Czy mam powód, żeby się bać?

dziecko cierpi
foto: Arashdeep

Nie jesteśmy rodziną patologiczną. Kochamy się. Dużo się śmiejemy, dużo rozmawiamy, spędzamy ze sobą bardzo dużo czasu. Normalnie.
Czasem mama z tatą napiją się piwa, czasem winka. Dzieci nigdy jeszcze nie widziały ani mamy, ani taty pijanych.
Czasem, bardzo rzadko, wracamy późno do domu, w porze, kiedy dziecko powinno już spać. Jakaś impreza rodzinna się przeciągnęła do późna, albo oglądaliśmy pokaz wody, światła i muzyki na miejskiej fontannie.
Nie jesteśmy rodziną patologiczną, a ja mimo to ostatnio bywa, że się boję.
Dlaczego? Bo starsza córka czasami bywa smutna, albo zamyślona i nie wiem dlaczego. Ona twierdzi, że wszystko jest w porządku i po jakimś czasie się rozpogadza. Młodsza ciągle za nic nie chce się ze mną rozstać rano i bywa, że płacze.
Boję się, bo czasem w złości, kiedy nerwy mam napięte do ostatnich granic, a do moich dzieci nie trafiają żadne rzeczowe argumenty, zdarza się, że krzyknę do nich. Czasem nawet kilka razy, czasem nawet bardzo głośno.
Boję się, bo moje dzieci, kiedy się kłócą, potrafią wyć jak bobry i to na cały regulator ( sąsiedzi na pewno są zorientowani co dzieje się w naszym domu).

Czy to jest normalne, że będąc może nie najlepszą, ale chyba całkiem dobrą mamą i mając męża, który jest może nie najlepszym, ale jednak dobrym tatą i mając dzieci, które są szczęśliwe, czyste, zadbane, mądre i uczynne, boję się, że możemy trafić na kogoś, kto stwierdzi, że trzeba interweniować? Bo jest za głośno, bo dzieci są smutne, bo w domu jest pies, bo mieszkanie za małe, bo…
Nie przyszłoby mi to pewnie do głowy, bo sama wychowywałam się w bardzo szczęśliwej rodzinie, w której rodzicom zdarzało się kłócić i godzić, krzyczeć do dzieci, bo z siostrą darłyśmy koty niemiłosiernie, więc było głośno.
Zdarzało mi się mieć zły humor, być smutną w szkole, zdarzało mi się nie mieć tego, co było potrzebne do lekcji, bo mama nie zdążyła kupić.

Nie przyszłoby więc do głowy bać się dzisiaj o własną rodzinę, gdyby nie historie, które się chyba mnożą.
Historie rozbitych, rozszarpanych przez polski wymiar niesprawiedliwości zrozpaczonych rodzin.
Dzieci odbierane są rodzicom, bo w domu są muszki owocówki i pies. Bo jest bałagan w dziecięcym pokoju. Widział ktoś porządek trwający dłużej niż 10 minut w dziecięcym pokoju?
Dziewczynkę odbiera się rodzicom, bo przychodzi do szkoły smutna.
Rodzinę rozbija się, bo mama jest za gruba, albo znowu ktoś ocenia, że mama emocjonalnie nie daje sobie rady z wychowywaniem dziecka.
Rozbija się rodzinę, bo ktoś uznaje, że w domu jest biednie, choć rodzina uważa, że choć nie na wszystko wystarcza, jest wszystko to, co do życia potrzebne.
I nie ważne jest, że fakty przeczą zarzutom, że rodzice kochają dzieci i dbają o nie, że dzieci są w czarnej rozpaczy, kiedy są siłą odbierane z kochającego domu i umieszczane w domach dziecka i na dodatek rozdzielane z rodzeństwem. Trauma, która im pozostanie do końca życia nie jest ważna.

Pewnie wiecie o czym mówię, bo to sprawy głośne w ostatnim czasie. Ja nie znam szczegółów tych spraw oczywiście. Być może gdzieś zarzuty są uzasadnione, być może są wśród nich takie sprawy, które trzeba było wziąć pod obserwację. Jednak uzasadnienia podejmowanych okrutnych kroków bywają kuriozalne i wręcz niewiarygodne.
Poza tym wzięcie pod obserwację, pomoc nie oznaczają zadawania  bólu i bezduszności.
Dlaczego instytucje powołane do pomocy rodzinie  nie biorą wcale pod uwagę dobra dzieci?

