Muzyka

Muzyka to…

zapis nutowy
foto: am-y

Muzyka w moim życiu była zawsze ważna, ale zwykle było tak, że odkrywałam ją dzięki innym ludziom.
Mój najlepszy przyjaciel polecił mi The Cure, chłopak, w którym byłam zakochana słuchał Stinga, więc i mnie się on bardzo spodobał, zarówno w wersji z The Police, jak i solo.
Tamta miłość, do Stinga, pozostała do dzisiaj, tak samo zresztą jak miłość do The Cure i wielu innych wykonawców.

Muzyka zawsze była, ale nie odczuwałam, jak niektórzy z moich przyjaciół,  wewnętrznego przymusu do słuchania.
Ona była jakby obok, zawsze towarzyszyła, ale nigdy nie była na pierwszym planie.
Nie zostawiałam swoich zajęć, żeby koniecznie wysłuchać nowej płyty.
Tylko raz zdarzyło mi się słuchać muzyki z zamkniętymi oczami tylko dla niej samej.
To było wtedy, kiedy spotkaliśmy się z przyjaciółmi u jednego z nich, który jako jedyny z nas w tamtym czasie posiadał odtwarzacz  płyt CD.
Siedzieliśmy i delektowaliśmy się płytą The Cure i zachwycaliśmy się dźwiękiem, który wówczas wydawał nam się wyjątkowy i niesamowity.

Od dawna już odczuwam coś w rodzaju kompleksu z powodu braku znajomości klasyki, tzw. muzyki poważnej.
W moim rodzinnym domu nigdy się tego nie słuchało. Wiedziałam, że istniał ktoś taki jak Chopin,  Mozart, Bach, ale to wszystko.

Dzisiaj zrobiłam się chyba bardziej wrażliwa muzycznie i paradoksalnie, choć czasu mam bardzo niewiele, mam potrzebę słuchania w ciszy. Odizolowania się od wszystkiego i wszystkich i słuchania.

Ze względów, o których było już  wyżej, moje wybory są całkowicie przypadkowe.
Jakiś czas temu wpadła mi w ucho Adele i słuchałam w kółko tylko jej. Innym razem odkryłam Michaela Buble.
A ostatnie moje odkrycie jest powodem  dzisiejszego wpisu.

Kilka dni temu, odkryłam Wojciecha Kilara.
Jestem po prostu zachwycona. Po raz pierwszy słucham kompozycji pana Wojciecha  w skupieniu i odkrywam piękno i niesamowite pokłady wzruszenia w sobie.
Oczywiście wiele utworów znam z filmów, zarówno polskich, jak i zagranicznych: Ziemia Obiecana, Trędowata, Dracula…, ale niektóre odkrywam po raz pierwszy.

Ciekawe jest dla mnie to,  w jaki sposób to moje odkrycie nastąpiło.
Byłam w pracy i jak zawsze grało radio, którego słucham jednym uchem. I w pewnym momencie, właściwie to już był koniec tego utworu, uświadomiłam sobie, że to coś niesamowitego. Na szczęście redaktor prowadzący powiedział: wysłuchaliśmy „Orawy” Wojciecha Kilara.
Chyba coś we mnie czekało na tę niezwykłość.

Kiedy dwa aniołki już usnęły, ja usiadłam do komputera. Co za wspaniały wynalazek ten Internet i YouTube!
Znalazłam oczywiście kilka wykonań Orawy, ale najbardziej spodobało mi się to:

Swoją drogą, już tak poza wszystkim, co to znaczy zaangażowanie i pasja i radość. Aż włosie w smyczkach nie wytrzymuje.
Moja mała skrzypaczka nie mogła usiedzieć na miejscu, kiedy jej to następnego dnia pokazałam.
A z kolei młodsza, sześcioletnia królewna prawie się ze wzruszenia rozpłakała przy wokalizie Ewy Małas – Godlewskiej z „Dziwiątych Wrót” i powiedziała tylko cichutko: mamusiu jakie to piękne.

No i słucham sobie teraz nockami i odkrywam, że Muzyka to… No właśnie, co?
Odkrywam w sobie coś, o czym chyba przez lata zapomniałam, ale nie wiem jak to nazwać.
Czuję się wolna i szczęśliwa. Wszystkie problemy chociaż przez chwilę zostają poza mną, a ja jestem wolna.
Znalazłam sobie azyl.

Tutaj także bywam

14 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *