Czy talent to wszystko czego trzeba, żeby odnieść sukces

Czy pisarze to ludzie, którzy mają po prostu talent

Moim cichym marzeniem od zawsze było zostać pisarką.
Jeszcze w czasach, kiedy nikt w Polsce nie słyszał o komputerach, wyobrażałam sobie siebie przy biurku przy oknie z widokiem na jezioro ( w sumie nie wiem czemu to jezioro, ale pamiętam, że to był jakiś taki irlandzki chyba krajobraz). Na biurku przede mną czysty papier i pióro.
Trochę później, kiedy zafascynowały mnie amerykańskie klimaty, kupiłam sobie wielką, ciężką i zagracającą pokój maszynę do pisania.

Problem z nią polegał na tym, że ja od zawsze wszystko, co mnie w jakiś sposób fascynowało, robiłam w nocy, a kiedy mieszka się z rodziną i na dodatek w jednym pokoju z siostrą, nie sposób pisać na takiej maszynie, bo ona niewyobrażalnie hałasuje.
Wszystkie te zewnętrzne atrybuty, które jakoś tak mi się w głowie łączyły z pisaniem, były jednak tylko usprawiedliwieniem, zasłoną dla mojego braku wiary we własne możliwości.
Brakowało mi kogoś, kto by powiedział: nie zajmuj się pierdołami, tylko pisz. Pisz, pisz pisz i pisz. I pokazuj komuś. Nikt tego nie powiedział, a ja nie miałam dość odwagi, żeby to robić.

Coś tam jednak, w taki czy w inny sposób udało mi się napisać.
Część już dawno wyrzuciłam świadomie, część zapodziało się gdzieś podczas przeprowadzek. To, co zostało, czasami sobie wyciągam i uśmiecham się z rozrzewnieniem, że byłam taką trochę naiwną, trochę wrażliwą, trochę zabawną istotą.

Byłam wtedy pewna, że jedyną cechą , która pozwala zostać pisarzem jest talent. Dar od Boga, którego, jak uważałam, ja nie dostałam.
Gdy tymczasem, o czym przekonuję się nie pierwszy raz, talent jest zaledwie dodatkiem do ciężkiej, systematycznej, codziennej, żmudnej, powtarzalnej pracy.
Talent bez pracy nie wystarczy, a praca bez talentu? Czasem się opłaca czego dowodzą liczne przypadki różnej maści twórców.
Gabriel Garcia Marquez twierdzi: „Tak, jak Proust uważam, że pisanie to dziesięć procent inspiracji i dziewięćdziesiąt procent potu„.
Najwięksi pisarze nie mówią o talencie. Oni nazywają siebie wręcz rzemieślnikami. Niektórzy oczywiście.
Nie czekają na wenę, natchnienie, światło z nieba, tylko codziennie siadają, stają, jak Hemingway i zapisują po kilkaset, kilka tysięcy słów. Kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt stron.
Każdy ma swój sposób na pracę, swój system pracy, swoje rytuały, ulubioną porę na pisanie.


Dwie inspirujące książki

Do tych refleksyj 🙂 skłoniła mnie lektura dwóch książek.
Mówią w zasadzie o tym samym, ale odrobinkę inaczej.
Pierwsza to rekomendacja Andrzeja Tucholskiego, którego pewnie nikomu, kto czytuje blogi nie trzeba przedstawiać.
To zbiór krótkich historyjek charakteryzujących poszczególnych pisarzy w kontekście ich sposobu pracy.
Wybrane, najbardziej charakterystyczne dla każdego z nich cechy.
Czytając całość można sobie wyrobić coś w rodzaju ogólnego poglądu na to czym właściwie jest pisanie dla kogoś, kto uczynił je treścią swojego życia
Każdy z pisarzy, o których opowiada Mason Currey w „Codzienne rytuały. Jak pracują wielkie umysły” ma swoje sposoby na koncentrację, na rozpoczęcie pracy, na „ogarnianie” rzeczywistości.
A ich rzeczywistości są bardzo różne.
Jedno, co łączy tych wszystkich twórców, o których pisze Currey, to dyscyplina.
Bez względu na okoliczności. I dbałość o stan ducha, realizowana na bardzo różne sposoby.

Anthony Trollope, który pisał każdego dnia po 3 godziny wydaje się niemal bezduszny.
„Jeśli akurat udało mu się skończyć powieść przed upływem wyznaczonych 3 godzin, natychmiast brał nową ryzę papieru i zaczynał pisać kolejną
Gdzie tu wena? Skąd brał pomysły?

Umberto Eco potrafił pisać w każdych warunkach
Gdy jestem w moim wiejskim domu […] trzymam się pewnego planu. Włączam komputer, sprawdzam mejle, zaczynam coś czytać i piszę do popołudnia. potem idę do wsi, piję drinka w barze (ten punkt dnia jest bardzo istotny i łączy prawie wszystkich pisarzy, o których przeczytałam) i czytam gazetę. Wracam do domu i oglądam telewizję albo DVD do 23, a potem pracuję jeszcze trochę do pierwszej lub drugiej. Udaje mi się trzymać tego rozkładu dnia, bo nikt mi nie przeszkadza. Kiedy przebywam w Mediolanie […] nie jestem panem swojego czasu […]
Mimo małej ilości wolnego czasu Eco mówił, że potrafi wiele zrobić podczas krótkich „szczelin” w ciągu dnia.” Kiedy na przykład czeka na spotkanie z kimś, kto wjeżdża windą.

Carl Gustaw Jung pracował dużo, miał swój ustalony plan dnia, ale uważał, że najważniejsze dla twórcy jest być wypoczętym „Uświadomiłem sobie, że ktoś, kto pracuje mimo zmęczenia i potrzeby odpoczynku, jest głupcem
I ta myśl, muszę przyznać, że bardzo zapadła mi w pamięć i przypominam ją sobie często, kiedy mimo zmęczenia, próbuję jednak coś zrobić. Nie chcę wypaść na głupca 🙂 Zresztą, wiem z doświadczenia, że to faktycznie nie działa.

Henry MillerWiem, że aby zawsze mieć te prawdziwe momenty wglądu w swoje wnętrze, trzeba być bardzo zdyscyplinowanym, prowadzić zdyscyplinowane życie.”
Eksperymentował z czasem pracy, z porą dnia i ilością treści czy może szukał momentu, w którym należy przerwać, żeby mieć inspirację na kolejny dzień: „Wierzę we wstawanie od maszyny, kiedy mam jeszcze coś do powiedzenia

Stephen King: „Tak naprawdę mówimy tu o czymś, co można by nazwać twórczym snem. Podobnie, jak sypialnia, tak i pokój do pracy winien być miejscem osobistym, w którym oddajemy się marzeniom. Wasz rozkład dnia – początek mniej więcej o tej samej porze, koniec, gdy tysiąc słów znajdzie się już na dysku, bądź na papierze – istnieje po to, by was uwarunkować, sprawić, abyście stali się gotowi do marzeń, tak jak przygotowujecie się do snu idąc do łóżka o mniej więcej tej samej porze każdego wieczoru i przestrzegając tego samego rytuału. Zarówno podczas snu, jak i podczas pisania uczymy się trwać w bezruchu i jednocześnie zachęcać umysł, by uwolnił się od pospolitego, racjonalnego myślenia codziennego dnia. I tak, jak ciało i umysł przywykają do odpowiedniej ilości snu […] tak też umysł na jawie można nauczyć zapadania w twórczy sen.”
Fajnie, prawda? To mnie bardzo zaintrygowało. Nigdy nie wyrobiłam w sobie takiego nawyku.

Co by nie mówić, choć feministką nie jestem, to panowie, przynajmniej na przestrzeni wielu lat, bo dzisiaj prawdopodobnie wygląda to trochę inaczej, mieli po prostu lepiej.
Mogli poświęcać się pracy twórczej nie zaprzątając sobie głowy codziennością – domem, dziećmi.
Z książki dowiedziałam się np. że Zygmunt Freud nie musiał nawet nakładać sobie pasty na szczoteczkę, żeby umyć zęby. Jeśli to faktycznie prawda, to chyba lepiej tego nie komentować 🙂
Okazuje się jednak, że żadne przeciwności nie mogą odwieźć człowieka, który chce pisać, chce opowiadać, chce coś przekazać światu od zamiaru tworzenia.

Anne Rice pierwszą swoją powieść „Wywiad z wampirem” pisała nocami. Tylko wtedy była w stanie osiągać pełne skupienie. Nikt jej nie przeszkadzał, nie dzwonił, nie dochodziły do niej żadne hałasy z zewnątrz.
A potem urodził się jej syn i automatycznie, o czym każda mama wie, praca w nocy zupełnie nie wchodziła w grę. Musiała więc, chcąc w dalszym ciągu pisać, „przestawić się” na pracę w dzień. I tak, jak każdy szanujący się pisarz wypracowała sobie swój system, swoje rytuały.
I w jej planie, podobnie, jak u innych jest ustalony czas na odpoczynek. I chociaż to nic ekstrawaganckiego, to jest to czas tylko i wyłącznie dla niej.
To wygląda na bardzo istotny szczegół, nad którym chyba wielu z nas, nie tylko tych piszących, powinno się mocno zastanowić.