Jestem świeżo po lekturze książki Gabriela Garcii Marqueza „Życie jest opowieścią”. Swoją drogą uwielbiam tego autora, napisał genialne powieści, ale jakoś umknął mi wcześniej ten tytuł. To taka jego autobiografia. Opowiada w niej o swoim dzieciństwie i początkach kariery pisarskiej.
I podczas lektury naszła mnie taka refleksja. Gdyby ten genialny pisarz żył w dzisiejszej Polsce być może nie miałby szansy stać się tym, kim był. Bo zgodnie z obecnie panującym standardami wychował się w rodzinie patologicznej.
Marquez opowiada z miłością o mamie i tacie, o dziadkach, licznym rodzeństwie. Był ze swoją rodziną związany bardzo mocno przez całe życie. Pomagał mamie i ojcu, braciom i siostrom, oni, jak mogli pomagali jemu. To wszystko byłoby pewnie dzisiaj nie ważne, bo rodzice nie dawali sobie rady z rzeczywistością.
Ojciec bujał w obłokach i w poszukiwaniu lepszej przyszłości często opuszczał rodzinę na długi czas. Mama musiała sobie wtedy radzić sama. A z każdym powrotem taty przybywało jedno dziecko.
Gabriel i jego starsze rodzeństwo wcześnie musieli szukać zajęć, dzięki którym mogli choć trochę pomóc mamie finansowo. Mama, jak łatwo się domyślić, często w tych warunkach popadała w depresję, choć nikt jej stanu wtedy tak nie nazywał i nie robił z niego wielkiego halo.
Gabriel miał jedno ubranie i jedne sandały, w których chodził tak długo, aż się rozpadły.
Może nie czuł się z tym wszystkim komfortowo, ale kochał swoją rodzinę i nie przyszło mu nawet do głowy narzekać, choć chciał zrobić wszystko, żeby zmienić sytuację.
Według naszych standardów powinien być on i całe jego rodzeństwo zabrany rodzicom i umieszczony w domu dziecka.
Całe szczęście jednak w tamtych czasach i w tamtej części świata to była niemalże norma i dlatego dzisiaj możemy czytać genialne powieści Marqueza.

I przyszła mi do głowy jeszcze jedna historia. Tę usłyszałam z ust jednej z pań podczas rozmowy w programie telewizyjny.
Jezus. Czysta patologia. Powinien być odebrany rodzicom, bo byli nieodpowiedzialni.
Po pierwsze ojciec nie zapewnił rodzącej żonie właściwych warunków i dziecko urodziło się w stajni.
Po drugie, kiedy Jezus był starszy, zgubił im się podczas powrotu ze świątyni. Nie potrafili go upilnować. Chłopiec wychowywał się w wielkim ubóstwie i na dodatek od najmłodszych lat pomagał ojcu w warsztacie. Józef i Maria powinni być pozbawieni praw do swojego dziecka.

Nie twierdzę, że nie ma miejsc i rodzin, gdzie interwencja jest konieczna dla dobra dzieci. Są. Tylko dlaczego mam takie wrażenie, że tam, gdzie interwencja jest uzasadniona, tam jej często nie ma i dzieci męczą się bez pomocy, a tam, gdzie nic się nie dzieje, Państwo wpycha niepotrzebnie swoje łapy i nic sobie nie robi z rzeczywistości?

Tutaj także bywam

Related posts

6 Thoughts to “Czy mam powód, żeby się bać?”

  1. U Nas jeszcze nie jest tak źle, gorzej jest w takich krajach jak Szwecja, czy Dania, gdzie to jest już do granic absurdu posunięte. Na szczęście, gdy zdarzają się takie przypadki odbierania dzieci u Nas, to zazwyczaj są nagłaśniane. Normalni rodzice, anie patologiczni, zawsze w takiej sytuacji będą walczyć o swoje dzieci.

