają, że ich stosowanie jest bezpieczne, raz, że jest niebezpieczne. Raz przenikają przez skórę do krwioobiegu i odkładają się w tkankach, co według niektórych badań prowadzi do powstawania nowotworów, innym razem znowu nie. I to mnie osobiście do parabenów bardzo, bardzo zniechęca, poza faktem, że mogą wywoływać alergie.
Zdania wśród badaczy są podzielone i z tego względu dopuszczono ich stosowanie w kosmetyce, ale w bardzo niewielkich ilościach. A ponieważ podobno działanie jednego specyfiku wzmaga obecność innego, bywa, że w jednym kosmetyku znajdziemy dwa lub trzy parabeny. Każdy w minimalnych, dopuszczalnych ilościach, żeby nie było.
Biorąc jednak pod uwagę fakt, jak już pisałam, że stosujemy różne kosmetyki, dostarczamy do organizmu wielu niedobrych substancji zawartych również w pożywieniu, warto mieć na uwadze, że ich ilości się kumulują. Co może już niestety prowadzić do różnych reakcji. Do ciężkich chorób również, prawda?

A czym one, te parabeny w ogóle są

Są konserwantami.
Ich zadaniem jest zapobieganie powstawania i zagnieżdżania się drobnoustrojów, grzybów i bakterii w kosmetyku, a więc przedłużanie jego żywotności.
Fakt, kiedyś kupiłam sobie krem znanej firmy kosmetycznej i po kilku jego użyciach zapomniałam o nim. Może dziwne, ale mnie się takie rzeczy zdarzają. Bardzo długo prawie wcale nie używałam kremów do twarzy.
Krem, otwarty, przetrwał w stanie idealnym 3 miesiące. Trochę mnie to zdziwiło, podobnie, jak fakt, że  mleko w otwartym kartonie po dwóch tygodniach od otwarcia ciągle nadawało się do picia. To mnie z kolei trochę zaniepokoiło 🙂

Kosmetyki bez konserwantów nie istnieją. Każdy kosmetyk, który zawiera wodę, musi również zawierać konserwant, w przeciwnym razie nie zostaje dopuszczony do sprzedaży. Bo prostu po kilku użyciach, nadawałby się do wyrzucenia. Dlaczego więc producenci próbują nam czasami wmawiać, że to, co sprzedają, jest bez konserwantów? Hmm…
Kosmetyki naturalne, których używam, również zawierają konserwanty, ale są to konserwanty wyłącznie pochodzenia naturalnego, dopuszczone do stosowania. I sądzę, nie wiem na pewno, bo tego nie sprawdzałam (trochę mi szkoda świetnego kremu) nie mogłyby po otwarciu opakowania stać przez 3 miesiące. Co moim zdaniem jest jak najbardziej naturalne.
O tych naturalnych konserwantach napiszę innym razem, żeby nie mieszać, bo dzisiaj mamy temat: szkodliwe składniki kosmetyków 🙂
No to co tam dalej mamy?

Acrylate Crosspolymer

Jest to substancja syntetyczna. Stosowana jest zwykle w kosmetykach do włosów, kosmetykach ochronnych, myjących, w kremach do opalania. Ja znalazłam go w balsamie do ciała.
Specyfik ten zapobiega odparowywaniu wody, tworzy tzw. okluzję, mocno wygładzając i przylegając do powierzchni. Nabłyszcza i nadaje aksamitną powłokę. Cudownie po prostu.
A co poza tym? Poza tym zatyka pory skóry, co sprawia, że toksyny z ciała nie są uwalniane tak, jak powinny. Co ciekawsze, Acrylate Crosspolymer może uwalniać szkodliwy kwas metakrylowy, który powoduje uszkodzenia, oparzenia skóry. Oczywiście w jednym kosmetyku szkody nie wyrządza, bo zastosowany jest w dopuszczalnej ilości, ale… nie będę się powtarzać.
No to dzisiaj jeszcze:

Silikony

Na dobry początek wyobraźcie sobie, że substancje używane do specyfików służących do uszczelniania okien, smarowania rur wydechowych czy tworzenia foremek do pieczenia znajdują się w waszych kosmetykach do włosów, balsamach, kremach tonikach.
Jak dla mnie to jakoś trudne do połączenia.
Silikony to związki syntetyczne, krzemoorganiczne. Bezwonne i bezbarwne. Dzielą się na lotne, rozpuszczalne w wodzie i nierozpuszczalne. Jedne łatwo usunąć, inne bardzo trudno, co wymaga używania silnych kosmetyków do demakijażu, które niejednokrotnie wywołują bardzo niepożądane efekty.
Pozostałości nieusuniętych kosmetyków z silikonami powodują stany zapalne skóry. Choć na ich korzyść może przemawiać fakt, że np. ich obecność sprawia, że kosmetyki do makijażu są bardzo trwało. Co kto lubi.
Ich obecność blokuje jednak innym składnikom, odżywczym, przeniknięcie do głębszych warstw skóry.
W krótkim okresie czasu stosowane na włosy, wydają się czymś bardzo pożądanym. Wygładzają je, ułatwiają rozczesywanie, nadają objętości. Są to jednak efekty ulotne. Bo widoczne jedynie wtedy, kiedy kosmetyk jest stosowany. Nie odżywiają włosów, więc nie ma mowy o poprawie ich stanu. A na dodatek przy długotrwałym stosowaniu, ponieważ trudno je usunąć, włosy są obciążone, co wywołuje efekt odwrotny do zamierzonego.
Co jednak wydaje się najważniejsze w tym wszystkim to to, że silikony po wniknięciu do naszego organizmu już w nim zostają. Nie są usuwane. Nie wiadomo jeszcze prawdopodobnie gdzie się dokładnie odkładają. Jedni naukowcy wskazują mózg, inni nerki.

Oczywiście nic nie jest na sto procent. Badania są prowadzone i szala przechyla się to w jedną, to w drugą stronę. W Internecie można znaleźć różne publikacje, także takie, które silikony i inne stosowane w kosmetykach syntetyki zachwalają. Prawda być może leży gdzieś pośrodku. Każdy z nas może wybierać, to jego skóra, zdrowie, życie. Każdy ma swoje priorytety.
Ja od kiedy się tym zainteresowałam za sprawą córki, staram się zwracać na to uwagę i jednak unikać nie do końca sprawdzonych składników naszych kosmetyków. A na co mi to, skoro są inne równie dobre, a wiele zdrowsze wersje?

I to dzisiaj byłoby na tyle. Są jeszcze PEG – i, SLS-y i ftalany.
Co to takiego, o tym już następnym razem, bo obawiam się, że jeden wpis mógłby Was skutecznie uspać.


Autor zdjęcia: jarmoluk

Related posts