A mama Anthony’ego Trollope, pani Frances Milton Trollope nie pisała do 53 roku życia (ciągle mam szansę :-))
Zaczęła pisać z bardzo przyziemnego, ale jakże szlachetnego powodu – musiała utrzymać sześcioro dzieci i schorowanego męża.
Pisała więc i jednocześnie opiekowała się rodziną i domem. A jak? Zaczynała pisać codziennie o czwartej rano, a potem podawała rodzince śniadanko.
Da się? Da się. Jakim kosztem, lepiej nie mówić, ale dla chcącego nic trudnego.

Książka Masona Currey’a „Codzienne rytuały. Jak pracują wielkie umysły” pełna jest takich ciekawostek, ale dla mnie osobiście jest trochę męcząca.
Owszem, można sobie wyrobić pewien pogląd, znaleźć wskazówki, jeśli ktoś szuka podpowiedzi, ale jeśli chciałbyś się dowiedzieć czegoś więcej o konkretnym autorze, to już nie jest możliwe. No i trochę w pewnym momencie zaczęły mi się mieszać fakty i ludzie.
Takie było jednak założenie książki, pokazać, jak to się mawia dzisiaj, nawyki, więc czepiać się nie ma o co. Jeśli komuś może się przydać taka lektura, to jak najbardziej polecam.
Dla mnie osobiście ciekawszy jest inny tytuł.

Sztuka powieści

Prezent od moich córek z okazji urodzin -)
To dwutomowa antologia wywiadów z pisarzami zamieszczanych na łamach „The Paris Review” na przestrzeni kilku dziesięcioleci.
Tom pierwszy zawiera wywiady z pisarzami, drugi z pisarkami.
Jestem po lekturze tomu pierwszego.
I od razu szczerze muszę się przyznać, że tak, jak w przypadku pierwszej książki, tak i w przypadku tej, nie wszystkich pisarzy znam. Nie wszystkie więc wywiady wywołały we mnie te same emocje, ale jest kilka, które przeczytałam prawie z wypiekami na twarzy.
I chociaż wiadomo oczywiście, że wywiad nie jest w stanie pokazać nam człowieka w pełni, to jednak są w nim momenty, w których udaje nam się do niego na chwilkę bardziej zbliżyć.

O wszystkich nie będę oczywiście opowiadać, bo bym Was tutaj zanudziła. Kto będzie ciekawy, ten sobie znajdzie książkę i ją przeczyta.
Napiszę kilka słów tylko o kilku, tych dla mnie najważniejszych.
Gabriel Garcia Marquez, którego uważam za wspaniałego, cudownego pisarza, chociaż prawdopodobnie w dużym stopniu nie zrozumiałam tego, co napisał.
Uwielbiam go za wyobraźnię, a jego książki za niesamowity klimat, tajemniczość.
Był człowiekiem skromnym i miał niełatwe życie, a swoje pisanie traktował jako coś oczywistego, bez czego nie mógł żyć. Za każdym jednak razem, kiedy siadał przed pustą kartką, czuł przerażenie.
I on, który napisał takie niesamowite książki, jak „Miłość w czasach zarazy” czy „Sto lat samotności” stwierdził w wywiadzie, że:
Ostatecznie literatura to po prostu stolarstwo […] Jedno i drugie to bardzo ciężka praca. Pisanie jest czasami równie trudne, co robienie stołu. Przy obu pracujesz na rzeczywistości, materiale tak samo trudnym, jak drewno. Oba są pełne podstępów i można wykorzystać różne techniki. Niewiele jest w tym magii, za to dużo ciężkiej pracy. Tak, jak Proust uważam, że pisanie to dziesięć procent inspiracji i dziewięćdziesiąt procent potu.
„Niewiele w tym magii„, a przecież jego książki są pełne magii.
Może to dlatego, że ” Ogólnie rzecz biorąc uważam, że pisze się dla kogoś. Kiedy piszę, zawsze mam świadomość, że temu znajomemu się to spodoba, a innemu podejdzie jakiś akapit albo rozdział; zawsze myślę o konkretnych ludziach
A może i dlatego „Jedna rzecz bardzo ważna dla mojej kariery – dopóki nie skończyłem czterdziestu lat, nie dostałem ani centa z tantiem, choć opublikowano pięć moich książek„. Marquez uważał, że fakt, że pisarza zamienia się w produkt, wpływa na niego i jego pisarstwo bardzo niedobrze.