    1. admin

      Zgadza się. Jednak bez względu na to czy gdzie indziej jest większy absurd niż u nas, to to, co dzieje się u nas, jest przerażające. Nagłaśnianie przypadków odbierania dzieci czasem okazuje się niewystarczające, jak w przypadku rodziny z Niska. Pani sędzia i jej kuriozalny wyrok są nie do obalenia. Rodzice walczą i będą walczyć do upadłego, ale obawiam się, że to, co ta sytuacja zrobi z psychiką dzieci i ich samych, może być już nie do naprawienia, a przynajmniej nie do końca.

  2. Państwo ingeruje nie tam gdzie powinno. Zabierają dzieciaki tam gdzie niejest idealnie ale wszyscy sie starają i dzieci niecerpią. Wystraczyłoby pomóc tym rodzinom- zwiekszyć zasiłek bo czesto nikt niepije, nie bije tylko biednie bo niema pracy, bo zakład zamkneli i niema gdzie pracować. Ale lepiej przeznaczyć tą kase dla np rodzin nastepczych – nawet tych patologicznych bo i takie się zdarzaja bo to że dją na nich kasę ładnie wygląda w papierach.

    1. admin

      Oj, trudno niestety się z tym nie zgodzić. A najgorsze jest to, że my piszemy Państwo, a to przecież wszystko sprawa pojedynczego, konkretnego człowieka. Jakiejś pani czy pana z oddziału pomoc społecznej, sędziego lub sędzi, którym nie chce się ruszyć tyłka, żeby sprawdzić, porozmawiać, zaciągnąć języka. Wiele spraw można by załatwić inaczej czy w ogóle załatwić, gdyby konkretny człowiek ruszył cztery litery i po prostu chciał, anie tylko zasłaniał się takim u nas przecież ułomnym prawem. Państwo ze swoimi chorymi przepisami to jedno, a my i nasz wzajemny stosunek do siebie, to drugie.

  3. Bardzo fajny tekst. Zgadzam się w 100%.
    Uważam, że to, czego często brakuje dziś naszym urzędnikom, którzy – wg znanych nam z mediów historii – odbierają rodzicom dzieci pod byle pretekstem, to po prostu zdrowy rozsądek i odrobina empatii. Powołują się na sztywne procedury, zapominając o tym , że sprawy rodzinne należą do bardzo delikatnych i wymagają czegoś więcej, niż tylko ścisłego trzymania się „prawa”.
    Ja z kolei słysząc o takich kuriozalnych zdarzeniach, miewam czasem refleksje graniczące z paranoją. W myślach widzę np. taką scenkę: Jestem z rodziną i znajomymi na urlopie. Dorośli siedzą sobie beztrosko, śmieją się, rozmawiają sącząc piwko, dzieci obok bawią się wesoło. Nagle wydarza się jakiś niegroźny wypadek – stłuczone kolano czy skręcona kostka. I nagle okazuje się, że ktoś obok, jakiś nadgorliwy obserwator uprzejmie donosi, że każdy z dorosłych jest „pod wpływem alkoholu”, pomimo że nikt nie wypił więcej niż pół piwa. I zaczyna się cała farsa. Z normalnych ludzi robią jakąś patologię…Oskarża o zaniedbania, pijaństwo i wszystko, co najgorsze. Takie oto potrafię mieć czarne myśli oglądając w telewizji podobne wydarzenia. Po chwili jednak myślę sobie: „Ej, stary, uspokój się, przesadzasz!” i jest mi trochę lepiej. Choć na końcu zawsze pojawia się ten cień niepokoju. Czy naprawdę przesadzam…? Hmm…. Oby 🙂

    1. admin

      No to witaj w klubie. Dziwne to czasy. A wystarczyłoby, jak piszesz, trochę empatii i zdrowego rozsądku i rzetelnego przyjrzenia się każdej sprawie. Bo to, co się dzieje prowadzi też w gruncie rzeczy do bardzo niedobrej sytuacji – i Ty i ja i nam podobni będziemy się następnym razem zastanawiać z braku zaufania do instytucji, do urzędników, kiedy coś wyda się nam podejrzane i może nie zareagujemy tam, gdzie byłoby to konieczne. I jakiemuś maluchowi stanie się krzywda. To jakieś szaleństwo. No, ale musimy dawać sobie radę, więc powodzenia:-)

Leave a Comment