Drugi wywiad, który był dla mnie szczególnie interesujący to wywiad z Maxem Frischem. Przeczytałam tylko jedną jego książkę, dawno temu. To była powieść „Homo faber” i dzisiaj już jej nie pamiętam.
Kiedy byłam bardzo młoda, czytałam bardzo dużo i bardzo szybko i na chybił trafił.
Ktoś mi coś polecił, coś gdzieś przeczytałam na temat konkretnej pozycji, spodobało mi się jakieś zdanie, lub fragment podczas wizyty w księgarni.
Z „Homo faber” pamiętam atmosferę. Coś dziwnego wisi w tej książce w powietrzu. Jest w niej jakieś wyobcowanie bohatera, powolność, jakiś zamknięty świat. Muszę sobie przypomnieć. Tzn. właściwie chcę 🙂
Max Frisch, jak się dowiedziałam, pochodził ze Szwajcarii i był z wykształcenia architektem, chociaż pisał właściwie przez całe życie, jeszcze przed rozpoczęciem studiów architechtonicznych – był powieściopisarzem, dramatopisarzem i dziennikarzem.
Podczas, kiedy prowadził pracownię architechtoniczną również pisał.
I to mnie właśnie w „Sztuce powieści” najbardziej zafascynowało. Ludzie, którzy nie rezygnują z pisania pomimo obiektywnie istniejących „przeszkód”
Max Frisch mówi w wywiadzie tak:
Tak, właściwie to pierwsze szkice wielu moich późniejszych książek znajdują się w dzienniku. Było to wtedy, gdy pracowałem jako architekt. Miałem trochę czasu, ale nie za wiele. Do dyspozycji pozostawał mi poranek, albo niedziela, ale nie mogłem zacząć pisać całej powieści. Pojawiały się jednak pomysły, więc pisałem szkice. Nie wiedziałem, że wrócę do tego materiału
Ostatnio, jedna ze współczesnych, młodziutkich pisarek Emilia Teofila Nowak opowiadała o zaletach pisania takiego dziennika. A, żeby było ciekawiej rekomenduje nawet pisanie ręczne. Jeśli chcecie sprawdzić dlaczego, musicie zajrzeć na jej kanał na Youtube. Warto 🙂

Saul Below, podobnie jak Carl Gustaw Jung, który wybudował sobie w tym celu własną wieżę, uważał, że współczesne życie rozprasza. Mówił to w wywiadzie z 1966 roku (!), a odosobnienie w ciszy, gdzie człowiek może się spotkać z własnymi myślami jest dla pisarza tym, co najlepsze i mówi tak pięknie:
Liczba sądów, na które musi zdobyć się człowiek [tworzący w mieście] zależy od chłonności umysłu obserwatora, a jeśli ktoś ma bardzo chłonny umysł, musi wyrażać swoją opinię przerażająco często […] Zastanawiam się czy w obecnych czasach pojawi się dość spokoju, by jakiś współczesny Wordsworth mógł cokolwiek powspominać. Wydaje mi się, że sztuka ma coś wspólnego z osiąganiem spokoju w środku chaosu. Spokoju charakteryzującego również modlitwę i oko cyklonu. Sądzę, że sztuka to przyciąganie uwagi mimo zamętu.”
Hmm, no to mamy okazję się wykazać. Niebywałą okazję.

A Williama Faulknera kojarzycie? No to 2 zdania od niego jeszcze.
Na pytanie o natchnienie odpowiada tak: „Nie wiem nic o natchnieniu, ponieważ nie wiem czym ono jest – słyszałem o nim, ale nigdy nie doświadczyłem
A to mnie bardzo rozbawiło. Na pytanie o to, co mają zrobić ci, którzy nie rozumieją jego książek, pomimo dwukrotnej, a nawet trzykrotnej lektury? Mają przeczytać je cztery razy 🙂
Takie to proste.
Macie takie książki, których nie zrozumieliście za pierwszym razem? To do roboty 🙂

Rozpisałam się odrobinkę tym razem, więc pora do brzegu.
Nie zostałam pisarką, ale fascynują mnie te wszystkie opowieści tak po prostu.
Fascynuje mnie, że tak z niczego, jak mogłoby się wydawać, powstają światy, postaci, historie, które później często nie opuszczają nas przez całe życie.
I chociaż wywiadu z tymi, od których chciałabym najwięcej się dowiedzieć, Dostojewskiego, Hessego, Nabokova już nie usłyszę i nie przeczytam, to uważam, że to nie był stracony czas.

I tak myślę sobie, że skoro ten talent i natchnienie nie są aż tak znowu ważne czy może najważniejsze, to może warto spróbować popisać tak po prostu?
Dla siebie, dla własnej satysfakcji? Dla twórczego, ciekawego życia, dla odkrywania rzeczy, których normalnie nigdy byśmy pewnie nie dostrzegli, nie zwrócili na nie uwagi.
Także w samych sobie. Nie bez powodu przecież psychologowie radzą zapisywać emocje swoim pacjentom.
Ja chyba jeszcze raz spróbuję. To może być ciekawa przygoda.




Tutaj także bywam

Related posts

Leave a Comment